Książka Planowanie Zaludnienia – Regiony Przyspieszonego Wymierania – Walenty Majdański

Książka Planowanie Zaludnienia – Regiony Przyspieszonego Wymierania – Walenty Majdański

Regiony Przyspieszonego Wymierania. Fragment z książki Planowanie Zaludnienia – Walenty Majdański << plik

„Planowanie zaludnienia (…) wyrasta na jedno z generalnych zadań przyszłości, tak w XX wieku, jak w kilku co najmniej wiekach następnych.(…) Choć jednak olbrzymia jest już na ten temat literatura tak naukowa, jak i publicystyczna, zwłaszcza na Zachodzie, to ciągle jeszcze, rzecz dziwna, ząbkuje, a raczej wstydliwie jest omijany jeden z tego zakresu dział wiedzy -jakość moralna planowania, jego zgodność z prawem natury. (…)
Co sama idea planowania niesie gatunkowi Homo sapiens? Problematyczna bowiem wydawałaby się nam przyszłość takiego gatunku ze świata fauny, o którym dowiedzielibyśmy się, że zastanawia się, czy się rozradzać i na ile się rozradzać. Wszak refleksja taka jest bliska hamletowskiej myśli:  to be, or not to be? Czy być? Czy istnieć?” – Walenty Majdański, Planowanie zaludnienia

„Przeczytanie dzieła p. Majdańskiego Planowanie zaludnienia dzięki niecodziennym walorom literackim, naukowym i moralnym pracy dało mi wiele zadowolenia.(…) Na szczególną uwagę zasługuje szczęśliwie
pomyślane i przeprowadzone uwydatnienie rozstrzygającej roli czynnika moralnego oraz trafne określenie jego istoty. Uważam rychłe wydrukowanie dzieła za ze wszechmiar wskazane. Nie wątpię w jego poczytność (…) Problem staje się coraz bardziej palący.” – prof. Adam Krzyżanowski

Planowanie Zaludnienia - Walenty Majdański

ROZDZIAŁ IV REGIONY PRZYSPIESZONEGO WYMIERANIA

Cywilizacja zachodnia w obecnej fazie jest wielkomiejska. Wielkie miasto narzuca wszystkim styl postępowania. Jednocześnie styl ten staje się coraz bardziej modą, a więc zwyczajem dorywczym. Stąd krótkofalowość, dychawiczność współczesnego życia, dominujący w nim rys tym­czasowości.

Mimo to moda jest modą. Działa jak nacisk opinii publicznej, jak obo­wiązek społeczny, choćby była niemoralna, niemądra i jak najbardziej chwilowa. Toteż rzadko kto ma odwagę rozwiązywać wbrew modzie te sytuacje, które są objęte modą, i które z tego powodu z góry niejako są włączone w obcęgi szablonu. Giną przy tym mody indywidualne i mody regionów, prowincji, zwycięża moda wielkiego miasta, tu bowiem wy­stępuje ona najbardziej zwarcie i masowo, a przez niezliczone kontakty codzienne ludzi z ludźmi – modnych z modnymi – mnoży się jej siła sugestywna, jej więc niejako oczywistość, spontaniczność, konieczność. Urasta w ten sposób moda wprost na prawo natury.

Kto narzuca modę? Najczęściej zespoły bez poczucia odpowiedzialno­ści. Zresztą wielkie miasta, to ogromne masy ludzkie, a wśród tłumów łatwo o psychozy. Widząc coraz mniejszą ilość stylów życia, jego odmian, człowiek coraz bardziej się lęka być przytomnym w tłumie naelektry- zowanym psychozą i postępować według własnych przekonań, a nawet – sumienia. Szczególnie miażdżąco wpływa wielkie miasto na życie kraju celowo produkującego standaryzowanego człowieka, a któż zaprzeczy, że im więcej wielkich miast i im większy w nich procent ludności kraju, tym łatwiej o obywatela, którego społeczeństwo wypuszcza spośród siebie jak spod stempla. Sztancowany obywatel jest z kolei idealnym odbiorcą mody. Postępuje jak w półśnie, działa jak pod hipnozą. Wyradza się w maszynę, a tak planowane życie – w fabrykę snów, w których klimacie społeczeń­stwo ma żyć.

Widać to i na terenie populacji. Tu również tyranizuje moda. Któż miałby odwagę rodzić troje dzieci, gdy całe miasto ma po dwoje? Kto zaryzykowałby dziesięcioro, jeśli za najmądrzejszych uchodzą bezdzietni lub bezżenni?

A właśnie od czasu, gdy przyjęło się wśród Europejczyków regulować potomstwo, wielkie miasta nie tylko wyprzedziły pod tym względem inne środowiska, ale najepidemiczniej planują zaludnienie. Że jednak z wiel­kich miast idzie ta moda, wygląda na nieszkodliwą, owszem: na idealnie nowoczesną i postępową. Jeśli zaś wykazywaliśmy, że tym mniej dzieci, im więcej osób bogatych i wykształconych, to czyż nie należy dodać, że tym mniej dzieci u bogaczy i wykształconych, im więcej ich małżeństw w wielkich miastach?

Niemałą też rolę w podtrzymywaniu psychozy wyludnień gra w wiel­kich miastach szczupłość terenu.

Obywatel, nie zdając sobie nawet sprawy, czuje się na miejskim bruku jak mieszkaniec maleńkiej wyspy rojącej się od ludzi. Nie mogą się oni tu pomieścić na samym przyziemiu, więc układają się warstwami jedni nad drugimi na piętrach kamienic wielopłaszczyznowych, bo wielopię­trowych. Może z tego powodu im ludniejsze miasto, tym bardziej mu do twarzy z wielopiętrowymi drapaczami? Czyżby dlatego w małej mieścinie nikt nie wystawiał niebotyków? Wielopiętrowe budownictwo w wielkich miastach, to jakby czerwone światła ostrzegawcze, to plastyczne symbole przeludnienia – dla oczu przechodniów, to krzyk w ich stronę: „Nie rodzić więcej!”

Nie wzmacnia to dynamiki rozrodczej, przeciwnie, paraliżuje ją. Bo jakże ma się spokojnie rozradzać człowiek, mieszkający w ostrzegaczu przed przeludnieniem? Co prawda budowla pięćdziesięcio-, a tym bar­dziej stupiętrowa naprowadza na myśl: jak śmiało może się zwiększać, wypiętrzać ludność świata! Ale mało kto tak patrzy: bo rzadko kto jest optymistą. Optymizm kosztuje. O wiele łatwiej być pesymistą.

Dla wygodnego mieszczanina-pesymisty wielopiętrowa architektura wielkiego miasta przy ogromnej tamże ludności pognębia jego witalność biologiczną, bo wywołuje w nim nie opuszczające go nigdy przeświad­czenie o przeludnieniu katastrofalnym, trwającym tu w permanencji. „Obraca się” niejako na takie dictum psychika mieszczucha o sto osiem­dziesiąt stopni, i załamuje się. Zamiast wyżywać się w dzietności, wyżywa się w jej przeciwieństwie – w używaniu: w jednej z kategorii rozpaczy. Bo jest i wesołość rozpaczliwa. Toteż im więcej wielkich miast, tym mniej dzieci, tym mniej życia, a więcej użycia.

Starożytne Ateny były kulturalnie twórcze, dopóki same rodziły licz­ne dzieci, bądź dopóki mogły wchłaniać rozradzającą się bujnie ludność prowincji. To samo Rzym cezarów. W pewnej mierze dałoby się to powie­dzieć o włoskich miastach renesansu. W uderzający sposób widać to samo na Paryżu XVIII wieku i początku XIX. Miasto owo nadaje ton kulturze świata, dopóki w niewielkim zakresie planuje zaludnienie; a nawet i póź­niej, gdy planuje coraz bardziej nerwowo, ale gdy jednocześnie może ssać w siebie rozradzającą się jeszcze ludność prowincji. Natomiast schodzi Paryż ze swej roli cywilizatora ludzkości, od kiedy i sam się dostatecznie nie rozradza, a prowincja ma za mało dzieci. I gdy za mało staje się dzietną, za mało młodą wielka prowincja Paryża: Europa.

Kto wie również, czy krajobraz i otoczenie nie działają silniej na roz­rodczość, niżby się zdawało?

Gatunek homo powstał na łonie przyrody, na ziemi, nie na piętrze, i przy wielkiej dawce wolności, podczas gdy współczesne większe miasto staje się z dnia na dzień coraz bardziej zaprzeczeniem tych trzech cech by­towania pierwotnego. Higiena tedy wielkiego miasta, to nie tylko kanali­zacja i wodociągi, szczepienia ochronne, walka z mikrobami i dietetyczne odżywianie; a tym bardziej higiena wielkiego miasta, to nie elektryczność, sprawna komunikacja, teatry, muzea i kina. Wydaje się, że konieczne jest tutaj zwiększenie wolności poruszania się, bliskość gruntu pod nogami i wiele naturalnej przyrody. Wielkomieszczanin musi niejako wyrastać z ziemi.

A dziecko?

Zostanie ono zawsze prywatną inicjatywą obywateli. W ogóle nic nie jest inicjatywą tak prywatną jak dziecko. Dlatego bez pozostawienia pew­nego kwantum swobody obywatelom, bez niejakiego maksimum swobo­dy nawet w ustrojach najbardziej krępujących jednostkę, nie ma mowy o dobrym stanie ludnościowym państwa.

Znamy organizm polityczny mający pod tym względem doświadczenie pięciu tysięcy lat. To Egipt.

Na całej przestrzeni swych dziejów starożytnych państwu temu nigdy nie brakło ludności do jego zadań cywilizacyjnych.

„Jest rzeczą całkiem możliwą – pisze w roku 1937 historyk polski, gdy dzisiejszy Egipt liczył 16 z górą milionów ludności, przy tym z największą wówczas na świecie jej gęstością: około 460 mieszkańców na kilometr po­wierzchni – że cyfra powyższa była już osiągnięta, a nawet przekroczona w dobie rozkwitu państwa faraonów za IV, XII i XVIII dynastii”.

Państwo faraonów nigdy nie traciło niepodległości z powodu kata­strofalnego braku ludzi: ani za Hyksosów w dobie XV-XVII dynastii, skoro już za XVIII dynastii mogło się dorobić 16 milionów ludzi; ani za Psametycha XXVI, gdy Persja w osobie Kambyzesa – 525 rok przed Chrystusem – podbiła kraj nad Nilem, liczący wówczas 7 milionów zalud­nienia; ani za Aleksandra Wielkiego; i podczas wejścia tutaj Rzymian, gdy również co najmniej 7 milionów osób tu mieszkało[1].

Zresztą, Egipt nigdy właściwie, nawet od czasów Kambyzesa, nie tracił całkiem niepodległości, a widać to zwłaszcza w gospodarce.

Przez cały ciąg, na przykład, panowania Rzymian Egipt górował bez­względnie gospodarczo, zwłaszcza w przemyśle i rolnictwie, nad Italią, tak jak jego metropolia – Aleksandria – nad Rzymem. Była to cywilizacja nieomal nieprzerwanego w ciągu czterech-pięciu tysięcy lat dobrobytu, a jeśli nie zawsze dla wszystkich klas społecznych dobrobytu, to przy­najmniej dobrych warunków gospodarczych; w każdym razie na pewno lepszych – na przestrzeni całych swoich dziejów – niż gdziekolwiek wtedy na ziemi.

Co dziwniejsza, dobrobytem cieszyły się nawet czasy schyłkowe po­litycznie. Dodajmy, że „czasy króla Amazisa II – tuż przed najściem Kambyzesa perskiego, 569-526 przed Chrystusem – uchodziły później za okres największej pomyślności w dziejach egipskich. Według Herodota Egipt miał wtedy liczyć 20 000 miast, którą to liczbę trzeba porównać z niespełna czterema tysiącami osad dzisiejszych”. Otóż „w państwie fa­raonów – już za czasów I-V dynastii – jedynym właścicielem wszystkich ludzi i rzeczy był monarcha”, a „fakt gospodarstwa planowego nie ulega najmniejszej wątpliwości”. Co więcej: spotykamy się tu wówczas „z całko­witym zaabsorbowaniem jednostki we wszystkich dziedzinach, w których interes państwa był zaangażowany, przede wszystkim w dziedzinie go­spodarczej”. A jednocześnie w ciągu owych 5000-4000 lat „nie ma śladu jakiegokolwiek ograniczenia prywatno-prawnego wolności osobistej, tak samo jak prywatnego niewolnictwa” nie ma; jednostka „nie jest krępowa­na przez żadne więzy grupowe, rodziny, rodu, szczepu czy stanu. Rodzina egipska w tym okresie jest związkiem indywiduów zachowujących maksi­mum samodzielności prawnej i gospodarczej, jaka w ogóle da się pogodzić ze współżyciem małżeńskim”.

Ten styl, z niewielkimi odchyleniami, znamionował wszystkie okresy ustroju Egiptu. Maksymalna służba państwu, „połączona z zupełnym indywidualizmem w sferze stosunków prywatno-prawnych” jest „rysem najcharakterystyczniejszym tego ustroju”[2].

Znany jest historii fakt, jak bardzo twórczymi cywilizacyjnie oka­zało się szereg ludów, które przedtem tysiące lat żyły jako ruchliwi, w bezpośrednim styku z przyrodą bytujący gromadnie – pasterze, łączący maksimum swobody z surowością szczepowej dyscypliny. Taki żywot wiedli potomkowie Abrahama przed przybyciem do Egiptu i potem jako Hebreje, nim zajęli Palestynę; taki ustrój prawdopodobnie posiadali Hellenowie przed przybyciem na Bałkan, taki – Beduini, twórcy szeregu państw starożytnych na Bliskim Wschodzie; tacy Arabowie Mahometa; a nie inni też byli Mongołowie, zanim w XIII wieku zaczęli organizować Azję i większą część Europy na przestrzeni Pacyfik-Adriatyk w jeden su- per-chanat. Znamienny zakaz wydał ponoć pierwszy władca tego mon­golskiego imperium, Czyngischan: by jego następcy nie budowali stolicy, bo państwo od tego się rozpadnie.

Ciekawe, że jednemu z tych ludów, który przetrwał czterdzieści wie­ków, mianowicie Żydom, grozi obecnie wymarcie wszędzie, gdzie bytują jako mieszkańcy wielkich miast. Neomaltuzjańska moda wielkomiejska dzisiejszej doby okazała się dla tego narodu, zdawałoby się nieśmiertelne­go, bardziej zabójczą niż wszystkie trudności kilkudziesięciowiekowego bytowania.

A nigdy naród żydowski nie stał się w tej mierze miejskim co w XIX i XX wieku. Zniszczenie biologicznej masy żydowskiej, dokonane przez barbarzyństwo Hitlera, było na pewno o wiele mniejsze niż ciosy, któ­re rozrodczości żydowskiej zadaje od kilkudziesięciu lat wielkomiejska moda mało- i bezdzietności.

Żydzi włoscy, tureccy i holenderscy – zauważa pisarz żydowski E. Eberlin w książce Les juifs d’aujourd’hui, wydanej przed drugą wojną światową – zmasowani od wieków w wielkich centrach gospodarczych, znajdują się od dawna na martwym punkcie ludnościowym. Żydzi sefardyjscy, dawni maranie, którzy zdołali się osiedlić w wielkich miastach Francji, Anglii, Holandii, a także w Hamburgu, znajdują się już od dłuż­szego czasu w stanie zaniku. Liczba ich maleje. Dlaczego? „Nie ma dopły­wu świeżej krwi z obszarów niezgangrenowanych nadmierną racjonaliza­cją oświatowo-cywilizacyjną” – powiada ten autor.

A któż zaprzeczy, że Żydzi zachodni są nie tylko najbardziej wielko­miejskim odłamem społeczeństwa żydowskiego, ale i najbardziej boga­tym i wykształconym w swym narodzie, oba zaś te czynniki nie mniej depopulują niż wielkomiejskość?

Rezerwy ludnościowe mogli znaleźć Żydzi jedynie poza wielkimi mia­stami, na prowincji. Stąd odbudowa Palestyny jako państwa żydowskiego, a raczej jako prowincji ludnościowej tego narodu, skupionego po miastach całego świata. Wiadomo, że Żydzi długo się namyślali, nim powzięli decy­zję, by nie gdzie indziej, tylko w Palestynie odbudować swą państwowość po dwu tysiącach lat jej rozgromu przez Rzymian. Wybór, okazało się, padł nader szczęśliwie dla regeneracji populacyjnej dzisiejszych Izraelitów. Liczba urodzeń bowiem u Arabów palestyńskich jest nieomal najwyższą wśród cywilizowanych narodów świata: cóż więc to za bodziec dla roz­rodczości żydowskiej w państwie Izrael! Urodzenia Arabów palestyńskich wynosiły w latach 1926-30 53,5%o; w latach 1931-35 50,3%o; w latach 1936- 40 48,8%o; 1941-45 50,9%o; 1946 54,2%o; gdy w tychże czasookresach urodzeń żydowskich w Palestynie było: 34,3%o; 30,2%o; 25,8%o; 26,6%o; 29,l%o. Zgony wśród Izraelitów palestyńskich maleją i kurczą się w roku 1946 – jak przytaczaliśmy – do cyfry nieznanej dotąd żadnemu państwu świata: 6,4%o. Cóż, kiedy śmiertelność i u arabskiej ludności palestyńskiej stale spada i wynosi w roku 1946 15,9%o!

Rezultat?

W roku 1946 przyrosło na każdy tysiąc ludności u Izraelitów 22,7 osób, u Arabów 38,3[3]. Ale zgony u Izraelitów na przyszłość już prawie nie będą mogły wcale maleć, gdy arabskie wykazują tendencję do kurczenia się aż do poziomu izraelskiego. Gdy się zrównają, wówczas wyścig ludnościo­wy Izrael – Arabowie zależeć będzie tylko od urodzeń. Co będzie, jeżeli Izraelitki przejdą na wielkomiejską stopę urodzeń, jak ich siostry spoza Palestyny? Co się stanie wówczas z narodem, który czy to niegdyś w swej ojczyźnie, czy później w rozproszeniu, przetrwał bądź co bądź kilka ty­sięcy lat i nie byle jaki brał w tym czasie udział w kształtowaniu losów ludzkości?

Na małym skrawku świata, w Palestynie, rozgrywają na naszych oczach dwa narody najbardziej może dramatyczną w dziejach ziemi wal­kę za pomocą urodzeń – o śmierć lub życie jednego z najstarożytniejszych spośród cywilizowanych narodów świata. Toteż prasa izraelska – nie tyl­ko palestyńska – niezmiernie czujnie notuje ów przedziwny wyścig i co jakiś czas z jej szpalt podnoszą się alarmy w tej sprawie; a trudno się temu dziwić: bo któż zaprzeczy, że przyszłość Izraela zależy przede wszystkim od tego, ile Żydówki zechcą rodzić i w Palestynie, i poza nią. Na ile wy­zwolą swą rozrodczość spod hipnozy wymierających wielkich miast na­szych czasów”[4].

Coraz bardziej rozumie się dziś architekturę jako motyw do krajobra­zu. Ale w jakiej mierze architektura może i powinna być cząstką natury? By mieszkaniec czuł architekturę jak przyrodę: jak wezwanie do swobo­dy? do inicjatywy? do odpowiedzialności za życie? do wielkości?

Dla domownika ściany mieszkania, to już krajobraz, a okna i drzwi, to okno na świat. Wprawdzie namiot czy chata były aż do wieku XX naszej ery dość ciemne, małe i ciasne; wszakże wychodząc z takiego mieszkania miał jego domownik widok mniej lub więcej głęboki, a przynajmniej nie na tyle zasłonięty, by nie widział z progu, czy nawet już z okna, kawałka szerokiego świata, cząstki krajobrazu. Genialna jest architektura klatki dla zwierząt: jej ściany dają zawsze jak najwięcej światła, a to już ułatwia widok na świat. Mimo to dzikie zwierzęta, tu uwięzione słabo się mnożą. Klatka nie pozwala na ruch, na wolność, a nade wszystko na inicjatywę.

Oczywiście, nie można utrzymywać, że zwierzęta domowe się nie mnożą; ale jeśli istnieją tak bardzo licznie, to głównie przy wsparciu wład­cy zwierząt: człowieka – coś jak rodziny wielodzietne w wielkich miastach istniejące dziś niemal już wyłącznie przy wsparciu władz państwowych – poza tym nie wiemy, czy z powodu klatki nie traci ich gatunek na długo­wieczności. Koń europejski zdziczał w Ameryce, i bardzo się rozmnożył, ale znalazł tam klimat, pożywienie i swobodę.

Na pewno niewolnicy rozradzali się zawsze słabo, nawet gdy mieli ku temu warunki.

Wskazywałaby na to historia.

Nie słyszymy, na przykład, by gdziekolwiek w państwach starożyt­nego Wschodu rozrodczość niewolników zagrażała ludności wolnej. Wprawdzie faraon obawiał się rozrodczości ludu Mojżesza, ale Żydzi Mojżesza nie żyli w Egipcie jako niewolnicy. A przecież w państwach sta­rożytnego Wschodu niewolnik cieszył się najczęściej względną swobodą, niezłymi warunkami materialnymi. Tak bywało w Egipcie, gdzie, zresztą, niewolników było zawsze bardzo mało.

Bez porównania częściej używano niewolników w Babilonii, ale mogli oni być tutaj przedsiębiorcami i również posiadać niewolników[5].

W państwach greckich najliczniej posługiwano się niewolnikami w tak zwanym okresie attyckim – V i IV stulecia – w państwach greckich zwłaszcza w krajach przemysłowo-górniczych. „Stanowili znaczną część ludności każdego państwa, a w niektórych nawet większą ich część”[6]. Owóż stosunek Hellenów do niewolników był w porównaniu z innymi narodami najbardziej ludzki. W Attyce w epoce klasycznej „niewolnik publiczny mieszkał, gdzie chciał, mógł mieć żonę i dzieci, a nawet posia­dać dom własny”[7]. Ksenofont (430-355 przed Chrystusem) „preliminuje 2 obole dziennie na utrzymanie niewolnika, co jest bardzo dużo”. A dla­czego dużo? Bo owe 2 obole mówią, że „poziom egzystencji niewolnika w Attyce IV wieku był wyższy niż robotnika w Polsce w roku 1937″[8]. „Według Ksenofonta (Athenajon politeia, § 11) nie wolno niewolników bić, położenie ich jest dobre, niektórzy żyją w dostatkach”. „Utrzymywali nie­raz szynki i gospody, albo prowadzili kantory wekslarskie”[9].

Zdaje się, że głównym źródłem tężyzny populacyjnej drobnych rolni­ków było i będzie zawsze to, że samo wykonywanie ich zawodu stawia ich oko w oko z przyrodą, wymaga pozostawiania zawodowcowi maksimum swobody i umożliwia mu rozliczność zajęć. Hala „fabryczna”, w której on pracuje, ma za podłogę ziemię, a za dach – niebo. Tych cech nie może nie posiadać praca chłopa nawet wtedy, gdy pozostaje on glebae adscriptus, jak to w zasadzie było w starożytnym Egipcie, bądź w wiekach nowożytnych w Europie; bądź też, gdy jak dziś, mozoli się on kombajnami lub elektrycz­nością doi krowy. Poza tym chłop żywi. Świadomość, że jest żywicielem, podtrzymuje w nim głównie poczucie osobistej wartości, choćby nawet ustrój czynił go na pół niewolnym lub wręcz wdeptywał go w ziemię.

A wiele wskazuje na to, że prócz pewnej dozy wolności konieczne jest też do rozradzania się pewne minimum poczucia wartości osobistej. Nic nie jest w nas tak istotnie ludzkie jak godność.

Znamy ludy pierwotne, które po podbiciu ich przez białych straciły kompletnie poczucie własnej wartości i wiarę w jakikolwiek sens życia. Wymierają lub już wymarły i to zdumiewająco szybko. Za wysoką spo­tkały kulturę, z nazbyt wielką zetknęły się przewagą fizyczną. Rzecz zna­mienna, że i warstwy najbardziej kulturalne wśród społeczeństw wysoko cywilizowanych wymierają podobnie. Snadź i tu zetknięcie się z bardzo wysoką kulturą zabija. Zdaje się, że jedno tylko mogłoby ocalić takie ludy pierwotne: ogromny dla nich szacunek ze strony białego człowieka. Wzbudzenie w nich na skalę maksymalną godności ludzkiej. Lecz czyż nie to samo uratowałoby dla życia wymierające warstwy o najwyższej kulturze? Czyż cynizm i eklektyzm, znamionujący te klasy społeczne, nie jest tego samego rodzaju, co katastrofalne wyzbycie się poczucia własnej wartości u ludów pierwotnych, które nagle stanęły oko w oko z nazbyt wielką kulturą?

Na bogatej od natury wyspie Eddystone – Melanezja, Pacyfik – mawia­ją tubylcy: „Po co mamy rodzić dzieci, kiedy żyć będą po to jedynie, ażeby pracować na białego człowieka?” I „środki, do których odwoływali się przed przybyciem Europejczyków tylko wyjątkowo, ażeby przeszkodzić przyjściu na świat płodu pochodzącego z miłości pokątnej, stały się – po przyjściu Europejczyków – narzędziem samobójstwa rasowego”.

Te same objawy stwierdza specjalna komisja w roku 1896 u Fidżyjczyków – archipelag w tejże rozległej wyspiarskiej Melanezji – podając nadzwyczajną śmiertelność wśród dzieci, niezwykły procent noworod­ków martwych i dziwnie słabą odporność dorosłych Fidżyjczyków na choroby.

Podobne zjawiska spostrzeżono u Czukczów.

I u Australijczyków czarnych, zarówno na lądzie, jak i na wyspie Tasmanii: na południe od Australii. Robinson opowiada o wymierających Tasmańczykach – druga połowa XIX wieku – których deportowano na pobliską wyspę Flinders, gdzie materialnie bardzo o nich dbano, a postępowano z nimi łagodnie:

„Kiedy tubylec odczuje pierwsze oznaki niemocy, bądź to z przeziębienia, bądź z innej przyczyny, natychmiast ogarnia go przygnębienie, przestaje zachowywać się w sposób naturalny i oddaje się rozpaczy, w dalszym zaś ciągu wywiązuje się z tego podniecenie umysłu, aż w końcu umiera w stanie obłędu”. Mąż, choćby najzdrowszy, umierał szybko po śmierci żony. To samo żona po zgonie męża. „Według dra Barnesa przeszło po­łowa Tasmańczyków na wyspie Flinders wymarła nie z jakiejś wyraźnej choroby”, ale „z niedomagań żołądka, które całkowicie pochodziły od nieprzepartej żądzy powrotu do ojczyzny”. Nie imali się żadnej pracy, pa­trzyli w stronę Tasmanii i wyli z tęsknoty. „Nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”[10].

Poczucie mniejszej wartościowości zabija fizjologicznie. Może dlatego Hellenowie lepiej rozmnażali się we wschodniej części państwa rzym­skiego niż w zachodniej, gdzie więcej było Rzymian, gdzie więc silniej ci ówcześni panowie świata śródziemnomorskiego przypominali Grekom swą wyższość?

Wyspa Flinders okazała się klatką na Tasmańczyków, choć warunki materialne zorganizowano tu dla nich lepsze, niż kiedykolwiek mogli sobie to wymarzyć. Ale najpierw zdeptano ich. Nie czuli, że szanuje się ich jak białych. Narody nie mogą mieszkać ani w osiedlach, ani w krajach, gdzie życie byłoby zorganizowane dla nich jak w klatce, choć luksusowej. Inaczej wymierałyby. Istnieje i architektura ustroju, który też musi być w stylu przyrody. Wydaje się, że z tego samego powodu granice państw między sobą nie mogą być zbyt nieprzekraczalne: by żaden naród nie czuł się jak w klatce na swojej ziemi. Któż zaprzeczy, że nigdy by Żydzi w swym miniaturowym państwie Izrael nie mnożyli się obecnie tak silnie, jak się to tam obserwuje, gdyby nie byli pewni, że wcześniej lub później będą mogli się wydobyć poza granice Izraela? Inaczej, szczupłość granic ich dzisiejszego tam państwa robiłaby na nich wrażenie klatki i załamy­wałaby ich rozrodczość.

Powiedzmy więcej: życie na kuli ziemskiej nie może się wydawać ludz­kości jako nieprzekraczalne. Jako klatka. Glob jako klatka. I tak samo każdej jednostce nie może się wydawać jej życie biologiczne jako nieprze­kraczalne. Dlaczego? By zachowała maksymalną ochotę do wegetacji, do życia, do trwania na globie.

Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że żadne zwierzę nie chciało­by żyć, gdyby wiedziało, że umrze, a tym bardziej rozmnażać by się nie chciało. Wiele przemawia za tym, że człowiek bez celów wybiegających poza własną planetę, pozaziemskich, pozaplanetarnych, ba, wybiegają­cych poza wszechświat ze swą dalszą egzystencją – nie będzie się rozmna­żał. Ciekawa byłaby ankieta, ile zdecydowani ateiści w szeregu pokoleń

  • z dziada pradziada ateiści – miewają dzieci. W każdym razie narody, które traciły wiarę, wymierały, tudzież klasy społeczne wysterylizowane z wierzeń w zaświaty. Kula ziemska, skoro człowiek już ją wzrokiem ogar­nął, nie może mu się od tego czasu wydawać nieprzekraczalną, bo inaczej poczuje się naraz na globie, jak na wyspie. Jak na Flinders. I nie zechce się rozmnażać. Żydzi metafizyczni, religijni rozmnażali się w ciągu blisko czterech tysięcy lat; odłam Żydów antymetafizycznych, czysto ziemskich
  • kompleks z Flinders – przestał się rozmnażać, choć posiadł wpływy i bogactwa większe niż którykolwiek i kiedykolwiek naród na globie. Taki był koniec Rzymian: metafizyczni Rzymianie zdobyli świat, czysto ziemscy – z kompleksem z Flinders – „nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”.

Architektura światopoglądu musi wybiegać w nieskończoność, by czło­wiek w jej Domu chciał żyć. Choćby dlatego. Architektura światopoglądu nie może być klatką.

Lecz wróćmy w bliższe nam wymiary.

Dom mieszkalny tym mniej jest klatką, im więcej przed nim wolnej przestrzeni. Kraje z widokiem na morze – pierwsze poznały glob i zdo­były go. Osiedla w lasach nigdy nie miały wielu ludzi. Dom widny, to nie tyle z wielkimi oknami, co z dalekimi wielkimi widokami, jeśli nie z okien, to z progu; tak jak człowiek światły, to nie tyle książkowiec, ile ten, co widzi wielką przestrzeń przeszłości i przyszłości, co możliwie całą przeszłość i przyszłość spostrzega. Przestrzeń, to płuca i filozofia. W każdym razie dom wielopiętrowy, niezależnie od swego stylu, jest za­wsze klatką, a im większy, tym przygnębia silniej jak więzienie; rosnąca zaś w wielkich miastach ilość lokalnych ograniczeń, rozporządzeń, to dla psychiki mieszczan to samo, co matnia. Tak jak za niski w izbie pu­łap działa na samopoczucie domowników jak koniec świata. Pierwsi z ludzi, którzy kształcili w sobie poczucie panowania nad światem, to byli pustelnicy. Mieszkali w prymitywnych architektonicznie, ale własnych i małych domkach. Nigdy nie będzie więzień w małych, odrębnych dla każdego więźnia domkach z otwartym widokiem na świat. Wielka archi­tektura, to nie to samo, co architektura ogromna rozmiarami. Partenon jest malcem w porównaniu do wymiarów piramidy Cheopsa, ale ar­chitektura Cheopsa jest szczeniakiem wobec architektury Partenonu. Czyżby rozrodczość ludzka zależała od świeżości psychiki, jej horyzon­tów, optymizmu, zdolności do skoków z mieszkania w przestrzeń – od szacunku dla lokatora mieszkania? I czyżby od tych wartości równie zależała, co od młodości organów płciowych?

To nie jest tylko sucha liczba statystyczna dla Paryżan, gdy na kilometr kwadratowy powierzchni tego miasta wypada 33 tys. osób, rok 1936: bo obywatel odczuwa liczbę mieszkańców swej miejscowości jako ilość i gęstość zaludnienia całego świata. Albowiem mało kto przeżywa własny pobyt na ziemi, jakby mieszkał na całym globie. Tak jak rzadko kto, nawet astronom, uświadamia sobie w permanencji, że żyjemy wśród gwiazd. Nie łatwo być na co dzień mędrcem, tak jak trudno być w alkowie filozofem. Czujemy się psychicznie bardziej glebae adscripti, bardziej zaściankowi, niż się to śniło najzagorzalszym regionalistom. Dlatego kto wie, czy, na przykład, myśl o gehennie przeludnień nie śmignęła błyskawicą w mó­zgu Malthusa właśnie wtedy, gdy pewnego razu spoglądał, nie wiadomo zresztą po raz który, na mrowisko ludzkie Londynu, o którym przecież wiedział, że tak jeszcze nie dawno, bo w wieku XIV, liczył zaledwie 35 tys. ludzi, gdy w roku 1800 aż 959 tys. Uzupełnijmy, że Londyn w roku 1948 miał 9 min 282 tys. mieszkańców. Po prostu Malthus spoglądał na możli­wości ludnościowe świata – zanadto z punktu widzenia angielskiego getta: rojowiska londyńskiego?[11]*.

Wydaje się też, iż nie spadłaby rozrodczość amerykańska na poziom tak bliski wielkomiejskiemu wymieraniu – w latach 1931-40 biali rodzili tam 16%o – gdyby w mieście narzucającym Stanom Zjednoczonym modę dzietności – Nowym Jorku – nie tłoczyło się dziesięć milionów miesz­kańców, w roku 1930 11,7 miliona. Dlatego, być może, poziom urodzeń w Stanach obniżyłby się jeszcze bardziej, gdyby kilometr kwadratowy Nowego Jorku był gęściej zaludniony. Nowy Jork w roku 1930 posiadał 9 tysięcy mieszkańców na kilometr kwadratowy swej powierzchni, Kto wie, czy nie głównie ten fakt wywierał taki ucisk na psychikę Jankesów, że wydawało im się, iż mają teren całego swego państwa dość już zaludnio­ny, aczkolwiek kilometr kwadratowy USA zamieszkiwało wtedy zaledwie 15,6 osób, a w roku 1935 zaledwie 16,3 osób, w roku 1949 – 19[12]**.

Jakże odporniejszą psychikę na ten rodzaj ucisku wykazywały w tymże czasie kraje przemysłowe europejskie, jak Anglia z Walią, wytrzymująca 270 mieszkańców na kilometr kwadratowy; Belgia – 277; lub rolnicze raczej niż przemysłowe Włochy – 137; podobna do Italii ze struktury zajęć swej ludności Holandia – 250; z azjatyckich: rolniczo-przemysłowa Japonia – 182; rolnicza Jawa z Madurą – 341; z afrykańskich: rolniczy Egipt z 440 ludźmi na kilometr kwadratowy!***

A owa odporność psychiczna niektórych z tych pozaamerykańskich krajów, mianowicie rolniczych, występuje tym silniej, gdy zauważyć, że osiągnięta przez nie gęstość zaludnienia jest pewniejsza na dłuższą metę od gęstości zaludnienia terenów przemysłowych. Poza tym nie od rze­czy będzie spostrzec, że nie tylko górnicze i przemysłowe, ale również rolnicze prowincje szeregu państw osiągnęły najwyższą ze znanych wy­trzymałość psychiczną na gęstość zaludnienia. „Szereg prowincji Egiptu i Jawy posiada gęstość zaludnienia 600-800 osób na kilometr kwadratowy; w niektórych częściach Bengalii (Indie) gęstość dochodzi do 1250 osób na kilometr kwadratowy”[13].

Mieszkaniec wielkiego miasta w dawnych wiekach nie czuł się w tej mierze mieszkańcem przeludnionej wyspy, co dziś. Poczucia tego nie zdradzał w postaci tak nerwowo napiętej, jak w naszych czasach, nawet regulujący swe potomstwo obywatel wielkich miast starożytnych, jak Babilończyk, Aleksandryjczyk z czasów hellenistycznych, czy Rzymianin z okresu Cesarstwa. Ratowała go od takiej histerii niesamowita ówczesna śmiertelność dzieci i obfitość zgonów w ogóle. No i miasta – za wyjąt­kiem niektórych, podczas krótkiego okresu hellenistycznego i pierwszych trzech wieków w dobie cezarów, na nikłym zresztą w porównaniu z całą powierzchnią globu terenie jak Śródziemnomorze – były prawie że wy­łącznie liliputkami. I było ich o wiele mniej niż dziś. Co innego w ciągu ostatnich trzech stuleci. Miast, więcej niż ze stu tysiącami mieszkań­ców, ma Europa z 1800 roku siedemnaście, gdy w roku 1930 posiada ich w naszej części świata 262. Moskwa z roku 1800 liczy 250 tys. mieszkańców, Moskwa z 1939 roku 4 137 018. Nowy Jork z 1800 roku ma 79 tys. miesz­kańców: tyle co w połowie XX w. nasz poczciwy Radom. Australijskie miasto Sydney w 1800 roku liczy 2 tys. osób, gdy w 1947 roku urosło do 1 min 484 tys. mieszkańców[14].

Wielka śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci, uspokajała już podświa­domie mieszczanina, nieomal do naszych czasów, aż do początku XIX wieku, by nie bał się przeludnienia, by rozradzał się beztrosko. Natomiast co innego obecnie, gdy śmiertelność zdradza tendencję do największego zmniejszania się właśnie w wielkich miastach. Prasa na przykład z lip­ca 1939 roku zasygnalizowała, że zgony w największym mieście świata – Nowym Jorku – za czerwiec tegoż roku wynosiły 8,7%o. Jakże blisko światowego minimum zgonów 8,l%o z lat 1936-40! Zanotujmy, że całe Stany Zjednoczone, kraj tak bardzo zamożny i zdrowy klimatycznie, ma w tych samych latach 1936-40 10,6%o zgonów wśród swych białych obywateli. Podobnie Polska: w roku 1948 cały kraj ma ll,l%o zgonów, a Warszawa 8,l%o; Katowice zaś i Gdynia 6,5%o[15].

Olbrzymia dawniej śmiertelność w wielkich miastach tonowała gorącz­kę planowania małej liczby dzieci, nie dopuszczała łatwo do epidemii w tej dziedzinie, a nawet gdy dochodziło tu już i do epidemicznego planowa­nia, to udzielało się ono prowincji o wiele słabiej niż dziś, a przynajmniej o wiele wolniej, tak z powodu kiepskiej komunikacji, jak i małej liczby miast naprawdę wielkich.

Co innego teraz. A można by twierdzić z dużym prawdopodobień­stwem, że rola depopulacyjna wielkich miast wzmaga się w naszych czasach tym bardziej, im miast tych więcej, im one ludniejsze, im histeryczniej boją się tam potomstwa, a o dostęp do tych miast im jest łatwiej z prowincji, no i im szczuplejsza jest rozmiarami prowincja. Dlatego potę­gująca się urbanizacja państw sprzyja depopulacji prowincji.

Zobaczmy pewne zjawiska tego procesu. Miasta późniejszego ZSRR zabierały państwu w roku 1897 13,9% ludności, natomiast w roku 1939 32,8%16.

Miasta USA wchłonęły w 1790 roku 3,35% całej ludności tego kraju, w roku 1850 – 12,49%, w 1890 roku 29,20%[17].

Między rokiem 1920 a 1930 ludność miast USA wzrosła o 14,6 miliona osób, ludność wiejska nierolnicza o 3,6; ludność na farmach zmniejszyła się o 1,2 miliona[18], a w ogóle gnieździ się tam w roku 1930 w wielkich miastach z przedmieściami 54,8 miliona ludzi, chociaż zajmują zaledwie 1,2% całego terenu USA i choć jako mieszkańcy stanowią oni 44,8% za­ludnienia Stanów[19].

W Europie wzrósł procent ludności miejskiej w latach 1930-35 na 44-45%, podczas gdy w roku 1860 wynosił 26%.

Liczba ludności w wielkich miastach około roku 1930 wynosiła w pro­centach ogółu ludności: w Afryce 2,7; w Azji 4,5; w Europie 18,0; w Ameryce 21,5; w Australii 38,0[20].

Podobnie jak Europejczycy i Amerykanie, w ogóle podobnie jak biali – zapowiadają się Azjaci. Widać to po Japonii. Procent mieszczan stanowi w tym państwie z 1935 roku 64,6[21]*.

Z licznych statystyk widać, że w tymże kierunku kroczą wszystkie kon­tynenty i prawie każdy kraj cywilizowany[22]. Czyżby rozwój ich wszyst­kich miał iść tą drogą? Czy wszystkich nieodwołalnie? Ale jeśli nawet tu i ówdzie tendencja do gwałtownej, czy choćby szyb­kiej urbanizacji, jeszcze nie istnieje, jak w wielu rolniczych prowincjach Egiptu, Jawy, czy Bengalii, lub jeśli nie wyraża się w zbyt ostrej formie, jak w Holandii, to w miarę jak rosną urodzenia, muszą nawet najbardziej rolnicze kraje zmieniać do gruntu swe wiejskie oblicze. Niech w takiej choćby Bengalii, gdzie jak wiemy, niektóre prowincje rolnicze zamieszku­je po tysiąc z górą osób na kilometrze kwadratowym, ludność wzrośnie dwukrotnie, to po trzecim z kolei takim powiększeniu osiągną te prowin­cje wiejskie gęstość zaludnienia równą gęstości kilometra kwadratowego dzisiejszego Nowego Jorku. Taki obrót rzeczy musi więc zamienić całe połacie globu, choćby wyłącznie rolnicze, na wielkie miasta – już nie o dziesiątkach milionów mieszkańców, jak Londyny czy Nowe Jorki, ale o setkach milionów.

Próbkę możliwości o tym kierunku daje rolniczy Cejlon.

W XIX „stuleciu ludność wzrosła do siedem i pół raza, a w ciągu ostatnich siedemdziesięciu siedmiu lat trzykrotnie”. Nadwyżka urodzeń nad zgonami, czyli przyrost naturalny, który wynosił 17 albo 18 na 1000 ludności w latach 1941-46, skoczył na 25 w 1947 i 27 w 1948″. „W roku 1946 wskaźnik urodzeń dla miejskich obszarów wyspy wynosił 33 na 1000

  • wobec 35 dla całej wyspy”. W roku 1948 urodzenia wynosiły 40,5%o. „Wskaźnik urodzeń dla Kolombo z roku 1946, wynoszący 35 na tysiąc
  • był praktycznie ten sam, co dla dwudziestu miast o 10 tysiącach ludności lub mniej, gdzie wynosił 34″[23].

A nie zapominajmy, że Kolombo, stolicę Cejlonu i wielki port, zamiesz­kiwało wtedy 357 tysięcy osób. Mimo to rodzono tam, jak widzimy, 35%o, choć z roku na rok malała śmiertelność. W latach 1926-30 marło jeszcze 25,l%o; w roku 1948 15,2%o. Nie pozwolili więc mieszkańcy Kolombo ogarnąć się panice przed dziećmi, snadź nie odczuwają jeszcze potom­stwa jako ciężaru, przynajmniej dotychczas nie poddali się tej psychozie. A ostatnio psychozę szerzy sam minister zdrowia na Cejlonie, członek Światowej Rady Zdrowia – S. Bandaranayake, domagający się na wyspie klinik antykoncepcyjnych. Na razie jednak nie czują się Cejlończycy u sie­bie, jak na przeludnionej wyspie, choć Cejlon przecież jest wyspą; chociaż w roku 1948 zamieszkiwało ten kraj 108 ludzi na kilometrze kwadrato­wym, gdy Polskę w tymże roku 77[24]. Oczywiście, jeśli rozrodczość tu nie zmaleje, może i na Cejlonie dojść z czasem do zamiany całej wyspy na jedno miasto, z pozostawieniem na pamiątkę wycinka dżungli gdzieś we­wnątrz wyspy jako parku wielkomiejskiego. Ale nie bezludzie spowoduje to zurbanizowanie wyspy, nie ucieczka od życia, od dzieci. Nie ucieczka od dzieci do wielkiego miasta. Dojdzie do zwielkomiejszczenia sposobem wręcz odwrotnym: drogą honorową, umiłowaniem życia, pędem przez wielodzietność ku wielkiemu miastu. Mimo woli ku wielkiemu miastu. Miastu wyspie. A dalej – ku światu jako miastu. Ku miastu światu.

Bo tak czy owak: oba typowe kierunki – bądź wielodzietność, bądź za mała dzietność – u końca swojej drogi rozwojowej mają wielkie miasto.

Gdy, na przykład, ludzkość wyludniać się będzie w tym tempie, co obecnie szereg wielkich miast, jest nader prawdopodobne, że małoludna prowincja emigrować będzie tym bardziej nieprzeparcie do istniejących wówczas wielkich ośrodków miejskich. I tu więc u kresu rozwoju ludno­ściowego, a raczej, jak się zaraz przekonamy, przed jego ostatecznym koń­cem, mieć będziemy na globie nieomal wyłącznie wielkie miasta. Tyle że topnieć będzie ich ilość do minimum. Gdy tymczasem pierwszy z kierun­ków rozwojowych kształtowałby kompletnie inaczej oblicze ludnościowe ziemi. Zamieniałby bowiem coraz większy procent lądów na wielkie mia­sta, coraz ludniejsze, a w końcu na jedno wielkie jak świat miasto, łączące swe dzielnice-kontynenty komunikacją morską jak mostami, choćby przez oceany. Mielibyśmy świat – Wenecję.

Lecz spójrzmy, na ile realna jest przeciwna droga. Ewentualne tempo wyludniania i narzucające się łącznie z tym horoskopy.

„W Dreźnie – w roku 1933 – roczna nadwyżka zgonów ludności usta­bilizowanej wynosi 38%o; w Berlinie i Lipsku – 35%o. Przy takim ubytku rocznym po stu latach pozostałoby już mniej niż 3% (trzy procent!) lud­ności wyjściowej. Stosunki podobne (…) zdarzają się również w wielkich miastach poza granicami Niemiec”[25].

Wyjaśnijmy: „Ludnością ustabilizowaną nazywamy ludność zamkniętą (bez przypływu z zewnątrz i odpływu na zewnątrz), podlegającą trwałe­mu oddziaływaniu określonej w każdym wieku życia niezmiennej umie­ralności i określonej w każdym wieku kobiet niezmiennej płodności”[26].

Czyli Drezno pokazuje, co moda wielkomiejska mogłaby sprawić na całym świecie w ciągu stu lat, nawet gdyby glob zmienił się już przedtem na jedno wielkie miasto.

Mimo to niemal wszystkie wielkie miasta, nawet te, których ludność właściwie wymiera, rosną ciągle jeszcze ludnościowo, niektóre nawet na­der chyżo.

Dlaczego?

Bo wchłaniają ludność prowincji, która tutaj się garnie i tu następnie wymiera w trybie przyśpieszonym. A prowincja wcale się przed tym nie broni. Nie ma tu więc jeszcze walki klas na tym odcinku, panuje błoga nieświadomość. Prowincja kładzie po prostu głowę pod nóż i to z pew­nym entuzjazmem, ponieważ emigrować do wielkich miast jest modnie, a przecież to, co modne, wygląda na postęp, na awans społeczny. Błogostan. Euforia wymierających. I nauka demografii ulega tej modzie, ledwie bowiem wpada na myśl, że istnieje taki typ emigracji. Dlatego ciągle trudno w dziełach poświęconych sprawom ludnościowym – o tablice, które by odsłaniały, ile osób z pro­wincji emigruje do miast i jak szybko następnie tam wymiera. Brak tablic wskazujących na tempo uśmiercania ludności przez wielkie miasta.

Podobnie dopiero zaczyna świtać w umysłowości współczesnych mę­żów stanu, że największym wyzyskiwaczem naszych czasów jest klasa wielkich miast; zaś wśród ekonomistów ciągle jeszcze nie może dojrzeć pogląd, że wielkie miasto wymierające trzyma się ludnościowo na szczu­dłach, że to nie tyle polis – miasto, co nekropolis – cmentarz, i że choć najwięcej kosztuje ono gospodarczo, jest studnią śmierci, gdzie wymiera galopująco najważniejszy czynnik produkcji: ludność.

W wydawnictwie Akademii Architektury ZSRR, poświęconym plano­waniu miast – Planirowka gorodow (Moskwa 1947) – czytamy:

„Miasta takie, jak Magnitogorsk (145,9 tysięcy mieszkańców), Komsomolsk nad Amurem (70,7 tysięcy mieszkańców) i wiele innych nie istniały w roku 1926 na mapie”. W roku 1897 miasta późniejszego ZSRR liczyły 13,9% ludności, natomiast w 1939 32,8%; zaś „przy ogólnym wzroście ludności miejskiej po roku 1926″, notuje się „wyraźne zwiększa­nie odsetka ludności dużych miast, podczas gdy przedtem ludność była mniej więcej równomiernie rozdzielona pomiędzy duże, średnie i małe miasta”[27].

Zatem i tu spotykamy znaną nam tendencję.

Ale władze państwa snadź lękają się przerostów miast największych, a nawet niektórych większych, bo książka poucza, że „przy opracowy­waniu perspektyw rozwoju miast należy się kierować uchwałą, a także rozporządzeniem Rządu ZSRR i CK WKP (b) o zakazie budowy nowych zakładów przemysłowych w Moskwie i Leningradzie, rozszerzonym póź­niej na Kijów, Charków, Rostów nad Donem, Górki i Swierdłowsk”, które to miasta prowincjonalne posiadały w roku 1939, kolejno: 846, 833, 510, 644 i 425 tysięcy mieszkańców[28].

Książka rozróżnia – rzecz znamienna – wśród ludności miejskiej odła­my pozytywne: produkcyjny, miastotwórczy i usługowy; tudzież odłam niesamodzielny. Podaje też wzór, jak obliczyć zaludnienie zaplanowanego miasta w okresie jego zabudowywania i czas ten określa na 15-20 lat; wy­mienia również, przewidywany na czas rozbudowy i przebudowy 27 już istniejących większych miast radzieckich, wzrost zaludnienia[29].

Jednak autor nie mówi, co dalej z tymi miastami i ich ludnością: na jak długo planuje się owe miasta i ich ludność.

Co prawda, książka omawia wyłącznie techniczno-ekonomiczne pod­stawy budowy miast, ale przecież człowiek, to najważniejszy czynnik pro­dukcji; społeczeństwo zaś, by wystawić miasto, musi ponieść hekatomby ofiar w postaci kapitałów i pracy: wkład tedy tak wielki musi się opłacać gospodarczo. Cokolwiek zaś dałoby się powiedzieć o rentowności nowo zbudowanego miasta, jedno jest pewne: miasto nie może wymierać lud­nościowo, zwłaszcza najkosztowniejsze z miast – wielkie miasto. Nie jest to wiele, lecz nieprzekraczalne minimum wymagań właśnie techniczno- gospodarczych, nie tylko ludnościowych. Inaczej, naród budując wielkie miasta, ponosiłby niesłychane ofiary na wznoszenie czegoś w rodzaju obozu wyniszczającego jego masę biologiczną.

Książka Planowanie miast przemilcza również inny, niesłychanie waż­ny problem ekonomiczny: skąd w okresie lat 1897-1939 wzrósł odsetek ludności w tamtejszych miastach z 13,9% ogólnego zaludnienia państwa na 32,8%.

Czy wzrost ten powstał w sposób twórczy dla państwa, samodzielnie: czy przeto sama ludność miejska tak się rozkrzewiła?

Czy też może był to wzrost negatywny, pożyczka ludzi od mieszkań­ców wsi, którzy tu ewentualnie emigrowali z prowincji, lub ich stamtąd wysiedlano i wtedy przez to zubożali populację wsi radzieckiej, a nawet mogli pomniejszać ludność państwa, o ile potem w miastach niedosta­tecznie się krzewili?

Słowem: interesowało by, czyim kosztem tak bardzo rozrosła się lud­ność największych miast: w jakiej mierze własnym? w jakiej – z ludności miast średnich? małych? wsi? Transfuzją czyjej ludności, czyjej krwi – wsi? czy własną? czy może małomiasteczkową? – powiększyło się zalud­nienie miast średniej wielkości? No i: skąd – ze wsi czy z miast? – brano ludność „gotową” do zasiedlenia wznoszonych całkiem nowych miast, jak Komsomolsk, Magnitogorsk i inne?

A jeżeli gdzie, to w ZSRR problem samowystarczalności ludnościowej miast, a co najmniej średnich miast i największych, jest niesłychanie ży­wotny, ponieważ państwo to planowo, z uwagi na swój ustrój, nie znosi wsi i chce się całe zurbanizować możliwie w elektrycznym tempie. Kolektywne gospodarstwa wiejskie – kołchozy – i państwowe gospodarstwa folwarcz­ne – sowchozy – mają być komasowane w coraz większe jednostki, a ich centra administracyjne, gospodarcze, naukowo-doświadczalne i ludno­ściowe: w miasta. Czy czasem – w wielkie miasta; wyłącznie w wielkie miasta: to już tylko kwestia czasu; bo jeżeli ów proces w tym ustroju jest nieodwracalny, to okres przechodzenia na zurbanizowaną wieś, w końco­wym stadium rozwoju – na wieś wielkomiejską, zależy tylko od stopnia usprawnienia komunikacji i wydolności maszyn rolniczych. Nadchodzi tedy w ustroju Związku Radzieckiego nieuchronna śmierć wsi.

Nie lada to ryzyko, bo niemały to przewrót i ludnościowy: do tego bowiem czasu, od najdawniejszych stuleci, w życiu wielkich cywilizacji bazą ludnościową każdego państwa była wieś. Wprawdzie wieś w tychże państwach cywilizowanych nie stanowiła przodujących środowisk postę­pu, ale bywała zawsze i wszędzie przodowniczką postępu ludnościowego. Stąd, ze wsi, można było mieć i najwięcej ludzi, i jakościowo najwięcej wartościowych ludzi. Tu więc właściwie pieniło się najbujniej życie. I jeżeli wymienialiśmy statystykę urodzeń niektórych okręgów Rosji z lat na prze­łomie XIX i XX wieku, mówiąc o 60%o urodzeń w roku, a nawet więcej, to nie rodziły tak obficie ówczesne rosyjskie miasta, zresztą wcale jeszcze nie ograniczające potomstwa, coś jak obecnie Kolombo cejlońskie. Rodziła tam tak nieprawdopodobnie hojnie wieś rosyjska i ukraińska.

Ale jak się odbywa ów wspomniany przez nas wyzysk ludnościowy prowincji przez wielkie miasta?

Im bezmyślniej przyjmuje prowincja styl wielkomiejski, tym więcej niemieszczan chce mieszkać w miastach, a małomieszczan – w wielkich miastach. Ludność prowincji silniej rozradzająca się emigruje wtedy za­wzięcie do wielkich miast, tu zaraża się beztroskim planowaniem liczby dzieci i tym samym włącza się w wielkomiejski bieg ku wymarciu. Jest to wewnętrzna emigracja narodu na cmentarz: do wielkich miast. A ssa- ją one coraz większy procent ludności każdego kraju, który je posiada. Jednocześnie kurczy się, zapatrzona w wielkie miasto, płodność wsi i tym samym maleje ogólna ilość młodych ludzi na prowincji.

Jak bardzo w toku tej tendencji mogą zniżać się urodzenia prowincji do poziomu miast, a urodzenia miast do szczupłości urodzeń wielkich miast, mówi Anglia, kraj – o ironio! – o największych możliwościach emigro­wania na wieś – do swych olbrzymich kolonii: „Jeżeli (tam) w roku 1931 oznaczyć rodność wsi przez 100, to dla ogółu miast otrzymamy również 100, dla Londynu zaś 96″[30].

Wyjaśnijmy, że rodność, to stosunek urodzeń do ogółu ludności.

Uzupełnijmy, że ludność samego Londynu stanowi w roku 1936 21,5% zaludnienia Anglii z Walią, ludność Glasgow – rok 1934 – 22,5% całej ludności Szkocji; Kopenhaga z tegoż roku posiada 22,6% ludności Danii, a Wiedeń – 27,7% ogółu zaludnienia Austrii[31].

Na dalszy ciąg tego ruchu wskazują USA, gdzie zresztą tak samo zwę­ża się różnica między płodnością wsi i miasta, tudzież Wielka Brytania i Australia.

„Spośród rdzennych Amerykan (native born of native parentage) za­mieszkiwało w miastach w 1900 roku 29,7%, a 47,8% w 1930″, więc prawie połowa rdzennych Amerykan. Gdy na całą ludność miejską Stanów wy­pada w roku 1930 56,2% ogółu zaludnienia Stanów, to na samych miesz­kańców wielkich miast z przedmieściami 44,8%[32].

Ludność miejska wynosi wśród rodaków Malthusa – w Anglii z Walią – rok 1931 – 80% całego zaludnienia, w Szkocji nawet 86,1%[33].

Z tych to powtórnie zurbanizowanych brytyjskich krajów pochodzą koloniści planujący wygląd całego kontynentu: Australii. Zobaczmy, czy budowana przez nich Australia, to sobowtór Anglii. Rzeczywiście: au­stralijskie miasto Sydney wchłaniało w roku 1934 47,4% ludności swego kraju, Nowej Południowej Walii; Melbourne zaś zabierało aż 54,6% ludzi swej prowincji Wiktorii[34].

A cała Australia?

„Tylko 7 milionów mieszkańców. Dramat Australii wyraża się w tej cyfrze. Terytorium tak wielkie jak Europa zamieszkuje liczba osób równa zaludnieniu Belgii. Teren, na którym Anglia zmieściła­by się 32-krotnie, posiada zaledwie 2,4 mieszkańców na milę kwadratową, gdy Belgia 698″[35].

A przecież za wyjątkiem ropy naftowej posiada kontynent ten wszyst­ko. „Wełna, złoto, trzcina cukrowa, zboże, masło, węgiel, metale”[36]. Cóż, kiedy rzadko kto chce pracować tutaj ciężko, zwłaszcza na roli, jeszcze zaś rzadziej chcą ludzie tu mieć wiele dzieci; a kto wie, czy jedna i druga niechęć nie muszą chodzić w parze?

„Jest nas – powiada Coldwell, minister imigracji i informacji w Australii – 7 milionów, a trzeba, by było około 20 milionów. (…) Mówi się o 100 milionach, lecz 20 milionów jest cyfrą właściwą. (…) Jest to kwestia życia. Jak nasze małe zwierzęta «koala», które znikają, tak i my znikniemy, jeżeli nie będziemy reagowali. Należy Australię zaludnić lub umrzeć”. „Uprzywilejowanie miejscowych licznych rodzin – dodaje – byłoby najlepszym sposobem zaludnienia Australii. Lecz Australijczyk dzisiejszy ma mało dzieci. W roku 1875 rodzina australijska miała prze­ciętnie sześcioro dzieci, w roku 1939 liczba spadła na dwoje, w roku 1980 zgony przewyższą urodzenia. A jeśliby ktoś mówił, że do roku 1980 jeszcze daleko, przypominam mu historię tego głupca, który rzucając się z dwunastego piętra, krzyknął, znajdując się na wysokości trzeciego: «Patrzcie, mam się dobrze!»”[37].

Przy takim rozwoju stosunków ludnościowych we wszystkich krajach ziemi – doszłoby do australijskiego wyglądu świata. Wśród terytoriów ca­łych państw, bezludnych jak pustynne kraje australijskie, widzielibyśmy tu i ówdzie olbrzymie miasta wymierające, których mury w miarę czasu, w miarę posuwającego się wyludniania, wyrastałyby coraz bliżej pustyń i puszcz, graniczyłyby coraz bezpośredniej z bezludziem, ciągnącym się na tysiące kilometrów.

Wędrując po takim świecie, byle dostatecznie długo, natknęlibyśmy się w końcu na jedno jedyne, ocalałe z potopu wyludnień, wielkie miasto – na całej ziemi – pustyni, zamienionej może przedtem w park narodowy dla mieszkańców tego miasta, i na ministra informacji i imigracji w tymże mieście, sobowtóra Coldwella, biadającego na niechęć obywateli do dzie­ci. A jeśli tak, to które z dziś znanych miast wytypowałoby się sposobem takiej śmiertelnej selekcji – na jedyne w świecie miasto-sierotę? I ciekaw­sza rzecz: któremu z narodów dzisiejszych byłoby dane przechować tam szczątki swej ludności? Ale czy można by drogą pokojowego wymierania, bez kataklizmów międzynarodowych, dojść do spełnienia tego mirażu? Czy znalazłby się naród, co zgodziłby się wyłączyć od wyścigu do tak po­jętego raju? Od wyścigu do raju, czy od wyścigu o prawo do życia? Lecz skoro – o prawo do istnienia, to czy nie zakłóciłoby to pokojowości takich światowych zawodów samobójczych?

Niekoniecznie to są rojenia. Tak jak niekoniecznie „do tego musi pro­wadzić cywilizacja”. Zdarza się przecież śmierć z wyludnienia i ludom naprawdę dzikim, a kto wie nawet, czy dzikim nie jest stosunkowo łatwiej o wymarcie, a raczej, czy nie jest im łatwiej o szybsze wymarcie. Ba, „ist­nieją wiadomości o niektórych szczepach na Antylach, że umawiały się między sobą, by zbiorowo wymrzeć i przeprowadzały to konsekwentnie za pomocą dobrowolnej bezpłodności”[38].

Zresztą, wchodzimy w epokę rojeń, w czasy utopii, a w tym – i utopii eugenicznych. Coś, jak w starożytnej Sparcie, tylko teraz w skali ogól­noludzkiej. Bo im bardziej pogrążać się będziemy w epokę planowania, tym więcej będzie nie tylko realnych planów, ale i utopii przybywało, i to zarówno o urządzaniu całego świata, jak i poszczególnych działów życia. Tylu może być wtedy twórców „nowego wspaniałego świata”, ile teraz osób przeziębiających się. Tylu planistów, ilu ludzi. Wzrośnie liczba zba- wiaczy ludzkości. I wcale nie wartościowsze plany będą realizowane, ale plany najumiejętniejszych i najbardziej fanatycznych organizatorów.

Każda zgrana paczka każdego typu ideologów może urządzać wówczas glob według swego pomysłu, jedna drugą z tego powodu zwalczać, wyrzu­cać poza nawias życia, niszczyć nawet z kretesem, mobilizując do tego nie­rzadko wszystkie siły naszej planety*. I czy tylko naszej? Gdyby zaś w toku takich wojen „ideologicznych” jakiś model „idealny” nie opanowywał co jakiś czas całości życia na ziemi na dłuższą ilość lat, ludzkość może być wstrząsana, jak konwulsjami, od jednej próby uszczęśliwiania świata do drugiej, powodzią wojen-kataklizmów, których słabą próbą jest aktualna dziś groza wojny atomowej.

Jak tedy w epoce planowania ratować świat od ery utopii: oto problem! Zdaje się, że jego wagę będzie człowiek tym bardziej doceniał, im więcej stuleci żyć będzie w epoce przeludnień: bo bogactwo ludzi i kontaktów między nimi dynamizuje nie do wiary myśl ludzką i uskrzydla zarówno zdrowe wielkie mózgi, jak i chore genialne.

Ale jak odróżnić utopię od planu?

Utopia, to nie tylko to, co się nie da urzeczywistnić: bo można reali­zować i utopię. Utopia, to raczej to, co niszczy człowieka, co choćby go osłabia. Jaka tedy jest higiena planowania? eugenika planowania w ogóle? Co tu jest utopią? Co utopią, którą można zrealizować, ale która niszczy człowieka, osłabia go? prowadzi do wyludnień? prowadzi do zniszczenia narodu? gatunku?

Lecz gdyby, powiedzmy, jakiemuś fanatycznemu ruchowi eugeniczne- mu udało się wreszcie zrealizować jakieś państwo doskonałych na swój sposób ludzi, jakieś miasto-pana świata i urządzić dla jego mieszczan skorupę ziemską jako jeden wielkomiejski park narodowy, to czy wy­produkowany przy tej okazji „człowiek szczęśliwy” – homo felix, o typie sportowo-inżyniersko-profesorskim – nie wymarłby ze swego elitaryzmu w dość zawrotnym tempie? Czy podstawą rozrodczości ludzkiej nie jest czasem baza zwykłych, prostych ludzi – ludzi-dziczek, dlatego tak żywio­łowo żywotnych, że ich dążenia są żywiołowo prymitywne, i dzięki temu – biologicznie bardziej elitarnych od najwytworniejszej elity umysłowej, sportowej i gospodarczej?

Czy na brak tej „elity” dziczkowej nie cierpiały zawsze – i to bezna­dziejnie – narody wymierające dobrowolnie? Czy zatem planowanie za­ludnienia nie musi także hodować „prostego człowieka”? Odpowiednią ilość „prostego człowieka”? Czy eugenice nie przydałby się pewnego rodzaju franciszkanizm? Czy wobec tego należy się tak bardzo trapić, jak to czynią eugeniści współcześni, że prosty człowiek więcej ma dzieci niż elitarny? Kto tu właściwie – z punktu widzenia najistotniejszej funda­mentalnej podstawy wszelkich społeczności ludzkich: by zachować sam gatunek Homo sapiens – jest bardziej elitą: czy ten, co łatwo wymiera; czy ten, co najtrudniej wymiera?

I po co wytwarzać elitę, skoro potem tak łatwo wymiera? Czy się opłaci choćby sam wkład pieniężny w jej wytwarzanie? Czy na uniwersytetach ma się zawieszać tablice: „Tu się wytwarza elitę, która szybko wymiera”? I czy naprawdę elita musi wymierać łatwiej i szybciej od prostego czło­wieka? Czy nie dałoby się tego procesu powstrzymać? Jak? Przeto czy nie należy upraszczać elity umysłowej, nie pozbawiając jej jednocześnie naj­wyższych walorów kulturalnych? Po co? By zbliżyć – witalnie – elitę do dziczki-prostego człowieka? Na czym polega demokracja biologiczna? Co zapewnia osobom wysokiej klasy kulturalnej tężyznę biologiczną dziczki?

Lecz czy to tylko problem „dziczki”?

Przecież nawet historia ostatnich wieków notuje wymarcie oraz wy­mieranie szeregu plemion pierwotnych i to nie tylko z powodów, które przytaczaliśmy, mówiąc o Czukczach, Tasmańczykach czy mieszkańcach Eddystone i wysp Antylskich. A posiadamy dość faktów, dopuszczających myśl, że i dawniej nie brak było podobnych wśród takich ludów katastrof, a nawet że mogły się zdarzać bez porównania częściej. Aliści przeważał mimo wszystko człowiek pierwotny swą witalnością nad nami, a przema­wia za tym to, że społeczeństwa cywilizowane egzystują dopiero od kilku tysięcy lat, w każdym razie nie znaleziono żadnego, które by trwało do dziś nieprzerwanie choćby sześć tysięcy lat; podczas gdy ludy pierwotne jako całość przetrwały ogromny okres pleistocenu i bez mała cały holoce- nu – a więc w sumie setki tysięcy lat – i to bez medycyny, pisma, bez opieki społecznej i władz państwowych. I bez wielkich miast uniwersyteckich.

Czym człowiek pierwotny zdobywał taką niespożytość, odporność, witalność? Czy przypadkiem nie dzięki wydawaniu na świat każdego dziecka poczętego i olbrzymiej zarazem śmiertelności, która eliminowała bezlitośnie słabsze jednostki?

„Eugenika” przyrody jest okrutna, choć chyba najbardziej celowa. Toteż trudno sobie wyobrazić, by na tę drogę wkroczyła kiedykolwiek eugenika sztuczna, lekarska, to znaczy: by opuściła zupełnie człowieka. By zatem także medycyna zniszczyła medycynę.

Ale jakich by innych środków powinna szukać medycyna na trwałość ludzkiego gatunku? Skąd odporność pewnych jednostek? Czy jest ona wyłącznie niezasłużona? dziedziczna? Czy czasem nie należy jej szukać także w sobie? W osobistym wysiłku? Jak u poliploidów! I czy nie w tym kierunku głównie powinna by iść eugenika? Żądać! Wymagać! Żądać od człowieka tak trudnej postawy wobec życia, jak bezlitosna jest eugenika przyrody! Czy tu przypadkiem nie znajdziemy tajemnicy twórczego pla­nowania zaludnienia? W każdym razie nie wydaje się, by to, czego euge­nika przyszłości zażąda od człowieka, nie było bardzo ciężkie.

I co eugenika lekarska uczyni z wielkimi miastami?

Wiemy z góry: nie uwolni wielkomieszczan z poczucia przeludnionej wyspy, bo nie może fałszować prawdy. Ale czy tolerując, a nawet pielęgnu­jąc w wielkich miastach „poczucie wyspy”, zdoła uleczyć je z „popłochu przed dziećmi”? A jeśli jej się to nie uda, to czy pozwoli, by wielkie miasta ssały nadal ludność prowincji i bezpotomną lub zbyt mało płodną – wy­pluwały następnie masowo na swe cmentarze? Czy też wysiedlać będzie stamtąd przymusowo, jako z terenów zagrożonych epidemią wymierania? I czy z kolei zaorywać będzie takie miasta? A może zostawi je, tylko po prostu wydzieli z nich ludność normalnie rozradzającą się, nią się zaopie­kuje, pozostałej zaś – wymierającej dobrowolnie, a więc w najwyższym stopniu nieeugenicznej – pozwoli wymierać? Bo czyż państwo może przymuszać do posiadania potomstwa? Do czego można siłą zmuszać, gdy chodzi o rozradzanie się, a do czego nie?

Lecz im mniej państwo władne jest tu zdziałać siłą, tym więcej przez wpływ. Jak wychowywać wielkie miasta do ich długowieczności? do po­stępu ludnościowego? I jak to planować? Bo tak czy owak z wpływem wielkich miast trzeba się liczyć. Jak kierować wpływem wielkich miast?

Po wtóre, powiedzieliśmy, że w miarę rozwoju ludnościowego nawet wsi, idziemy ku coraz większej ilości wielkich miast i ku coraz ludniej- szym wielkim miastom. Wielkie miasta sprawują dyktaturę nad obyczaja­mi i zwyczajami świata. Dyktaturę bez przymusu, dlatego tak przenikają­cą wszystkich. Trudno zresztą powiedzieć, by kiedykolwiek było inaczej; lecz nigdy tak jak dziś wielkie miasto nie ugniatało z tą swobodą i tak przemożnie oblicza człowieka na całym okręgu ziemskim – wszak nigdy nie miało tak wielu i tak częstych kontaktów ze światem. Tak, jak trudno się upierać, że rola wielkich miast była wyłącznie dysgeniczna i moralnie fatalna: któż tak oceni rolę Babilonu, Aten helleńskich, hellenistycznej Aleksandrii, Bizancjum wschodniorzymskiego, Florencji Medyceuszów, Rzymu renesansu, czy Paryża ostatnich trzech wieków? Kto nie przy- klaśnie twierdzeniu, że wielkie miasta, niekoniecznie każdego czasu w dzisiejszym znaczeniu wielkie, ale bądź co bądź te największe w każdym okresie dziejów, były ogniskami postępu? Lecz skąd to podglebie twórcze? z czego? Czy nie dałoby się go uzyskać drogą niejako syntetyczną, poza wielkim miastem? Jak? W każdym razie nawet gdyby się to powiodło, su- gestywność stylu bycia wielkich miast nie zmaleje chyba nigdy. Czy jed­nak, dopóki się nie powiedzie taka „synteza” stworzenia ognisk postępu poza wielkimi miastami, nie należy iść drogą bardziej konserwatywną: przecież rola wielkich miast mogłaby każdego czasu dorosnąć do mniej fatalnej? Po wtóre, skoro wyraziliśmy się, że należałoby wychowywać wielkie miasta do długowieczności, czyż tym samym nie założyliśmy, że może istnieć czynnik kierujący rozwojem wielkich miast: potężniejszy od ich sugestii. Jaki to czynnik? A może czynniki?

Fakt to powszechny, że wielkie miasto pożera wolę prowincji: czy wobec tego nie należałoby wzmocnić roli prowincji? poprawić jej samo­poczucia? jej świadomości, że jest równa wielkiemu miastu? wywołać i ożywić jej w pewnym sensie świadomości klasowej? Wyzwolić prowin­cję! By nie czuła się, jak dotąd, medium bezwolnym wielkiego miasta, ale by zechciała może zostać nawet jego hipnotyzerem.

Bez podniesienia godności prowincji, bez wyleczenia jej z kompleksu niższości, nie ma mowy o demokracji, znęcać się bowiem będzie nadal swym wpływem nad światem wielkie miasto i to coraz nieznośniej. Ale czy nie równie ważne jest podniesienie godności jednostki: tej najbardziej prowincjonalnej prowincji? Wyzwolić ją z piekła sugestii wielkiego mia­sta, nawet zostawioną w tymże wielkim mieście? Jak to robić!?

Nade wszystko jednak leczyć należy samo wielkie miasto.

W jakim zatem kierunku powinna by iść medycyna, by zabezpieczyć stałą młodość wielkim miastom?

W wielkich miastach gnieździ się głównie medycyna. Tu najwięcej le­karzy, instytucji naukowych lekarskich, zakładów leczniczych. Jasne więc, że tutaj też muszą najdobitniej występować blaski i nędze nowoczesnego lecznictwa. Rzeczywiście: stwierdzamy tu tendencję ku minimum zgo­nów i maksimum wymierania.

Mówiliśmy o niszczącym wpływie wykształcenia i dobrobytu na po­pulację. Owóż zawsze dobrobyt i wykształcenie znamionowały miasta, zwłaszcza wielkie. Ale od czasu wzrostu poziomu medycyny doszła do tamtych dwu trzecia cecha życia wielkomiejskiego: maksymalne korzy­stanie z medycyny, stąd minimum śmiertelności i w konsekwencji klimat na ograniczanie urodzeń. I choć od tej pory można sobie wyobrazić wiel­kie miasta bez powszechnego wykształcenia i dobrobytu, to czyż podob­na planować życie wielkich miast bez maksymalnej pomocy lekarskiej? a więc bez perspektyw dalszego pomniejszania kwoty zgonów? Ale czy minimum zgonów musi bezapelacyjnie prowadzić do takiego ograni­czania urodzeń, które sprowadza wymieranie? Co na to wola ludzka? Jak tedy planować życie wielkich miast: z nieograniczonym dobrobytem i wykształceniem, tudzież z równie stale rosnącą pomocą lekarską, a z ograniczaniem urodzeń, lecz bez wymierania? Bo choć nie wyłącznie życie wielkich miast tak należy planować, to jednak przede wszystkim życie wielkich miast: z uwagi na idący stąd, ze środowisk wielkomiejskich, miażdżący wpływ na styl życia małżeństw prowincji, z uwagi na siłę mody. Dlatego nie gdzie indziej, ale na terenie wielkich miast urzeczy­wistnienie twórczego planowania ludności i potomstwa wyrasta, ściślej: wybucha – na najbardziej naglącą konieczność. Tu dziś płoną biologicznie narody. I tu zarazem – z drugiej strony – jeśli narody nie spalają się, to mają najwięcej szans na wzrost ludności jak najbardziej gwałtowny.

Aliści czy wielkie miasto przez to samo, że wielkie, nie staje regulacji twórczej na przeszkodzie?

Nie wydaje się.

Spartanie po kilkuset latach istnienia wymarli, lecz stolica ich, Sparta, nie była nigdy wielkim miastem. W najświetniejszym okresie rozwoju

  • IV wiek przed Chrystusem – nie liczyła więcej niż 30 tys. mieszkańców, a za Rzymian, w czasach Cesarstwa, była już tylko „nieznaczną mie­ściną”[39]. A przecież inne miasta greckie z tychże stuleci były o wiele ludniejsze. Ateny i Syrakuzy, przed swym upadkiem w IV wieku sprzed Chrystusa, zamieszkiwało po 100 tys. osób, nie mówiąc o jednym z naj­większych miast hellenistycznych – Seleukei nad Tygrysem, która „li­czyła 400 tys. mieszkańców jeszcze w połowie II wieku naszej ery, kiedy okres świetności miasta dawno minął”; czy Aleksandrii, konkurującej za Antoninów z samym Rzymem, a mieszczącej półtora miliona wtedy ludzi; czy o wielu innych średniej wielkości miastach, jak Apamei w Syrii
  • 200 tys. mieszkańców w I stuleciu po Chrystusie[40].

Dorobiły się tedy inne, poza Spartą, miasta greckie daleko większej ludności oraz dłużej egzystowały od tejże Sparty – i to jako wielkie mia­sta – chociaż i one, i otaczające je kraje, z których prowincji wchłaniały ludność – bez porównania mniej dbały o jakość fizyczną swych obywateli niż Sparta.

Wiemy, że współczesna medycyna kładzie główny nacisk na zapobie­ganie chorobom i rozwój fizyczny. Kresem takiego rozwoju medycyny jest zamiana jej na higienę i sport. Można by to nazwać spartańskim kierun­kiem w lecznictwie i dlatego z góry wróżyć, że taka medycyna nie ocali Spartan XX wieku ani od wymierania, ani od wymarcia.

I prawda. W wielkich miastach naszej doby mieszka coraz więcej osób higienicznych i wysportowanych, które nie chcą dzieci lub za mało chcą dzieci. Co gorsza długowieczność obywateli, nieznana dawnym miastom, przy minimalnej poza tym obecnie liczbie dzieci, sprawia, że jeszcze w najmniejszym stopniu wielkie miasta zapowiadają się jako środowiska ludzi młodych. Wielkie miasta starożytności – Aleksandrie, Babilony, Antiochie – były miastami młodości. Ba, jeszcze jedno – tylko milio­nowy Londyn z roku 1800, półmilionowy Paryż z tego czasu, Warszawa Wokulskiego czy nawet Wiedeń Straussa: były to metropolie młodziut­kie latami swych mieszkańców – wobec pokoleń przewalających się dziś ulicami tych stolic. I kto wie, czy także w tej właśnie młodości dawnych i niedawnych jeszcze mieszkańców wielkich miast – nie należy szukać witalizmu intelektualnego Babilonów wszystkich czasów, a w takim razie – czy nie należy się spodziewać sklerozy kulturalnej w miastach przyszło­ści: miastach starców, nie chcących umierać, a przedtem – mieć dzieci.

Trudno by jednak skroś tych wielu przyczyn odrzucać i wielkie miasto, i higienę, i wychowanie fizyczne. Raczej należałoby się zapytać, jak po­winna by wyglądać higiena medycyny i higiena psychiki mieszczanina, by jedno i drugie nie ulegało terrorowi mody wielkomiejskiej, tak tu sprzy­jającej dżumie wyludnień.

Problemy.

Unika ich człowiek, gdy się bezmyślnie rozradza. Ale błogostan lud­nościowy przy dzisiejszych środkach sanitarnych mógłby trwać wtedy bardzo krótko, bo teren zacząłby się gwałtownie zaludniać. A wraz z tym inne nadeszłyby kłopoty: jak zmniejszać możliwie do minimum plagi po­chodzące z przeludnienia; a raczej: jak ograniczać je do samej wzmożonej śmiertelności, nie naruszając pozostałej harmonii życia? Ale wtedy trzeba byłoby rozwiązać problem: jak zorganizować wielką śmiertelność, oczy­wiście śmiertelność naturalną. A śmiertelność ta musiałaby procentowo rosnąć – i to stale – w miarę wzrostu nadmiaru zaludnienia ziemi.

Wzdraga się przed tym myśl ludzka, ale ośmiela się myśleć.

Zresztą, było już coś takiego w Europie. Wtedy, mianowicie, gdy w ciągu kilkunastu wieków nie planowano potomstwa i rozradzano się bezmyślnie, ale niejako godzono się na olbrzymią śmiertelność dzieci i wielką liczbę zgonów w ogóle. Obecnie zaś przy wzmożonej dbałości o życie, można widzieć co innego. Wykazywaliśmy, jak znacznie maleją urodzenia i zgony w całym świecie. Ale to nieścisłe. Faktycznie powołuje się do życia bez porównania więcej dzieci, niż opiewają statystyki urodzeń, i śmiertelność maleje znacznie słabiej, niż głoszą rubryki zgonów.

Jak to?

Oto by uniknąć odchowywania większej liczby dzieci, mordują co roku w naszych czasach neomaltuzjanie miliony swych płodów, czyli dzieci po­czętych. O tę liczbę należałoby tedy powiększyć cyfry śmierci i urodzeń w każdym kraju. O tę liczbą sztucznej, pielęgnowanej specjalnie śmier­telności. I zorganizować walkę nie tylko, jak dotąd, z notowaną, przyjętą, nobliwą śmiertelnością, ale i z tą ukrywaną, nie notowaną, nie dostrzega­ną przez statystykę. Czyż to nie doniosły problem?

A problemów przybywa, im bardziej wgryzać się w procesy ludnościo­we. Choćby zaś niejedno z narzucających się przy tej okazji zagadnień wyglądało na marginesowe, to naprawdę tak trudno oderwać je od kom­pleksu zjawisk ludnościowych, jak żywą skórę od żywego człowieka.

Rozradzanie się ludzkie, które niechluje umysłowi zwulgaryzowali jak żadną dziedzinę, urasta w naszych czasach, w epoce świadomego rodzi­cielstwa – na zjawisko zrośnięte wszędzie z człowiekiem, społeczeństwem i ludzkością, najbogatsze w treść, najtrudniejsze w zadania, najbardziej wyposażone w sytuacje dramatyczne i skomplikowane.

I tak: czyż to nie dramat, gdy rozradzanie się i wymieranie – na całej przestrzeni bytowania człowieka na globie – nie jest właściwie niczym in­nym, tylko eliminacją w biegach do przechowania swej krwi aż do końca życia ziemi?

Straszliwy ten sport trwa od początku ludzkości.

Miliony szczepów, niezliczone ludy, miliardy rodzin – stanęły już do tego biegu, wyginęły, tudzież ciągle jeszcze ten i ów się kończy; czemuż by więc także wszystkie współczesne narody nie miały z czasem wymrzeć, a przedtem wykrzewić się w inne jakieś narody, czy tylko w jeden już je­dyny naród-sierotę? Wydaje się jednak, że tym razem staje temu na prze­szkodzie pewien dorobek naszej specjalnie cywilizacji. Wykształca ona tak jak nigdy odpowiedzialność społeczną, a w tym poczucie narodowe, to zaś rodzi w kolektywie-narodzie świadomość i potrzebę nieśmiertelności. Potrzeba ta usztywnia z nieprzemożoną siłą wolę narodu do życia i czyni nieomal nieprawdopodobnym jego zupełne wymarcie.

Wola ludzka.

Fakt ten to promyk na ciemnym horyzoncie ludnościowym współcze­snej Europy, Ameryki i Australii, a niebawem i Azji. Może tej właśnie świadomości narodowej należy zawdzięczać, że społeczeństwa naszego kręgu kulturowego, które z naiwną łapczywością rzuciły się na epide­miczne planowanie zaludnienia, szybko otrząsnęły się z tego i nie mniej zapalczywie się ratują, a choć metodom ratunku można by wiele zarzucić, to przyznać trzeba, że nigdy dawniej nie zdobył się na obronę swej popu­lacji w tej skali żaden naród cywilizowany.

Nie chcą, co prawda, dzisiejsze narody porzucić idei planowania za­ludnienia. Ale chcą być także nieśmiertelne. Zarazem pragną zapewnić sobie maksimum udziału w tworzeniu lepszej ludzkości i sublimować swój instynkt walki oraz swe poczucie potęgi w ambicjach kulturalnych, jedynie życiodajnych dla tworzenia coraz bardziej naturalnej kultury i do zachowywania coraz pewniejszego pokoju w świecie. Te trzy idee – pla­nowanie, umiłowanie narodu i pokój – nurtują dziś z siłą żywiołu każde ze społeczeństw pochodzenia europejskiego, a próżno szukalibyśmy powszechnej cyrkulacji tych pierwiastków ideowych u któregokolwiek z dawnych ludów, należących do wymarłych już cywilizacji.

Kwestia ludzkiego rozrodu wylewa się daleko poza jakość typu fi­zycznego czy psychicznego, poza jego optimum jakościowe; tudzież poza problem przeludnień, niedoludnień, czy dostatecznego, tak zwanego .optimum” ludnościowego ilościowego – na mnóstwo dziedzin życia, a kto wie, czy nie na wszystkie, jak domyśla się tego szereg bardziej dale­kowzrocznych, długofalowych myślicieli-demografów.

Jeśli jednak tak, to planując zaludnienie, należałoby odpowiednio do tego planować jednocześnie całość cywilizacji.

A nie na odwrót.

Ale przypatrzmy się z kolei, jak dotychczas regulowano zaludnienie.

”Czym jest edukacja?” Program nauczania elit – John Taylor Gatto

”Czym jest edukacja?” Program nauczania elit – John Taylor Gatto

Czym jest edukacja? Program nauczania elit – napisy PL – John Taylor Gatto

 

Czym jest edukacja? Program nauczania elit

Chciałbym zacząć od opowiedzenia o wydarzeniu, które zmieniło moje życie. Chodzi o zwykłą czynność nauki jazdy samochodem. Tego dnia dowiedziałem się, że w nauce nie ma nic trudnego i ta wiedza, ku mojej satysfakcji, sprawdza się od 30 lat odkąd uczę w szkole w Nowym Jorku. Że odkąd dziecko dostosuje się do procesu uczenia, nic nie jest dla niego za trudne, nawet zaawansowane rachunki. Jeśli brzmi to jak zbyt pochopny osąd, chciałbym przypomnieć, że Jaime Escalante, nauczyciel z Kalifornii, do którego należał stanowy rekord w liczbie uczniów rokrocznie zdających zaawansowane testy z rachunków, uczył wyłącznie dzieci meksykańskich imigrantów i dzieci z getta w Los Angeles; że rok po roku Escalante był numerem jeden w stanie Kalifornia, ucząc zaawansowanych rachunków dzieci, które nigdy nie jadły z obrusa i nie miały żadnych edukacyjnych tradycji. Tak więc, kiedy miałem dwanaście lat nauczyłem się prowadzić, co mnie zaskoczyło. Pewnego dnia w 1947 roku spędzałem czas w drukarni dziadków, kiedy nagle wujek odezwał się do mnie: „Przejedźmy się razem, Jackson”, bo tak mnie wtedy nazywali, i w następnej chwili mknęliśmy drogą wzdłuż rzeki, przez miasteczko Monongahela, gdzie dorastał też Joe Montana, niebieskim kabrioletem Buick Roadmaster, na który wydał wszystkie pieniądze odłożone w czasie służby w armii. Dojechaliśmy więc do drogi nad rzeką, gdzie zawsze było pusto, i wtedy powiedział do mnie „Już czas, żebyś nauczył się prowadzić.” Miałem wtedy dwanaście lat. Złapał mnie za kark i zmusił do spojrzenia na pedały, mówiąc „kwadratowy hamuje, długi rusza, skręcasz kierownicą w lewo, kiedy chcesz jechać w lewo, a w prawo, gdy chcesz jechać w prawo. To wszystko. Jakieś pytania?” Byłem oniemiały. Powiedział „Dobrze, to wszystko, zamieńmy się miejscami.” Byłem przerażony, jak chyba każdy by był na moim miejscu. Jak więc mi się udało? Z początku jechałem slalomem wzdłuż środkowej linii. Ale zawsze, kiedy to robiłem, wuj uderzał mnie po głowie. Przestałem więc. Wujowi najwyraźniej wydawało się, że każdy rodził się z wiedzą jak prowadzić i zdawało się nierozsądnym zaprzeczać mu. Chciałbym zwrócić uwagę na analogię między umiejętnością prowadzenia samochodu, kiedy życie jest narażone na szwank przy najmniejszym braku uwagi a faktem, że wszyscy nabywają ją zwykle w 20 czy 30 godzin. Umiejętności czytania czy obsługi komputera, które są fizycznie niegroźne, wszystkie są tak łatwe do nauczenia, że nie ma co robić z tego wielkiej sprawy. Mówi się o krytycznej sytuacji jeśli chodzi o czytanie w Stanach Zjednoczonych, jednak jezuicki duchowny, Paul Ferrara, chodził na wzgórza Ameryki Południowej i uczył czytać farmerów, którzy od pokoleń nie mieli z tym do czynienia, uczył ich czytać w 30 godzin. Nigdy nie zabierało to więcej czasu, a oni chętnie się uczyli. Ponieważ pierwszym zdaniem, które nauczył ich czytać było „ziemia należy do mówiącego”, czego nauczyli się od razu i nikt z nich tego nie zapomniał. Każdy ekspert powie, że to niebezpieczne, żeby pozwolić dwunastolatkowi prowadzić samochód, jednak każdy ekspert powie również, że dwunastolatek nie umiałby dowodzić okrętem wojennym, płynącym z zachodniego brzegu Ameryki Południowej, dookoła przylądku Horn, do Bostonu, a jednak pierwszy w historii admirał United States Navy [Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych], David Farragut, właśnie tego dokonał. W 1815 przejął dowodzenie okrętem i posterował nim z powrotem, z wrogą załogą na pokładzie. Dopłynął z powrotem do Bostonu w 1815. Każdy wie, że dwunastolatek nie potrafi zarządzać dochodową gazetą, a jednak dwunastoletni Thomas Edison właśnie to zrobił w latach sześćdziesiątych – stworzył gazetę przy pomocy zniszczonej prasy drukarskiej, którą ktoś wyrzucił, i dostarczał pasażerom pociągów jeżdżących na długie dystanse wiadomości o wojnie cywilnej. Proszę zauważyć, że nie rywalizował on bezpośrednio z dużymi dziennikami, skupiał się na konkretnej grupie odbiorców i przekazywał im jeden rodzaj wiadomości, wiadomości wojenne, które znał, ponieważ pociąg miał zamontowany telegraf. Dostarczał więc wiadomości o bitwach i ruchach oddziałów wojska, zanim jeszcze miejskie gazety wydawały swoje numery. Edison, w wieku dwunastu lat, zarobił małą fortunę na tej gazecie i pewnie pozostałby przy tym, ale jednocześnie robił eksperymenty chemiczne na tyłach pociągu, co któregoś dnia doprowadziło do wybuchu pożaru i zaniechania eksperymentów w tym miejscu. Około rok temu, w 1997, dziesięcioletnia dziewczynka była na okładce New York Timesa ponieważ wymyśliła i przeprowadziła eksperyment, który dowodził, że nowa dochodowa metoda leczenia jest fałszywa. Jakiś czas temu ktoś naprawił teleskop Hubble’a, który miał wadę soczewki, ktoś wymyślił jak dostarczyć tam soczewkę korekcyjną i naprawił go. Ten właśnie człowiek kierował traktorem, orząc pola na rodzinnej farmie, już w wieku pięciu lat. Wszystkie te historie zmuszają nas do zastanowienia się nad tym, czego dzieci potrafią się nauczyć. Wspólną cechą wyedukowanych ludzi jest to, że potrafią poddać coś w wątpliwość, nie wierzą we wszystko, co się im mówi, jednak szkoły nie są zdolne do pomocy w rozwijaniu tej zdolności z powodu strachu, że zostanie poddana w wątpliwość sama idea obowiązku szkolnego. Chciałbym opowiedzieć historię, której byłem naocznym świadkiem, jest to historia sprzed dwóch lat. W północnozachodnim zakątku znanej wyspy, daleko stąd – zwykle nie mówię jaka to wyspa, ale skoro byłem w kościele to przyznam, że to Hawaje – wyspa, na której 80% zatrudnionych pracuje dla amerykańskiego rządu. Z dala od plaż Hawaje są jednym z najbardziej depresyjnych miejsc na Ziemi. Ludzie – nie mam tu na myśli turystów czy tymczasowych mieszkańców – są wymęczeni, wszyscy zatrudnieni przez rząd. A więc, w północnozachodnim rogu O’ahu sześćdziesięcioletnia kobieta sprzedaje ze starej ciężarówki porcje krewetek z ryżem. Ta ciężarówka, razem z wyposażeniem służącym do gotowania, jest pewnie warta nie więcej niż 5000 dolarów i ma przynajmniej 20 lat. Nazwijmy to jej kapitałem początkowym, 5000 dolarów, i myślę, że mogę nawiązać do mojej wczorajszej wypowiedzi o niezależnym życiu. Z tej ciężarówki kobieta sprzedaje krewetki z ryżem, po 9,95, ale to duże porcje i są przepyszne. Sprzedaje też hot dogi dla dzieci i napoje w puszkach, to wszystko. Pozwolenie na prowadzenie tej działalności kosztuje ją 1200 dolarów rocznie, niewiele ponad trzy dolary dziennie. Ukończyła liceum i ma miły uśmiech. Parkuje ciężarówkę na żwirowym podjeździe, z dala od głównej drogi, w miejscu, gdzie w okolicy nic nie ma, a jej jedyną reklamą jest wypisany odręcznie znak ustawiony przy autostradzie, głoszący „porcja krewetek – $9,95”. Tego dnia, kiedy stanąłem w kolejce po krewetki było przede mną pięcioro klientów, którzy kupili 14 porcji i 14 puszek napoju, nim przyszła moja kolej. Wszystkie te transakcje zabrały 12 minut, miałem przy sobie zegarek. Nagle poczułem się zaintrygowany zarobkami tej skromnej kobiety. Następnego dnia wróciłem tam i zaparkowałem kawałek dalej, żeby móc obserwować ciężarówkę, ale jednocześnie nie przeszkadzać. W dwie godziny kobieta sprzedała 41 porcji krewetek, 41 napojów i koło 10 hot dogów. Tydzień później wróciłem znowu i zaobserwowałem podobną sytuację. Moja żona jest absolwentką znanego instytutu gastronomicznego i była tak miła, że oszacowała dla mnie, że 7 dolarów z 10,95 stanowiło pewnie czysty dochód. Później zagadałem do sprzedawczyni krewetek, która, jak się szczęśliwie okazało, uwielbiała opowiadać o swoim biznesie. Pracuje 56 godzin tygodniowo, nie ma wakacji z wyjątkiem Bożego Narodzenia i Wielkanocy, i średni sprzedaje 100 do 150 porcji, jej rekordem jest 350. Kiedy nie ma ochoty pracować, czyli całkiem często, zastępuje ją jedna z trzech córek. Nie spytałem wprost o jej dochody, ale bazując na tym, co mi powiedziała o sprzedaży i godzinach otwarcia obliczyłem, że musi zarabiać przynajmniej ćwierć miliona dolarów, sprzedając krewetki z pordzewiałej ciężarówki. Nie jest zainteresowana rozwijaniem firmy, a zauważyłem, że wszyscy jej klienci, łącznie ze mną, wydawali się zadowoleni z bycia tam, rozmawiania i żartowania z właścicielką, a ona wyglądała na zadowoloną z życia. Teraz wie pan coś o mnie, prowadzącym samochód, coś o sprzedawczyni krewetek z odległej wyspy, i zanim zaczniemy rozmowę o edukacji chciałbym opowiedzieć ostatnią historię, o trzynastoletnim chłopcu pochodzenia grecko-amerykańskiego, którego nazwę Stanley, ponieważ jestem w kościele, nazwę go Stanley, bo tak ma na imię. Stanley przychodził do szkoły, był w mojej klasie, tylko raz na miesiąc. Uchodziło mu to na sucho, bo byłem jego wychowawcą i go kryłem. Nie robiłem tego by zadzierać z prawem, ale dlatego, że Stanley wytłumaczył mi gdzie spędzał czas, a ja zgodziłem się, ponieważ było to bardziej rozwojowe niż to, co działo się w szkole.

Okazało się, że Stanley miał 5 ciotek i wujków. Każdy z nich prowadził własny biznes przed ukończeniem 21. roku życia, dlatego chciał podążyć ich śladami, ale nie wiedział do końca czyimi. Jedna osoba pracowała w kwiaciarni, jedna zajmowała się konstrukcją surowych mebli, jedna była właścicielem delikatesów, jedna właścicielem małej knajpki a jeszcze inna prowadziła usługi kurierskie. Kiedy Stanley opuszczał lekcje, wykonywał różne prace u ciotek i wujków nie dostając za to ani grosza. Pracował u jednego krewnego, potem u następnego i tak dalej. Chodził od sklepu do sklepu i pracował za darmo w zamian za możliwość poznania biznesu. „Panie Gatto” powiedział, „dzięki temu mam szansę zdecydować, jaką branżę obrać w przyszłości. Proszę powiedzieć, jakie książki mam przeczytać i je przeczytam, ale nie mogę marnować czasu w szkole, chyba że chcę skończyć jak cała reszta” dokładnie tak powiedział, „pracując dla kogoś innego”. Kiedy to usłyszałem, nie mogłem z czystym sumieniem zamknąć przed nim drzwi.

Nauka jazdy, dorabianie się na wykonywaniu pożytecznej pracy, nauka niezależnego handlu – czy zauważyliście, że mówiłem o tym, z jaką łatwością można wykonywać i nauczyć się tych trzech rzeczy, o ile osoba ucząca się bierze na siebie odpowiedzialność, potrafi zachować otwarty umysł oraz ma czas i środki aby dotrzeć do celu. Nie zezwala się, aby szkoła oferowała większości z nas właściwe wsparcie czy poświęcała nam czas. Powodem są zasady ustanawiane z dala od sal lekcyjnych; szkoła nie mogłaby zaoferować tego rodzaju wsparcia nawet jeśli by chciała. Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – nauczanie w szkole nie jest edukacją. Z łatwością można zrekompensować braki w nauczaniu, ale w żadnym razie nie można zrekompensować szkód spowodowanych brakiem wykształcenia, chyba że jesteś gotów doświadczyć bólu, wysiłku i smutku. Bez wykształcenia jesteś po prostu mniej wartościowy niż mógłbyś być w rzeczywistości.

Wiele sławnych i wybitnych osobistości nie miało większego wykształcenia. George Washington kształcił się dokładnie 2 lata. Jego nauczycielem był skazaniec, ponieważ nikt nie był na tyle szalony, żeby się z tego utrzymywać. Benjamin Franklin również kształcił się 2 lata; został wyrzucony z dwóch szkół, dlatego że był osobą sprawiającą kłopoty. Trudno doszukać się tej informacji w jego biografiach, ale taka jest prawda. Admirał Farragut w ogóle nie miał wykształcenia. Matce Thomasa Edisona powiedziano, że jej syn jest ograniczony umysłowo i szkoła nie będzie miała z niego pożytku. Margaret Mead, słynna amerykańska antropolożka, jak wiele innych ludzi była kształcona wyłącznie w domu. Każdy z nich miał dobrą edukację. Przechodzimy do sedna tej rozmowy, aby pomóc wam zrozumieć, czym jest edukacja.

Znam odpowiedź na to pytanie, ale nie jestem na tyle arogancki, żeby twierdzić, że jest to jedyna słuszna odpowiedź. Z tego powodu zapoznam was z moją roboczą definicją, definicją słynnych Amiszów z powiatu Lancaster. Chciałbym też, abyśmy przyjrzeli się liście rzeczy wymaganych od swoich uczniów przez 20 najlepszych prywatnych szkół z internatem w USA. Myślę, że jeśli wybierzecie sobie z tych przykładów to, co się wam podoba i połączycie z własną mądrością, zdrowym rozsądkiem i daną od Boga indywidualnością, ze spędzonego tutaj razem czasu wyniesiecie coś przydatnego. W pierwszej kolejności przedstawię moje pomysły, na które wpadłem dzięki zbyt wielu ludziom, aby móc im teraz podziękować.

Przed planowaniem programu nauczania należy mieć na względzie 10 oddzielnych rodzajów świadomości, na których opiera się samopoznanie i samoświadomość.

  1. Pierwszym z nich jest rzeczywista osobowość musimy mieć dużą wiedzę na temat naszych krewnych i przodków; jaka była ich kultura, jaka jest ich kultura, jaka jest ich sytuacja, jakie są ich cele i zmagania. Następnie musisz dokonać spisu uważnie badając własne umiejętności, słabości i ograniczenia wynikające z twojego dziedzictwa biologicznego i kulturowego. Należy stworzyć swojego rodzaju charakterystykę swojej osoby; nie dzieje się to w tydzień czy w miesiąc – to długotrwały proces. Będąc w zaawansowanym wieku, poświęcałem bodajże codziennie trochę czasu na myślenie o każdym z moich krewnych i zastanawianie się, jaka część mnie może być w harmonii z daną osobą.Musisz też posiadać dogłębną wiedzę na temat historii; uważam, że należy być zaznajomionym z historią lokalną, regionalną, narodową i globalną. Rozmawiałem wcześniej z kilkoma paniami na temat tego, że kiedy byłem w Nashville zapomniałem wspomnieć swoim słuchaczom o tym, że Andrew Jackson prawie na pewno przyczynił się do ustanowienia przymusowej edukacji w USA. Nie znaczy to, że kiedykolwiek by na to pozwolił – osoba pokroju Jacksona po prostu przyciągała do swojego rządu różnych ludzi, którzy zniszczyli sektor bankowy na północnym wschodzie. Czy pozwolono, aby stało się to jeszcze raz? Rok po opuszczeniu urzędu przez Jacksona, bostońska komisja szkolna będąca genezą naszego nieszczęścia związanego z edukacją rozpoczęła swoje działania. Nie odważyłaby się tego dopuścić za czasów prezydentury Jacksona, ale rok po jego odejściu ze stanowiska komisja podjęła pierwsze kroki i zatrudniła pewnych ludzi jako „przykrywkę”.Musimy posiadać szczegółową wiedzę w dziedzinie historii, ponieważ życie jest swojego rodzaju gobelinem. Można powiedzieć, że jest trójwymiarowym gobelinem; dzięki niej możemy cofać się w czasie i zdecydować, jakie decyzje podjąć. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, kiedy znamy historię. Pozwólcie, że wytłumaczę. Kiedy mówię, że nie znacie historii – nie wiem, czy jest to prawdą – chodzi mi o was jako ogół ludzi. Północni Niemcy, Prusowie zdali sobie sprawę, że ludzie posiadający dogłębną wiedzę historyczną byli niebezpieczni, ponieważ potrafili myśleć kontekstualnie. Prusowie pragnęli produkować ludzi potrafiących rozwiązywać problemy, którzy jednocześnie nie mieli pojęcia, czy rozwiązywany problem nie stanie się przypadkiem problemem kogoś innego tak jak w przypadku bomby atomowej – byli po prostu inżynierami. Niemcy świetnie radzili sobie z produkowaniem tego typu ludzi, ale podczas prywatnych rozmów oznajmili, że tylko jednej osobie na 200 należy zezwolić myśleć w kontekście historycznym, aby mogła zrozumieć, jaki jest cel rozwiązywania problemu i z jakich idei się wywodzi. Od 1917 r. system nauczania historii w USA był celowo i systematycznie niszczony tak, abyś nie był w stanie zrobić kroku w tył i zrozumiał, co się tak naprawdę dzieje. Z drugiej strony mam dla was dobrą wiadomość – samokorygowanie jest bardzo satysfakcjonujące i względnie proste.
  2. Druga rzecz to posiadanie dogłębnej wiedzy historycznej, w tym wiedzy na temat historii polityki i kultury, być może także historii pracy, nauki i techniki oraz innych istotnych elementów historii.
  3. Trzecią rzeczą jest to, że musisz znać fizyczny świat będący w zasięgu twojej ręki; musisz być zaznajomiony z jego geografią, botaniką, zoologią, chemią i fizyką. Jednym z najbardziej udanych programów nauczania, jaki zaprojektowałem i zaaplikowałem było wyposażenie każdego ucznia w mapę wyspy Manhattan o długości 20 km i szerokości 3,7 km oraz przekazanie im, że do końca roku mają za zadanie osobiście zwiedzić każdą strefę kodu pocztowego, jest ich ok. 38. Ich zadaniem było także przeanalizowanie rodzajów przedsiębiorstw, zasobów mieszkaniowych, sposobu ubierania się ludzi i innych czynników; mowa tu o badaniu rynkowym o ogromnej wartości pieniężnej, szczególnie na terenie takiego obszaru jak Manhattan. Mimo tego uczniowie podjęli się wyzwania, a przy okazji zaznajomili się z geografią, botaniką, chemią i fizyką tych różnych miejsc. To był numer 3.
  4. Rzecz numer 4 – musisz wiedzieć wystarczająco dużo o świecie pracy, aby mieć rozeznanie w doborze zawodu. Kiedy dojdziemy do kwestii prywatnych szkół, dowiecie się, że najważniejsze jest opanowanie i zrozumienie świata pracy w celu dopasowania swojej osobowości do tego, co chcesz robić. Mawiałem uczniom, że nie ma sensu tkwić w dobrze płatnej pracy, jeśli nie daje ona satysfakcji; pieniądze zwyczajnie nie mogą być rekompensatą za niszczenie własnego siebie lub wtedy, gdy praca jest sprzeczna z twoimi zasadami albo ważnymi dla ciebie kwestiami.
  5. Kolejną rzeczą jest to, że musisz wiedzieć coś o filozofii i psychologii ludzkich związków. Musisz znać różnicę między rodziną i przyjaciółmi, między przyjaciółmi a towarzyszami, między towarzyszami a kolegami. Musisz wiedzieć o koleżeństwie, obecnie nazywa się to ‘nawiązywaniem kontaktów’. Musisz wiedzieć, czym są miłosne relacje bazując na nagromadzonej wiedzy tysięcy lat ludzkiej historii oraz zbiorowej wiedzy własnej rodziny. To był numer 5.
  6. Szósty rodzaj świadomości polega na zrozumieniu zawiłości w stworzeniu domu. Wiem, że w przypadku nauki w domu nie ma z tym problemu, ale zazwyczaj zwracam się do publiczności nie pobierającej nauki w domu. Mówię wtedy, że dom jest swojego rodzaju laboratorium wszystkiego, nie jest to akademicka praktyka, a zarazem nią jest – jest jednocześnie prawdziwym życiem i czymś, co może w znakomity sposób wzbudzić zainteresowanie, jeśli tylko masz chęć się tego podjąć. Musisz być w stanie rozróżnić między domem a miejscem, gdzie jesz i śpisz; zarówno chłopcy, jak i dziewczęta muszą znać tę różnicę. Musisz wiedzieć o wyzwaniach dorosłości na każdym jej etapie, jakie są obowiązki i zobowiązania silnego mężczyzny czy kobiety, czego muszą się podjąć.
  7. Numer 7 – musisz pojąć wyzwanie straty oraz ogromne wyzwanie starzenia się i śmierci. Wiem, że w pewnym stopniu mamy w zwyczaju myśleć o starzeniu i śmierci w zależności od tego, czy jesteśmy religijni czy też nie. Jesienią ubiegłego temu w mieście Boulder w stanie Colorado publiczność postawiona została przed pewnym wyzwaniem. Byli świeżo po wykładzie Dalai Lamy a ja byłem kolejnym mówcą, więc miałem trudne zadanie do wykonania. Powiedziałem, że nic nie miałoby żadnej wartości jeśli nie starzelibyśmy się i nie umieralibyśmy. Jeśli żyłbyś 50 milionów lat dlaczego niby coś, co zrobiłeś dzisiaj, za rok albo za 40 lat miałoby mieć jakiekolwiek znaczenie. Dlaczego cokolwiek miałoby mieć znaczenie. Mamy wspaniałą okazję, aby się nawzajem obserwować podczas przemierzania tego okrążenia idostosować się do tego, kim jesteśmy – nigdy nie jesteś tą samą osobą. Weźmy na przykład dwa dni z rzędu – zawsze jesteś o dzień starszy, a co za tym idzie mądrzejszy, jeśli tylko chcesz taki być. Wreszcie musisz nieustannie zmagać się przez całe życie, aby zrozumieć przebłysk metafizycznej realności; istnieją rzeczy pozafizyczne, rzeczy bliskie duszy i duchowi. Żaden człowiek na świecie nie podważał tej kwestii, jednak nie jest ona przedmiotem badań naukowych.

 

Kiedy zapoznasz się z tymi różnymi rodzajami świadomości, zarys wykształconej osoby wyłaniający się z chaosu ignorancji staje się bardziej widoczny.

Punkt 1. Po pierwsze, wykształcona osoba jest w stanie samodzielnie napisać własny scenariusz albo jego większą część. Zawsze jest to ciągły proces, nigdy nie możesz w pełni osiągnąć tego celu ale zawsze starasz się do niego dojść, stajesz się w tym coraz lepszy.

Punkt 2. wykształcony człowiek wie, jak działa ludzkie serce i dlatego ciężko jest go oszukać… Teraz już pamiętam, dzięki komu wpadłem na ten pomysł; pochodzi on z dzienników Thomasa Jeffersona. Jeśli wiesz jak działa ludzkie serce i trudno jest cię oszukać, wyobraź sobie, ile młodych ludzi mogłoby uniknąć doświadczenia smutku, jeśli tylko wiedzieliby o tym samym przed etapem, gdzie wyłaniają się silne uczucia fizyczne w okresie późnego dojrzewania.

Punkt 3. – wpadłem na ten pomysł także dzięki Thomasowi Jeffersonowi – wykształcona osoba zna swoje prawa i wie, jak je chronić. Jest to ostatnia rzecz, jaką dowolna szkoła w tym kraju cię nauczy; oznaczałoby to dla nich katastrofę.

Punkt 4.: wykształcona osoba posiada przydatną wiedzę; wie jak zbudować dom, napisać piosenkę, zbudować łódkę, produkować żywność czy projektować odzież. Wie o czymś prawdziwym, a jeśli nie wie, to chce się tego dowiedzieć, chce się tego nauczyć i ma odwagę się tego nauczyć.

W mieście Bath w stanie Maine znajduje się Shelter Instituite który gwarantuje, że w ciągu trzech tygodni będziesz potrafił zbudować wielopoziomowy dom w stylu „cape cod” o powierzchni 280 metrów kwadratowych jeśli tylko się tam wybierzesz, ponieważ przez ten czas zbudujesz taki właśnie dom. Jeśli zostaniesz dodatkowo jeszcze tydzień, nauczą cię montować instalację wodno-kanalizacyjną i instalację elektryczną. Kilka lat temu uczestniczyłem w obchodach 25. rocznicy jako mówca. Przybyło ponad 5 tysięcy ludzi, wszyscy mieli przy sobie zdjęcia wybudowanych przez nich domów, wśród uczestników byli też kierowcy autobusów i psychiatrzy. Każdy z domów był tak indywidualny jak odcisk palca, a wybudowanie ich zajęło im tylko trzy tygodnie. To był punkt 4.

Punkt 5.: osoba wykształcona potrafi wszędzie utworzyć zdrowe więzi, ponieważ rozumie dynamikę związków. Nie chodzi mi o to, że jest to rzecz pożądana, ale możliwe jest umieszczenie osoby wykształconej w innym miejscu, gdzie taka osoba poradzi sobie w nowych warunkach.

Punkt 6.: osoba wykształcona potrafi odkrywać prawdę bez podążania za przewodnictwem ekspertów. W wielu przypadkach tak właśnie się dzieje, ale zawsze powinno się sceptycznie podchodzić do tego, co się do ciebie mówi i pamiętać o tym, że nie zawsze przekazywana jest cała prawda; wiesz jak porównywać odmienne relacje.

Punkt 7.: O – nigdy się o tym nie mówi – posiada zdolność tworzenia nowych rzeczy, nowych doświadczeń, nowych pomysłów; potrafi zrobić coś z czegoś innego, ze wspólnego, surowego materiału.

Punkt 8.: osoba wykształcona posiada plan własnej wartości. Na szczęście chrześcijanie nie mają z tym problemu, ale wiele ludzi nie planuje swojego życia, nie kierują nimi żadne zasady. Z takimi ludźmi miałem też do czynienia w sali lekcyjnej, ludzie ci znajdują się w okropnej sytuacji. Osoba wykształcona zawsze wie kim jest, posiada własną filozofię zweryfikowaną metodą prób i błędów. Oczywiście popełniamy błędy, wszyscy jesteśmy niedoskonali. To też powinniśmy wiedzieć, ale jeśli tylko do czegoś dążymy, stajemy się mniej niedoskonali. Możemy odnaleźć wewnętrzny spokój pod warunkiem, że jesteśmy pokorni.

Punkt 9., mój ulubiony: czas nie dłuży się osobie wykształconej, taka osoba może być samotna i nie jest w rozterce, co począć ze swoim czasem. Opowiem wam historię, pewne porównanie, które mnie zainteresowało. Dorastałem w kilku małych miasteczkach w zachodniej Pensylwanii, miejscowość Monongahela jest najbliższa mojemu sercu. Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek mówił, że się nudzi aż do momentu, kiedy dostałem się na uczelnię. Trafiłem na Uniwersytet Cornella i nagle każdy powtarzał to przez cały czas. Wszyscy byli wiecznie znudzeni pomimo tego, że byli zamożni, przystojni, dobrze ustawieni i namaszczeni na przywódców przyszłości. Nikt, kogo znałem dorastając, żaden z rodziców ani krewnych, żaden z moich przyjaciół nie nudzili się. Wiedziałem, co znaczy słowo „nudzić się”, ale nigdy nie doświadczyłem tego uczucia chociaż wiedziałem, że istnieje. Czas nie dłuży się osobie wykształconej, osoba wykształcona rozumie i akceptuje to, że śmierć i starzenie się są niezbędne. Osoba wykształcona uczy się w każdym momencie swojego życia, nawet pod jego koniec.

Przenieśmy się teraz od Johna Gatto do Amiszów Starego Zakonu (Old Order Amish). Są oni grupą 150 000 ułożonych, dobrze prosperujących i przestrzegających prawa obywateli. Przybyli do Ameryki z małym tobołkiem składającym się z kilku ubrań, dlatego też nie posiadali żadnych kontaktów mogących ułatwić im nowe życie. Byli prześladowani przez stan Pensylwania, stan Wisconsin i stan Ohio przez całe stulecie. Każdy słyszał o Amiszach, ale nieliczni wiedzą o zdumiewających szczegółach na ich temat, które zaraz przedstawię. 1.Praktycznie każdy dorosły Amisz posiada niezależne środki utrzymania jako właściciel gospodarstwa rolnego, podział to 50/50. Źródłem moich informacji jest sekcja na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa zajmująca się badaniem Amiszów.

2. W tym społeczeństwie prawie nigdy nie doświadczycie kłótni, przemocy, alkoholizmu, rozwodów czy przyjmowania narkotyków. Istnieją nieliczne wyjątki, ale są one tak mikroskopijne, że kiedy już mają miejsce trafiają na pierwsze strony gazet, ponieważ po prostu normalnie takie rzeczy się nie dzieją.

Punkt trzeci: nie przyjmują pomocy rządu jeśli chodzi o opiekę zdrowotną, pomoc osobom starszym i edukację po klasie ósmej [w amerykańskich szkołach państwowych]. Przez większość stulecia byli zobowiązani przez rząd do zaakceptowania edukacji dzieci od klasy pierwszej do ósmej. Teraz przytoczę fakt, który was zdołuje. Wskaźnik sukcesu małych przedsiębiorstw Amiszów to 95%, 1 na 20 przedsiębiorstw Amiszów bankrutuje przez okres pierwszych pięciu lat. Wskaźnik sukcesu przedsiębiorstw nienależących do Amiszów to 15%; 17 z 20 przedsiębiorstw nienależących do Amiszów bankrutuje w przeciągu pierwszych pięciu lat.

Punkt piąty: wszystkie dzieci Amiszów mają szansę na wzięcie udziału w opłaconej, rocznej przerwie z dala od amiszowego życia w momencie wkraczania w dorosłość. Amisze nie chcą mieć w swojej społeczności kogoś, kto nie chce być jej częścią. Cytując ich słowa: „Skąd masz wiedzieć, czy chcesz być jednym z nas, skoro nie próbowałeś czegoś innego?”.

Z tego powodu wyruszają na takie wyprawy na terenie całego kraju i żyją wśród nas. Przez ten czas nie są Amiszami, ale potem wracają. 85% dorosłych dzieci tej społeczności woli pozostawać blisko rodziców, jest to główny powód dla którego ta grupa rozrosła się o 3000%. W XX wieku w 1900 r. było 5000 Amiszów, teraz jest ich 150 000, co daje nam wzrost o 3000%.

Wreszcie, prawie wszyscy członkowie grupy, zarówno dzieci, jak i dorośli, przepytani przez badaczów zewnętrznych wyrażali całkowite zadowolenie ze swojego życia. Donald Kraybill z Uniwesytetu Johnsa Hopkinsa badał przedsiębiorstwa Amiszów, zbadał 1000 przedsiębiorstw Amiszów na cele książki opublikowanej w 1995 roku. Na pewno znajdziecie ją w narodowym systemie bibliotecznym pod tytułem „Amish Enterprise: From Plows to Profits” („Przedsiębiorczość Amiszów: od Orki po Zysk”). Kraybill powiedział: „Amisze podważają wiele konwencjonalnych założeń o tym, co należy zrobić aby wkroczyć w świat biznesu.” Czy kobieta ze starą, pordzewiałą ciężarówką i dyplomem ukończenia szkoły średniej nie podważyła pewnych założeń zarabiając ćwierć miliona dolarów rocznie? Nie mają średniego wykształcenia, nie mają specjalistycznych szkoleń, nie używają komputerów, elektryczności czy samochodów, nie są wytrenowani w tworzeniu planów marketingowych. Atrybuty, które zostały przeniesione z gospodarstw rolnych to między innymi: duch przedsiębiorczości, chęć podjęcia ryzyka, innowacyjność, wysoka etyka pracy, tania, rodzinna grupa pracownicza i wysokie standardy rzemieślnictwa. Jedną z ich wartości jest zasada ograniczonego wzrostu, to niezwykłe; mają niepisaną zasadę, że nie wolno zarabiać więcej niż pół miliona dolarów rocznie nie dlatego, że są przeciwni pieniądzom, ale dlatego, że jeśli będziesz zarabiać więcej nie dasz szansy innym ludziom na wkroczenie w biznes, więc musi im wystarczyć pół miliona rocznie. Nie chcą, żeby ich sklepy czy branże się rozrastały; dotyczy to przedsiębiorczości na terenie całej osady.” To, co teraz usłyszeliście jest wielką częścią definicji edukacji według Amiszów, ale dodam coś jeszcze. Amisze są bardzo dobrymi sąsiadami, są pierwsi do pomocy w czasie kryzysu świata zewnętrznego, otwierają swoje gospodarstwa dla dzieci z gett, często wychowują niepełnosprawne dzieci nienależące do świata Amiszów, których nikt nie chce.

Uprawiają rolę tak dobrze i tak korzystnie bez użycia traktorów, chemicznych nawozów czy pestycydów, że Meksyk, Kanada, Rosja, Francja i Urugwaj zatrudniły Amiszów w celu doradztwa pod kątem zwiększenia wydajności produkcji rolnej.

Możecie zrozumieć, jak Amisze pojmują edukację patrząc na rzeczy, o które walczyli z rządem. Kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że dzieci muszą chodzić do szkoły od pierwszej do ósmej klasy, byli gotowi masowo pójść do więzienia, o ile poczynione będą ustępstwa. Rząd zgodził się potem pójść na ustępstwa.

  1. Żądali, żeby każda szkoła była w niewielkiej odległości od domów, nie pozwalali na transport dzieci autobusem.
  2. Po drugie, nie godzili się na wielkie szkoły, gdzie uczniowie dzieleni byli na różne „przegródki” i każdego roku przydzielano im różnych nauczycieli.
  3. Po trzecie, żądali aby wszystkie decyzje szkolne były zatwierdzane na piśmie przez rodziców.
  4. Żądali, aby rok szkolny trwał 8 miesięcy.
  5. Żądali, aby nauczyciele uczący ich dzieci posiadali wiedzę na temat wartości i tradycyjnego stylu życia Amiszów i byli im przychylni, nie zgadzali się na przekazywanie własnych dzieci profesjonalnym dydaktykom.
  6. Po szóste, domagali się, aby ich dzieci nauczano zgodnie z przekonaniem, że mądrość i wiedza akademicka to dwie różne rzeczy.
  7. Po siódme, domagali się, aby ich dzieci odbywały praktyki i staże nadzorowane przez rodziców.

Woleli pójść do więzienia i stracić wszystko, niż poddać własne dzieci jakiemukolwiek rodzajowi indoktrynacji państwa zwanego edukacją, która miałaby rozbijać ich rodziny, tradycje i społeczności oraz przez którą ich dzieci miałyby żyć w niepokoju, wyuczone, aby wzbijać się w górę i skakać bez określonego celu czy kierunku, nie wiedząc gdzie wylądują.

Amisze zdali sobie sprawę, że nowe, rządowe szkoły były niczym innym jak społecznymi separatorami opartymi na zasadzie mechanicznego separatora mleka. Takie szkoły mąciły w młodych umysłach aż do rozpadnięcia się zarówno struktury społecznej, jak i rodziców i ich spójnej świadomości. Szkoły oddzielają dzieci od ich osobistej przeszłości i od przeszłości ich kultury. Jak nazywał to rząd, „edukacja” odseparowywała ludzi od życia dnia codziennego dzieląc świat na dyscypliny, przedmioty, klasy, oceny i nauczycieli, którzy znani są dzieciom tylko z nazwiska. Nawet religia, o ile byłaby o niej wzmianka, miała być badana, analizowana i oddzielana od rodziny i życia codziennego, miała stać się po prostu kolejnym przedmiotem analizy krytycznej. Wyposażeni w książki i odseparowani od Amiszów i kulturowego przeszkolenia specjaliści mieliby być odpowiedzialni za wychowywanie dzieci i zachęcaliby je do wyzwolenia się od ograniczenia jakim jest dom; wyjaśnialiby, z jakiego powodu mają to robić, gdzie i w jakim kierunku „skakać”. Oczywiście szkoła, po tym jak oderwie od was dzieci, nie ma o tym pojęcia. Amisze uważali, że nieustanna konkurencja zniszczy wielu ludzi i ze sporej części zrobi upokorzonych nieudaczników nienawidzących samych siebie.

Jest to zupełnie odmienne od powszechnej determinacji wymaganej przez życie w społeczności Amiszów. Dla Amisza edukacja oznacza bycie niezależnym, oznacza życie w zamkniętej społeczności jako wartościowy sąsiad i prowadzenie pobożnego życia. Trudno wyobrazić sobie, żeby taka definicja edukacji przetrwała do przełomu XXI wieku, a co dopiero cieszyła się powodzeniem. W jaki sposób możemy jednak wytłumaczyć zdumiewające poczynania Amiszów postępujących według własnych zasad i szczęśliwie żyjących w dobrobycie pomimo odmiennych rad ekspertów? Fakt, że Amiszom powodzi się tak dobrze dowodzi tego, że w przypadku edukacji istnieje możliwość obrania za cel niezależność ogółu obywateli. Mam nadzieję, że pomyślicie trochę nad tym.

Chciałbym teraz zaproponować przybliżony, trzyczęściowy podział bazujący na podstawowych założeniach, z którymi się zmagamy.

  1. Po pierwsze mamy uczenie się będącą głównym konceptem; uczenie się pojawi się w naturalny sposób bez względu na to, czy tego chcemy czy nie. Z tego powodu mądre matki obserwują, w jakim otoczeniu obracają się ich dzieci i w jakich znajdują się sytuacjach, z których czerpią potem doświadczenie.
  2. Drugi koncept, czyli nauczanie/szkolnictwo przeprowadzane jest w środowisku nadzorowanym przez innych ludzi poprzez procedury i sekwencje w mniejszym lub większym stopniu kontrolowane przez innych i na potrzeby innych. Nauczanie posiada pewną wartość. Mam mieszane uczucia; pewna grupa ludzi jest zdania, że nie powinno być to nazywane nauczaniem w domu, a edukacją w domu – jest zarówno tym, jak i tamtym, kształcenie posiada pewną wartość. Jeśli by tak nie było, widywalibyśmy dzieci bez przerwy chodzące sobie po parkach i ulicach. Nauczanie/szkolnictwo jest jeszcze bardziej wartościowe, kiedy nauczyciele troszczą się o uczniów i próbują zrozumieć cię jako jednostkę, jednak samo kształcenie/szkolnictwo nigdy nie jest wystarczające.
  3. Trzeci koncept, edukacja, opisuje starania w dużej mierze zainicjowane wewnętrznie, aby w inteligentny sposób wziąć życie w swoje ręce i po to, aby żyć w świecie, który się całkowicie rozumie. Bycie wykształconym przypomina skomplikowany gobelin utkany z rozległego doświadczenia, podejmowania znaczącego ryzyka i wyczerpującego poświęcenia. Ciężko jest być wykształconym, ale nie jest trudno być wyszkolonym, a nawet znakomicie wyszkolonym – w takim przypadku przekazujesz po prostu siebie w ręce obcych ludzi. Tak jak mam w zwyczaju mówić:jeśli są miłymi ludźmi, pokochają cię i wyjdzie ci to na dobre, inni ludzie będą cię lubić, ale nie możesz wtedy być autorem własnego scenariusza.

 

W tej formule, którą wam przekazałem uczenie dzieje się przez cały czas, natomiast szkolnictwo/kształcenie w szkole ma miejsce wtedy, gdy treść nauczania określona jest zewnętrznie przez innych ludzi narzucających dyscyplinę na ucznia, a edukacja jest określona świadomie i samodzielnie. Wiąże się z tworzeniem wewnętrznej samo kontroli nad gromadzeniem danych, osądem, samodyscypliną oraz poświęceniem. Jestem przekonany, że to właśnie miała na myśli Inga mówiąc wczoraj: „naprowadzasz ich na ścieżkę, ale pozwalasz im potem samodzielnie po niej chodzić”. Łączy informacje zdobyte dzięki kształceniu i przypadkowej nauce razem z osobistym celem. W procesie edukacji, nauka szkolna poddawana jest krytycznej kontroli i jest niezależnie weryfikowana przez każdego ucznia przed jej trwałym przyswojeniem. Osoba wykształcona uczy się, kiedy ufać obcym i nie powierza tego rodzaju zaufania każdej osobie. W naszych społeczeństwach szkoła ponieważ jest przymusowa jest swojego rodzaju stabilizatorem w „silniku” rozwoju dziecka. Może pomóc w nauce, ale może także ją utrudnić. Może zachęcać do kształcenia się, albo wręcz zniechęcić. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli byłby to wykład na inny temat opowiedziałbym, co zrobili moi uczniowie. Wydawałoby się, że rozsypałem je niczym ziarna na cztery strony świata. Prawda jest taka, że miałem bardzo rygorystyczne oczekiwania wobec uczniów i zarówno oni, jak i ich rodzice byli tego świadomi. Jeśli chcieli dostać kolejną szansę musieli pokazać, że włożyli w to jakiś wysiłek. Każde dziecko odczuwa nawet w niewielkim stopniu obecność niewidzialnej „ręki” w szkole. Taka „ręka” porusza się bez jasno określonego celu. O ile cel ten nie zaburza ludzkiej natury ucznia i jest przyjazny nauce oraz mobilizuje do kształcenia, relacja między uczniem a nauczaniem rozwija się bezproblemowo.

Jeśli jednak powstaje podejrzenie, że tłumi się naukę i przebieg kształcenia jest zakłócony, najczęściej dochodzi do tej samej sytuacji, jaka dzieje się w domach – kochasz swoje dzieci tak bardzo, że stajesz się nadopiekuńczy. Tłumi się wtedy impuls, jakim jest podejmowanie ryzyka oraz odkrywanie własnych granic, podczas gdy znajomość siebie jest cechą osoby wykształconej.

Teraz zacznie się najzabawniejsza część wykładu. Skupmy się teraz na tym, czego wymagają od edukacji rodzice uczniów z najlepszych i najdroższych prywatnych szkół z internatem w Ameryce. Badałem ich oczekiwania od 20 lat, aby móc porównać je z moimi własnymi celami. Myślę, że zainteresuje was ta informacja, nawet jeśli nie zgadzacie się z większością. Mowa o 20 najbogatszych prywatnych szkołach z internatem w Ameryce, szkołach takich jak Groton, St. Paul’s, Deerfield czy Kent, jest ich tylko 20. Niektórzy mówią, że jest ich tylko 18, nie 20. Z góry uprzedzę, abyście zwrócili uwagę na to, że wyrobienie żadnej z zasad tak pożądanych przez bogatych rodziców nie kosztuje ani grosza. Nie wiem, czy są tego świadomi, ale każdy jest w stanie zrobić wszystkie albo chociaż jedną z tych rzeczy ze swoimi dziećmi tak dobrze, jak robi się to w szkole St. Paul’s. Przekażę wam te koncepcje w przypadkowej kolejności. Sami zdecydujcie, które są ważne.

Elitarne prywatne szkoły chcą, aby uczniowie uczyli się dobrych manier i prezentowali je w kontakcie z każdą osobą, nawet najbardziej skromną, bez zastanawiania się; w ten sposób będą odruchowe.Zapewne chciałbyś dla swojego dziecka tego samego, bo jest to rzecz właściwa i pobożna, ale nie o to w tym chodzi. Powodem jest to, że dzięki manierom dzieci będą wszędzie mile widziane, nawet w obcym otoczeniu gdzie nikt ich nie zna. Ktoś dostrzeże, że ta osoba jest dobrze wychowana. A teraz powiedzcie mi – nie odpowiadajcie na to pytanie, bo znam odpowiedź – czy nauczenie kogoś dobrych manier cokolwiek kosztuje? Spotkałem dzieci z gett, które były wychowane tak dobrze jak każdy inny.

Kolejną rzeczą, jaką pragną rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych jest zapewnienie niepodważalnej, niezakłamanej intelektualnej wiedzy, nie chcą, żeby była „rozcieńczona”.

Nigdy nie uczyłem dzieci młodszych niż 13-14 lat, ale kiedy zaczęliśmy lekturę Moby Dicka w ósmej klasie odkryłem, że w szkolnym wydaniu książki pozbyto się wszystkich trudnych słów i pojęć, dlatego wyrzuciłem ją i kupiłem wystarczającą ilość egzemplarzy prawdziwej wersji książki dla siebie i swoich uczniów. Według mnie Moby Dick to najtrudniejsza lektura na świecie, jeśli chcecie zabrać się za jakąś ciężką książkę, sięgnijcie po Moby Dicka. Po początkowym zmaganiu trwającym dwa tygodnie, zarówno najmniej pojętne dzieci, jak i te najzdolniejsze były zachwycone współgrającymi ze sobą ideami, widzieli różnice między wątkiem polowania na wieloryba a ideami wyłaniającymi się z interakcji między załogą, oficerami i kapitanem. Chodzi mi o to, że wszystko to było bardzo emocjonujące. Prawda jest taka, że wtedy mieszkałem chwilowo w Nowym Jorku i byłem niesamowicie znudzony tym, co przekazali mi do nauczania. Powiedziałem, że nigdy nie czytałem Moby Dicka, miałem go przeczytać na studiach, ale przeczytałem tylko komiks i streszczenie na Cliffs Notes. Pomyślałem: „w końcu będą płacić mi za czytanie Moby Dicka”. Podobała mi się ta lektura, naprawdę bardzo mi się podobała. Każdego roku przez 10 lat przerabialiśmy Moby Dicka i nigdy się nie nudziłem, zawsze znajdowałem w tej książce coś nowego. Tak więc rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych pragną zapewnienia niepodważalnej, niezakłamanej intelektualnej wiedzy. Jeśli słuchaliście mojego wykładu wczoraj to wiecie, że w XX wieku w Ameryce powoli tłamszono pewność siebie zarówno rodziców, jak i ich dzieci, co prowadziło do upraszczania programu nauczania.

Robiono to stopniowo, dlatego trudno jest to dostrzec, chyba że – pozwólcie, że zrobię małą dygresję – weźmiecie do ręki bestsellera z 1818 r. o tytule „Ostatni Mohikanin” autorstwa Jamesa Fenimore’a Coopera. Jeśli upewnicie się, że jesteście posiadaczami egzemplarza o nieskróconej treści, będziecie mieć trudności z jego przeczytaniem. Książka ta jest wolna od politycznych, filozoficznych i naukowych idei; wyjęcie strzały z kołczanu zajmuje około 3 strony. Ta książka była bestsellerem w 1818 r., sprzedała się w dzisiejszej równowartości 5 milionów egzemplarzy, dziś byłaby niebywałym bestsellerem. Kupowali ją drobni rolnicy, a ich dzieci ją czytały. Ciężko stwierdzić, gdzie się dokładnie potknęliśmy, ponieważ patrząc na poprzednie pokolenia widoczne jest niewielkie potknięcie. Musielibyśmy cofnąć się o 100 lat i wziąć do ręki podręcznik do piątej klasy z lat dwudziestych XIX wieku. Odkrylibyśmy, że czytamy dzisiejszy podręcznik akademicki. Ten proces dzieje się od stu lat, ale nie ma to miejsca w elitarnych, prywatnych szkołach. Możesz przyczynić się do chociażby nieznacznej poprawy, ale najpierw musisz zrobić to sam. Zawsze staraj się stawiać sobie wysokie wymagania, a w krótkim czasie dowiesz się, że nie jest trudno tego dokonać. Obiecuję, że mówię prawdę, najtrudniej jest pokonać obawę, że nie potrafisz czegoś zrobić. To samo powtarzał Jamie Escalante dzieciom z getta w Los Angeles. Powiedział, że rachunek różniczkowy i całkowy jest bardzo prosty. Być może pomyślicie sobie, że niezły z niego romantyk, ale Mario Salvadori, jeden z najważniejszych inżynierów budowlanych na świecie, powiedział mi kiedyś wprost:

„John, mogę nauczyć cię rachunku różniczkowo-całkowego w 3 godziny, to bardzo proste, ale nie uwierzyłbyś, że możesz nauczyć się tego w 3 godziny i dlatego nawet za trzy lata nie będziesz tego wiedział, nawet jeśli będziesz w stanie zdać z tego test”.

Wszyscy jesteśmy zaprogramowani, aby być mniejszą wersją siebie.

Rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych chcą, aby tylko osoby, które szanują i którym ufają doradzały ich dzieciom. Czy to nie jest szalone? Nikt z was nie był wmieszany w to szaleństwo, ale czy nie przyznacie, że szaleństwem jest to, że miliony ludzi przekazuje swoje dzieci w ręce zupełnie obcych ludzi?Nie wiedzą, czy ci ludzie są mordercami albo czy byli poddawani dogłębnej psychoanalizie przez ostatnie 40 lat. To czyste dzieło przypadku, a nie chodzi tu o jedną osobę, a o 5 albo 6 dziennie. Teraz zatrzymam się na chwilę. Może wydawać się, że to wszystko ma zbyt wysoką cenę, aby można było sobie na to pozwolić. Pozwólcie, że dokończę; wszystkie te rzeczy są darmowe.

Kolejną rzeczą, jaką oczekują rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych jest uczenie miłości i szacunku do ziemi oraz naturalnego świata roślin i zwierząt, nie ze względu na naukową wiedzę, ale dlatego, że zdają sobie sprawę, iż życie staje się samotne, jałowe i abstrakcyjne jeśli nie masz dobrego stosunku do natury. To dlatego bogate dzieciaki jeżdżą konno i pływają łódkami. Nie robią tego dla samego współzawodnictwa sportowego, ale dlatego, że dzięki temu są w kontakcie z naturą. Następna rzecz: chcą, żeby ich dzieci rozwinęły w sobie ogólne poczucie przyzwoitości, przez co będą w stanie dostosować się w naturalny sposób do każdej sytuacji i otoczenia, nie wywołując przy tym złości czy sprzeciwu. Chcą, żeby ich dzieci były dostatecznie przychylne i posiadały wystarczającą wiedzę na temat obcych obyczajów tak, aby w sytuacji gdy chwilowo znajdą się w obcym otoczeniu, będą mogły się zrelaksować i czerpać przyjemność z pobytu. Chcą także, aby uczono dzieci podstawowych wartości zachodniej kultury nie dlatego, żeby zdały egzamin, ale po to, aby wszystkie pokolenia, czyli dziadkowie, rodzice i dzieci byli zaznajomieni ze wspólnymi ideami, wartościami i upodobaniami. Znowu zatrzymam się na chwilę: nie ma w tym nic radykalnego ani nie jest to nic co kosztuje tak wiele, że nie jesteś w stanie tego kupić. Mam jeszcze trochę do powiedzenia, ale prawie kończymy.

Rodzice uczniów elitarnych szkół z internatem chcą tego, co większość z nas lekceważy, czyli wyuczenia zdolności przywódczych, które byłyby jednocześnie ważnym i stałym motywem programu nauczania. Nie chcą, żeby ich dzieci były częścią naprowadzanego stada. Na szczęście jeśli chodzi o ćwiczenia w przywództwie, mamy do dyspozycji całe działy bibliotek. Ćwiczenia można znaleźć w wielu biografiach gdzie można dowiedzieć się, jak dana osoba nauczyła się przewodzić. Nie chcę wplatać w to polityki, ale pomimo słusznego wzburzenia na temat obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych intryguje mnie to, jak opanował przywództwo pochodząc z rodziny z Arkansas podczas gdy jego matka wyszła za mąż 6 razy, w tym dwa razy za jednego mężczyznę. W jaki sposób nauczył się opanować zdolności przywódcze jeśli nie dlatego, że można się tego nauczyć? Nie opanował tej zdolności na tyle, żeby zajść z tym dalej, ale niemniej jednak jego dowództwo nad większością Amerykanów jest rodzajem przywództwa. Emanuje z niego także opanowaniem i skromnością, czego nie można powiedzieć o Bushu. Bush był zwolennikiem elityzmu z uniwersytetu Yale. Nie bardzo mi się to podoba, nie podobają mi się różne kwestie związane ze wszystkimi amerykańskimi prezydentami ostatnich 20 lat.

Głównym przedmiotem zainteresowania rodziców uczniów ze szkół z internatem jest to, aby ich dzieciom poświęcana była indywidualna uwaga. Siedzę tutaj z ludźmi, którzy opanowali to do perfekcji.

Rodzice chcą, żeby dzieci uczyły się w małych klasach, mają przez to na myśli 9 osób lub mniej. W każdym razie siedzę tutaj z ludźmi, którzy opanowali to do perfekcji. Rodzice chcą wywierać presję na dzieciach po to, żeby wystawiały na próbę swoje własne granice, może nie dotyczyć to niektórych z was. Chodzi o to, że jeśli odkryjecie cztery albo pięć talentów dziecka, nie powinniście pozwolić na to, żeby było zadowolone ze spełnienia minimalnych osiągnięć. Znam pewną rzecz, którą dzieci z gett uwielbiały robić. Było to rysowanie postaci z komiksów, a robiły to całkiem dobrze. W prawie każdym przypadku przerysowywują postaci z komiksów prosto z komiksu, a potem wciskają mi te rysunki, bo chcą być chwalone. Robiłem to, ale jednocześnie mówiłem: „przekopiowałeś to prosto z komiksu a nawet nie widziałeś, jak on wyglądał. Każdy twój panel jest dokładnie takiej samej wielkości. Porównaj to z komiksem, tam panele zmieniają wielkość zgodnie z fabułą i zgodnie z tym, co się dzieje. Wszystkie twoje ręce, nogi i głowy znajdują się wewnątrz ramki, spróbuj rzucić okiem na typowy komiks. Tam ręka będzie wystawać z ramki, daje to wrażenie ruchu i ożywienia, a ty tego nie zauważyłeś, chociaż patrzyłeś na komiks. Dam ci wolne od szkoły na dwa albo trzy dni, a ty pójdź do biblioteki publicznej i znajdź dział z książkami o sztuce. Weź 20 albo 30 książek i dowiedz się, jakimi ukrytymi zasadami kierują się autorzy komiksów, ponieważ techniki te zostały odkryte dawno temu”. Tak więc popychasz swoje dzieci do działania; prawie każdy posiada swój obszar zainteresowań, dlatego popychasz je do działania w obrębie własnych zainteresowań i dopiero potem pokazujesz im, w jaki sposób jeden obszar jest powiązany z drugim. Powiedzmy, że pewne dziecko chce pracować w branży komiksowej. Istnieje bardzo mało miejsc pracy dla artysty, ale jest ich trochę więcej dla ludzi, który wymyślają fabułę i umieszczają tekst w dymki. Istnieje jeszcze więcej miejsc pracy dla kierowników, którzy wprowadzają komiks na rynek i dla ludzi, którzy wytwarzają bluzy, czapki i tym podobne. Pamiętam jednego chłopca, który teraz jest właścicielem domu z widokiem na plażę w Seattle. Odnosi ogromne sukcesy jako grafik, chociaż w szkole był oficjalnie analfabetą funkcjonalnym. Powiedziałem: „dam ci czas na rysowanie komiksów, jeśli opanujesz wiedzę na temat całej branży. Chcę, żebyś wiedział o ekonomii i psychologii tej branży, kto i jakie stany kupują komiksy, chcę zobaczyć wykresy ze wszystkimi stanami, ile sprzedaje się egzemplarzy poszczególnych tytułów”. Byłem w stanie całkowicie i bezproblemowo opracować zrównoważony program nauczania, dzięki któremu uczeń zbadał każdy obszar. Wracamy znowu do tematu rodziców uczniów ze szkół z internatem. Szkoły miały ogromny wpływ na XX-wieczne społeczeństwo dzięki staraniom absolwentów. Z tego powodu sprowadzono sposób postępowania w tych miejscach do pewnej formuły co pokazuje jasno, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania i które nie byłyby w zasięgu twojej ręki.

Formuła wygląda następująco: w elitarnych szkołach z internatem kładzie się nacisk na zdyscyplinowany umysł, który zna samego siebie i zna zarówno swoje granice, jak i mocne strony. To przecież teoria ludzkiej natury autorstwa Thomasa Jeffersona, tj. pojmowanie ludzkiego serca na tyle, że nie można cię oszukać. Kolejna rzecz – solidna wiedza na temat historii i zrozumienie genezy systemu politycznego, gospodarczego i prawnego, np. w jaki sposób rozwinął się podział władzy. Zaznajamiasz się z ideami leżącymi u podstaw Ameryki, które można schematycznie prześledzić cofając się w czasie i tak naprawdę dojść do ich źródła. Można szukać jeszcze głębiej i doszukać się nawet wcześniejszych prób. Podział władzy stworzono dlatego, że ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych przyjrzeli się temu, co dzieje się w Anglii. Powiedzieli, że jeśli władza będzie spoczywać w rękach jednej osoby to bez względu na to, jak mili są ludzie, ktoś, kto nie jest już tak miły dojdzie do władzy i zacznie wyzyskiwać innych. W przypadku Stanów Zjednoczonych głównym założeniem było utrzymywanie władzy na niskim poziomie. Było to możliwe poprzez utrudnianie każdej możliwej rzeczy, dlatego zdarzały się sytuacje, że czytało się w gazetach o tym, że nie powinno się ciężko pracować na Narodowy Program Zdrowia, powinniśmy zwrócić się z tym do profesjonalistów. Jest to rodzaj intelektualnej obłudy. Chodziło przecież o to, że łączna opinia wszystkich ludzi da lepsze rezultaty niż opinie samych profesjonalistów. Nie dzieje się tak w każdym przypadku, ale nie można działać wybiórczo. Jeśli zaczniesz zabierać władzę z rąk ludzi to taka procedura nie ma końca, dopóki ludność nie staje się przedmiotowa; obecna sytuacja w Ameryce ją bardzo przypomina. Uważam, że uczniowie pobierający naukę w domu są jednym z najbardziej pasjonujących zaprzeczeń XX wieku, z jakim się zetknąłem i o jakim czytałem i słyszałem. Bez jakiegokolwiek wsparcia bierzesz się sam za siebie i kiedy jesteś już wystarczająco znaczący, nie dajesz sobą tak łatwo pomiatać. Podsumowując, ważne jest zrozumienie idei leżących u podstaw Ameryki. W elitarnych szkołach kładzie się nacisk na doświadczenie twarzą w twarz. Nigdy nie sięgasz po książkę, jeśli możesz skontaktować się z autorem książki albo z kimś powiązanym z tą osobą. Zbliżasz się do źródła idei tak blisko, jak tylko jest to możliwe. Kładzie się szczególny nacisk na zdolność pisania. Słyszałem, jak Inga mówiła wczoraj o tym, że uczniowie pobierający naukę w domu dobrze czytają, ale niekoniecznie dobrze piszą. Czym jest edukacja.

Z początkiem każdego roku szkolnego mówiłem uczniom, którzy kompletnie nie mieli wprawy w pisaniu: „każdego dnia będziecie mieli za zadanie napisać 300 słów”. Oczywiście zaczęli marudzić, ale mówiłem dalej: „przeciętne zdanie ma ok. 10 słów, co daje nam 30 zdań. Wypowiedzenie 300 słów w moim tempie zajęłoby wam 2,5 minuty, jeśli mówiłbym wolniej zajęłoby 3 albo 4 minuty. Jeśli możecie opanować 300 słów to dacie sobie radę z każdym listem, krótkim przemówieniem albo komentarzem, jaki musicie wygłosić, w każdym razie 300 słów przydaje się w wielu sytuacjach. Ludzie, którzy nie mogą dać sobie rady z 300 słowami mają poważny problem. Jeśli chodzi o 1000 słów-” Znowu zaczęli narzekać. Nikt nie napisze mi 1000 słów, o tym samym pomyślałem sobie będąc na studiach, to jest niemożliwe do zrealizowania. Teraz sobie przypominam… tak naprawdę musiałem napisać tylko 500 słów, ale napisanie ich zajęło mi 6 tygodni. „1000 słów to 3 strony pisma maszynowego, może trochę więcej.Jeśli jesteście w stanie napisać 1000 słów, dacie sobie radę tak samo jak inni w każdego rodzaju debacie, możecie bez problemu pisać artykuły do gazet. Jeśli ktoś zapyta się, czy potraficie przeanalizować nastawienie uczniów pobierających naukę w domu i dacie radę napisać 1000 słów to każdy byłby zdania, że to całkiem dobry początek. Zaczniemy od 300 słów aż nagle zdacie sobie sprawę, że wasze obawy są bezpodstawne kiedy gadacie miedzy sobą na placu zabaw, mówiąc te 300 słów w ciągu 3 minut. Nie jest to ciężkie do zrobienia. Nagle zdacie sobie sprawę, że nie jest tak trudno napisać 1000 słów, jeśli tylko wiecie jak skonstruować wewnętrzną strukturę. Najpierw budujecie strukturę, a potem dodajecie do tego słowa”. Możecie wdrożyć to w prosty sposób. Jeśli wasze dziecko napisze coś na jakiś temat, przeczytajcie to bardzo dokładnie, nie przelatujcie tylko wzrokiem ale naprawdę przeczytajcie to dokładnie i powiedzcie „chciałbym dowiedzieć się o tym czegoś więcej” albo „mówisz, że jest to prawdą, ale nie tłumaczysz dlaczego jesteś tego zdania, nie widzę żadnego dowodu”. Możecie tego dokonać poprzez poddawanie w wątpliwość tego, co piszą mówiąc „wypisz swoje dowody” albo „napisz coś więcej o tym, skąd pochodzi gość, o którym piszesz albo jacy są jego rodzice”. Jest to stopniowy proces, ale jest szybszy niż myślicie. Kiedy ktoś pisze pracę na 300 słów po raz pierwszy, po odczytaniu jej na głos są z niej dumni. Nie mają większych problemów, od tego momentu mogą sami się tego wyuczyć. Kiedy ktoś pisze pracę na 1000 słów po raz pierwszy na temat, w jakim czuje się dobrze to tak naprawdę jest on w stanie to zrobić. Sprawcie, żeby ćwiczenia w pisaniu były praktyczne. Oczywiście twoje dzieci powinny wymieniać listy z bliskimi im osobami, dzięki czemu zrobią im przyjemność. To miła rzecz, poza tym pisanie listów sprzyja budowaniu kontaktów z innymi ludźmi, a czasami trzeba napisać list albo dwa. Nie chodzi mi o listy skierowane wyłącznie do gazet. Z pewnością chcecie, żeby wasze dzieci miały możliwość odbycia stażu i miały kontakt ze światem biznesu i z różnymi instytucjami w Nashville. Odpowiedni list nie musi być bardzo długi. Jeśli ma odpowiednią formę, często można spodziewać się pozytywnej odpowiedzi. Ludzie często dziwili się i pytali: „jakim cudem załatwiłeś swoim uczniom wszystkie te rzeczy?”. Oczywiście nie dokonałem tego sam, same sobie je załatwiły. Pytali się też, jak im się to udało. Odpowiadałem, że dzwonili po różnych ludziach albo prosili mnie albo rodziców, abyśmy zrobili to za nich, pisali też listy lub stawiali się z daną sprawą osobiście, a kiedy nie było akurat tej osoby zostawiali wtedy krótki list co świadczyło o tym, że są na dobrej drodze do stania się osobą wykształconą. Niewiele dzieci się tego uczy, nawet w tych lepszych szkołach. Mieliśmy u stóp Nowy Jork, mogliśmy robić naprawdę wiele różnych rzeczy, ale postąpiliśmy tak, a nie inaczej.

To prawda, społeczność dorosłych nie jest przyzwyczajona do pomagania dzieciom. My wiemy jednak, że pomoc innym wpisana jest w ludzką naturę. Nie jest trudno wzbudzić w kimś chęć do pomocy, wystarczy porozmawiać z młodszą osobą na swój temat albo o swoim przedsięwzięciu lub o tym, w jaki sposób wykonujesz pewne czynności.Bardzo łatwo wzbudzić w kimś chęć pomocy, jeśli tylko zwrócicie się prosto do źródła i nie będziecie kontaktować się drogą urzędową. Zaraz kończymy. Chcą, aby uczniowie elitarnych szkół rozwinęli w sobie umiejętność dokładnej obserwacji. Aby to osiągnąć, opracowano kiedyś bardzo prosty sposób, który był istotną częścią programu nauczania wszystkich znaczących szkół na całym świecie przez setki lat. Czytałem kiedyś esej napisany ok. 1960 r. na temat edukacji szkolnej skierowany oczywiście do ludzi żyjących w 1960 r. Wyczytałem, że jeśli nie jesteś w stanie narysować tego co widzisz, tak naprawdę nie widzisz tego, co masz przed sobą i z tego powodu należy rozwijać w dzieciach umiejętność dokładności i precyzji w rysowaniu. Nie muszą być Picassem… Nawet nie chciałbym, żeby byli Picassem, nie muszą być Rembrandtem. Muszą być w stanie precyzyjnie przerysować to, co widzą; pomyślcie o wszystkich istotnych zawodach, które wymagają tej właśnie umiejętności.

Po prostu jako jedną z pakietu umiejętności. Zatrudniam architekta, próbuję wybudować małe mieszkanie w środku starej stodoły, w taki sposób, żeby nie zaburzyć stylu starej stodoły, ma aż sto lat, więc to by nie było w porządku. W ciągu kilku godzin udało mu się stworzyć kilka szkiców, które mogłem obejrzeć i wybrać spośród nich. Co by było gdyby nie miał takiej umiejętności? Nie jest to jedna z moich ulubionych osób, ale powód, z którego praca Charlesa Darwina ma tak duże znaczenie jest taki, że narysował on tysiące szkiców w swojej książce. Nie jest to Rembrandt, ale są na tyle wierne, że widać, co przedstawiają. Rozwinięcie umiejętności trafnej obserwacji nie jest czymś, co przychodzi naturalnie. Z natury nie widzimy co jest przed nami. Nie słyszymy też tego, co mówią inni ludzie. Obcowanie z wielkimi dziełami sztuki: muzyką, malarstwem, rzeźbą, architekturą, tańcem, poezją i innymi dziedzinami sztuki, jest prawdopodobnie łatwe w okolicach Nashville, ponieważ dużo się tu inwestuje w sztukę. Dodałbym więcej, chociaż to się wzięło z prywatnego szkolnictwa. Znajomość folkloru i sztuki pochodzącej od ludzi, którzy nie mogą poświęcić całego życia jednej dziedzinie, ale z poświęceniem oddają się sztuce. Grandma Moses, jeśli nie jesteście za młodzi, by ją pamiętać, wzbogaciła się i zdobyła sławę dzięki temu, że nie umiała posługiwać się perspektywą, co jest typowe dla sztuki ludowej, ponieważ nie ma tam miejsca na akademicką wiedzę. Jeszcze trzy kwestie i kończymy. Wiedza naukowa o niebie i ziemi. To duża rzecz. Doświadczanie i nauka radzenia sobie z bólem. Bólem fizycznym emocjonalnym i intelektualnym. Jeśli zastanawiacie się skąd się wzięło wielkie zainteresowanie Ameryki sportem, przybyło ono z arystokratycznych szkół z internatem w Anglii. Zostało zaadaptowane tutaj nie po to, aby wygrać grę, ale by oswoić ludzi z ideą, że ból wcale nie jest tak bolesny, chyba że go sobie takim wyobrazicie. W innym wypadku po prostu przechodzi. Małe dzieci uczą się jeździć konno, galopować i skakać przez płotki, ponieważ, to jak z jazdą samochodem, jeśli popełnisz błąd zginiesz, będziesz sparaliżowany lub stanie się coś strasznego. Ale wcale nie tak trudno nie popełnić tego błędu. Jeśli żeglujesz małą łodzią, nie widząc lądu – co robią wszyscy, którzy uczą się żeglować, ponieważ jest to część treningu – skąd wiesz, gdzie się znajdujesz? Wszystko wygląda tak samo, a jeśli popłyniesz w złym kierunku możesz skończyć po środku Atlantyku. Z tego wniosek, że każdy ma, powiedziałbym, dane przez Boga siły do pokonywania wszelkich przeciwności i różnica polega na tym, że zwykłym ludziom wydaje się to niemożliwe. Jednak jak już się spróbuje, to nagle okazuje się łatwe, o ile jest się zdyscyplinowanym. O ile rozumie się, że istnieje niebezpieczeństwo. O ile ma się wiarę w siebie. Tak czy inaczej, chcemy tych cech u naszych dzieci. Moich dzieci nie było na to stać, więc co roku robiliśmy to wszystko, dzieci robiły to same, bez opieki. Kazałem im iść z 20 kilometrów z jednego końca Manhattanu na drugi, 5 kilometrów na godzinę, czyli niezbyt szybko; żwawo, ale nie bardzo szybko, to daje czterogodzinny spacer. Nagle nie masz potrzeby jechać autobusem czy taksówką, bo wiesz, że bez tych środków transportu też można się obyć, można wszędzie dostać się piechotą. Jeśli jesteście z czteroosobowej rodziny, zarabiającej 300 dolarów tygodniowo i zdecydujecie się korzystać w Nowym Jorku z autobusu czy metra, to półtora dolara w tę i we w tę, potrzebujecie dwanaście dolarów żeby się gdziekolwiek dostać, podczas gdy z dochodem 300 dolarów moglibyście sobie na to pozwolić raz na tydzień. Czy w takim wypadku siadacie w swojej norze i mówicie, że nie stać was, żeby gdziekolwiek pójść? Nie, zdajecie sobie sprawę, że przejście 2-3 kilometrów to nic takiego, to miła rozrywka i samo zdrowie. Dobrze.

Ostatnim z 16. postulatów elitarnych prywatnych szkół jest rozwój determinacji, by zawsze wymagać od siebie najlepszych możliwych wyników. Jak często bywa w elitarnych szkołach, kiedy dziecko orientuje się, że jest utalentowanym pisarzem ma nową podstawę, coś, na czym może oprzeć przyszłe działania. Nie jest zachęcająco poklepywane za samo to, że zrobiło znowu to samo. Myślę, że to tkwi w ludzkiej naturze. Chcemy robić najmniej jak się da, by osiągnąć zamierzony efekt. A w tym przypadku chodzi o coś zupełnie odwrotnego. Stale się oceniamy i pytamy, czy tylko na tyle nas stać. Nawet, jeśli inni ludzie mówią, że jesteśmy wspaniali. A jednak wiemy, że możemy znacznie więcej. Myślę, że tak jest lepiej, nie prezentując ludziom tylko części tego, co jest w zasięgu naszych możliwości. Zostało nam pięć minut, prawda? Nie potrzebuję teraz notatek. Naprawdę chciałbym wam powiedzieć: zauważcie, że wszystko, co zawsze miałem za edukację, co wy mieliście za edukację, co najbogatsi ludzie w kraju uważają za edukację, zupełnie nic nie kosztuje. Wszystkie dzieci z publicznych szkół Stanów Zjednoczonych mogłyby być uczone w ten sposób i nic by to nie kosztowało, co oczywiście jest właśnie głównym powodem dlaczego tak się nie dzieje; bo co by się stało ze wszystkimi zatrudnionymi w sektorze edukacji, ze wszystkimi wydawcami podręczników, z ludźmi, którzy budują budynki szkół. I z tymi, którzy zaopatrują szkolne sklepiki w te wszystkie bzdety. Z Bogiem i powodzenia, dziękuję za przybycie.

Różnica między aksjomatem a pewnikiem

Różnica między aksjomatem a pewnikiem

Różnica między aksjomatem a pewnikiem

Fragment książki Propedeutyka filozofii Kazimierza Ajdukiewicza

Nauki aprioryczne

Nauki aprioryczne scharakteryzowaliśmy jako takie nauki, które nie uważają świadectwa doświadczenia za wystarczającą legitymację dla swych twierdzeń. Ponieważ każda nauka, by móc zacząć wnioskować, musi przyjmować jakieś twierdzenia nie- wywnioskowane jako ostateczne, czy też pierwsze przesłanki, od których wszelkie wnioskowanie się zaczyna, zatem powstaje py­tanie, jakie to twierdzenia nie wywnioskowane z innych są w na­ukach apriorycznych dopuszczalne. Na pytanie to nie można udzielić jednolitej odpowiedzi.

Istnieją bowiem dwa stadia rozwojowi nauk apriorycznych, różniące się m. i. tym. że co innego jest przyjmowane na jednym, a co innego na drugim z tych stadiów jako ostateczna niewywnioskowana przesłanka. Wcześniejsze sta­dium nauk apriorycznych to tzw. stadium przedaksjomatyczne, późniejsze to stadium aksjomatyczne. Na każdym z tych stadiów inaczej się przedstawia struktura metodologiczna nauk apriorycz­nych.

Na stadium przedaksjomatycznym dopuszczalnymi bez do­wodu twierdzeniami są wszelkie twierdzenia, mogące liczyć na to, że dla wszystkich mniej więcej ludzi są oczywiste.

W charakterze pierwszych przestanek, na których się we wszelkich rozumowa­niach wolno oprzeć, mogą więc wystąpić wszelkie sądy powszech­nie oczywiste.

Te oczywiste, naczelne twierdzenia nazywają się pewnikami.

Z pewników wolno wysnuwać wnioski wyłącznie tylko metodą dedukcyjną. Wniosek, wyprowadzony dedukcyjnie z pewników lub z twierdzeń już przedtem wyprowadzonych z pewników na drodze dedukcyjnej, zyskuje przez to również prawo obywatel­stwa w nauce apriorycznej jako jej twierdzenie. Fakt ten, że w naukach apriorycznych jedynie tylko wnioski, wywiedzione z pewników przez wnioskowanie dedukcyjne, zostają przyjęte do rzędu ich twierdzeń, jest też powodem, dla którego nauki aprio­ryczne nazywa się też naukami dedukcyjnymi.

Nie znaczy to, ja­koby matematyk nie posługiwał się nigdy metodą indukcyjną. Owszem metoda indukcyjna niejednokrotnie nasuwa matematy­kowi pomysł jakiegoś twierdzenia, jednakże dopóki twierdzenie to jedynie tylko takim indukcyjnym wywodem może się wykazać, dopóty nie jest jeszcze przyjęte do rzędu twierdzeń matematyki. (N. b. gdy mowa tu o indukcji, mamy na myśli indukcję niezu­pełną. nie zaś indukcję matematyczną lub indukcję zupełną, które to rozumowania, jak juz powiedzieliśmy, są rozumowaniami de­dukcyjnymi). I tak np. zauważenie związków następujących:

1 =12
1 + 3 = 22
1 + 3 + n = 32
1+3 + 5 + 7 = 42

nasuwa nam pomysł twierdzenia, że suma n kolejnych pierwszych liczb nieparzystych jest równa kwadratowi liczby n. Dopóki jed­nak to ogólne twierdzenie znajduje oparcie tylko w przekonaniu o słuszności kilku swych szczegółowych przypadków, dopóty nie mamy go prawa uważać za twierdzenie matematyczne. Stanie się ono dopiero wtedy twierdzeniem matematyki, gdy zostanie dlań podany dowód, wyprowadzający je na drodze dedukcyjnej z pew­ników.

Gdy w stadium przedaksjomatycznym poczęto z pewników na drodze dedukcyjnej wyprowadzać wnioski, stwierdzono m. i., że niektóre pewniki dają się wyprowadzić z innych na drodze de­dukcyjnej. Np. niewątpliwie każdy uzna za pewniki następujące trzy twierdzenia:

1°) jeżeli a jest w ogóle czemuś równe, to a jest równe samo sobie,
2°) jeżeli a jest równe b. to b jest równe a,
3°) jeżeli a jest równe b, to jeżeli b jest równe c, to a jest równe c.

Możemy te twierdzenia zapisać w następującej jeszcze po­staci :

1°) jeżeli a = b, to a = a
2°) jeżeli a — b, to b — a
3°) jeżeli a — b, to jeżeli b = c, to a — c.

Otóż łatwo się przekonać, że pierwszy z tych pewników daje się na drodze dedukcji wyprowadzić z obu pozostałych (por. § 11 zad. 8).

Zwrócenie uwagi na to, że niektóre pewniki dają się na drodze dedukcji wyprowadzić z innych, nasunęło myśl, aby zmienić do­tychczasowy przepis odnoszący się do tego, jakie sądy wolno nam przyjmować bez dowodu jako ostateczne przesłanki wszelkiego dowodu. Mianowicie zacieśniono i rozszerzono zarazem dotych­czasowy przepis w sposób następujący. Jako ostateczne przesłanki wszelkiego dowodu, przyjmowane bez dowodu, poczęto dopuszczać  tylko pewne wyraźnie wymienione spośród twierdzeń, co do których prawdziwości nie nasuwała się żadna wątpliwość, i które ra­zem wzięte uważano za wystarczające do tego, aby z nich wydedukować wszystkie twierdzenia, dające się w danej dziedzinie wyprowadzić dedukcyjnie z pewników.

Te wyraźnie wskazane twierdzenia, dopuszczalne odtąd jako ostateczne niedowodzone przesłania wszelkiego dowodu, nazwano aksjomatami, danej nauki apriorycznej, czyli dedukcyjnej. Jak z tego widać, nie każdy pew­nik należący do zakresu danej nauki będzie jej aksjomatem, lecz tylko wtedy pewnik stanie się aksjomatem danej nauki, jeśli zo­stanie jako taki wyraźnie wymieniony. Po drugie nie każdy aksjo­mat musi być pewnikiem, gdyż w roli aksjomatu może także figu­rować zdanie, które nie jest bezpośrednio oczywiste, lecz którego prawdziwość nie budzi w nas żadnej wątpliwości dzięki temu, że potrafiliśmy się o niej przekonać, wyprowadzając to twierdzenie na drodze dedukcji z sądów oczywistych.

W stadium aksjomatycznym. zatem jakiejś nauki apriorycznej ostatecznymi przesłankami, przyjętymi łtez dowodu, na których wolno się w dowodach opierać, są nieliczne wyraźnie wymienione zdania, zwane aksjomatami.

One są też jedynymi twierdzeniami, uzyskującymi prawo obywatelstwa w tej nauce, nie legitymując się dowodem. Wszystkie inne zdania dopiero wtedy będą jako twierdzenia tej nauki przyjęte, gdy zostaną wywiedzione z aksjo­matów na drodze dedukcji. (Wyjątek stanowią jedynie definicje syntetyczne). Sądy oczywiste, pewniki, o ile nie zostały podnie­sione do rzędu aksjomatów, nie mają jako takie żadnych praw wyjątkowych i zostają również dopiero wtedy przyjęte jako twier­dzenia danej nauki, gdy się wykażą dowodem, wyprowadzającym je na drodze dedukcji z wyraźnie wymienionych aksjomatów. W naukach dedukcyjnych, które przyjęły szatę aksjomatyczną, spotykamy się też często z dowodami (nieraz bardzo zawiłymi), wyprowadzającymi twierdzenia zupełnie oczywiste z przesłanek nie odznaczających się bynajmniej większą od nich oczywistością.

Nauka aprioryczna, która przyjęła postać aksjomatyczną, nosi nazwę systemu dedukcyjnego lub też systemu aksjomatycznego.

Wśród systemów dedukcyjnych istnieje pewna hierarchia, nie­które bowiem systemy dedukcyjne opierają się na innych w tym sensie, że aksjomaty tego innego systemu zaliczają między swoje własne aksjomaty. I tak np. wszystkie systemy dedukcyjne mate­matyczne opierają się na systemie dedukcyjnym logiki formalnej. Każdy bowiem system matematyczny zalicza (zwykle milcząco) aksjomaty logiki do twierdzeń przyjmowanych bez dowodu, tj. do aksjomatów. Zwykle systemy dedukcyjne geometrii opierają się we wspomnianym wyżej sensie na systemie dedukcyjnym arytme­tyki (i oczywiście także logiki). Najbardziej podstawowym syste­mem dedukcyjnym jest wiec system logiki formalnej, służy on bowiem wszystkim innym systemom dedukcyjnym za podstawę, a sam żadnego innego systemu dedukcyjnego nie zakłada.

Zadania i pytania.

  1. Wskaż znane ci z nauki szkolnej przykłady „dowodzenia” twierdzeń oczywistych, polegając na wyprowadzaniu ich z twierdzeń przyjętych jako aksjomaty.
  2. Dlaczego każda nauka musi przyjmować twierdzenia, dla których nie podaje, dowodu?
  3. Dlaczego każda nauka musi wprowadzać terminy, dla których nie podaje definicji?

 

Różnica między aksjomatem a pewnikiem

4 nadrzędne zasady współczesnego satanizmu – Mark Passio

4 nadrzędne zasady współczesnego satanizmu – Mark Passio

„Jeśli ktoś nie myśli o tym, aby dążyć do rzeczy najlepszych, lecz wszelkimi sposobami stara się czynić to tylko, co mu sprawia największą przyjemność, czym różni się naprawdę od najgłupszego bydlęcia?” – Sokrates

 

4 nadrzędne zasady współczesnego satanizmu

W styczniu 2015 roku Mark Passio, były satanistyczny kapłan jasno i wyraźnie wyjaśnił ideologię kościoła Szatana. Jego wiedza pochodzi z jego własnego doświadczenia jako byłego kapłana w  kościele Szatana. Passio zmienił swoją osobistą ideologię o 180 stopni i przyczynia się do odsłonięcia podstępnych przykazań satanizmu. Na początku tego roku [2015] Mark Passio wziął udział w wywiadzie online z Lee Ann McAdoo z Infowars Alexa Jonesa w którym omówił „4 główne zasady współczesnego satanizmu”.

Mark PassioJak wyjaśnia Mark,  był niezadowolony z religii i z czasem stał się wściekły i skierował się ku gałęzi satanizmu zwanej Mrocznym Okultyzmem. Jego teksty i muzyka była rozpoznawana wśród wyznawców kościoła Szatana, a Anton LaVey poprosił go, aby został kapłanem w tym kościele i podjął się roli konwersji ludzi przeciwnych satanistycznej religii.  Podczas gdy nie wyjaśnia, dlaczego opuścił kościół Szatana to Mark Passio  wyjaśnia, że współpracownicy w jego grupie byli całkowicie obojętni na fakt, że ich opuszcza, ponieważ czuli się tak pewni siebie, że nie jest w stanie zrobić nic co mogło by im zaszkodzić lub ich władzy.

Czy szkodliwym dla społeczeństwa jest kojarzenie słowa satanizm wyłącznie z ludzkimi i zwierzęcymi ofiarami oraz przestępstwami seksualnymi?
Czy to możliwe, że taka definicja pozwala na kontynuowanie bardziej czułych i podstępnych aspektów tej ideologii dzięki czemu staje się akceptowana lub zinstytucjonalizowana?
Bardzo interesujące w temacie „satanistycznej ideologii” są nakazy jakie Mark Passio opisuje. Nie jest to rasizm czy fanatyzm, pewien rodzaj nienawiści jaki często kojarzy się nam  przestępczymi czynami.

Cztery główne zasady współczesnego satanizmu to:

1.Własne przetrwanie
2.Relatywizm moralny
3.Darwinizm społeczny
4.Eugenika

 

Te koncepty występują na przesuwnej skali i nie jest jasnym, w jakim stopniu są one rzeczywiście praktykowane przez satanistów. Osoby, które praktykują taką egoistyczną filozofię niezrównoważoną przez miłość lub współczucie dla innych mogą wyglądać jak socjopaci wśród nas, prawdopodobnie z czystą kryminalną kartoteką, ale są to osoby, które nie podejmują ryzyka  lub odpowiedzialności, aby poprawić jakość życia ludzi, którzy mieli mniej szczęścia w społeczeństwie. Jak wyjaśnia Mark własne przetrwanie jest jednym z najwyższych satanistycznych zasad i nie chodzi tutaj o akceptowalny sens samoobrony.

Możemy znać wielu ludzi w naszym życiu, których uważamy za nieszkodliwe, bez kryminalnych rejestrów, którzy w rzeczywistości  wykazują cechy filozoficzne wspólne z satanizmem, jednak nigdy nie myśleliśmy o nazywaniu ich satanistami, bo kojarzymy to obraźliwe słowo ze składaniem ofiar z ludzki i zwierząt co jest oszustwem, które ukrywa naturę satanizmu jako odwrotność chrześcijaństwa. Na przykład, gdzie chrześcijaństwo może praktykować przebaczenie, satanizm preferuje brak litości i ucisk. Więc, jeśli więcej niż mniej biznesowych korporacji identyfikuje się z ideologią satanizmu w swoich praktykach biznesowych, to czy czasem nie żyjemy w satanistycznym świecie?

Jeśli tak, to tylko jednostki, praktykujące własne przetrwanie zrównoważone z naukami Jezusa jak na przykład współczucie dla innych istot ludzkich sprawiają, że świat staje się mniej zły. Dziś Mark Passio wykorzystuje swoją wiedzę nie do tworzenia konwertytów, ale do odsłaniania i tego jak szkodliwy jest jej wpływ. Jeśli nie zostanie zidentyfikowana to nadal będzie przytłaczać nasze technologiczne społeczeństwo w biznesie i nauce co pozwoli na to by elity były niebezpiecznie wprowadzone w błąd. Otaczający nasz świat jest taki jaki go tworzymy. Mamy wolną wole i możemy tworzyć lepsze systemy  oparte moralnie obiektywnej ideologii , aby przezwyciężyć stare i gorsze systemy zniewolenia.

Passio mówi potężnie i ze znawstwem przeciwko szatańskim narzędziom używanym do ucisku ogromnych ilości ludzi.

 

Częściowy transkrypt z  „Former Satanist Exposes Occult Secrets [Były satanista obnaża okultystyczne tajemnice]”

7:41

„To nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim pojęciem diabła. Satanizm ma 4 główne założenia lub nadrzędne zasady wiary.

1.Własne przetrwanie jest najwyższym celem. Należy zrobić wszystko co możliwe w celu poszerzenia swojej osobistej mocy i wpływu na świecie bez względu na to kogo będzie trzeba zdeptać lub skrzywdzić, aby dostać to czego się chce. To naprawdę dogmat numer jeden, a jeśli spojrzeć na społeczeństwo duża część jeśli nie większość społeczeństwa tkwi w mentalności podkopywania pod sobą dołków i wzajemnego deptania.

2.Relatywizm moralny jest drugim ważnym elementem w którym chodzi o to, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak obiektywne normy dobrego i złego zachowania. To my, jako istoty ludzkie możemy decydować na podstawie naszych kaprysów co jest dobre, a co złe i na tej podstawie podejmować działania. Jeśli przyjrzeć się społeczeństwo to powiedziałbym, że więcej jest moralnych relatywistów, niż moralnych obiektywistów, którzy uważają, że istnieją obiektywne normy dobrych i złych zachowań. Więc jest to bardzo powszechne w społeczeństwie.

3.Trzecim głównym założeniem jest darwinizm społeczny, idea, że najbardziej bezwzględni w społeczeństwie mają pewnego rodzaju z góry ustalony koncept lub przesądzone prawo jakieś to w zasadzie panowania nad wszystkimi innymi w społeczeństwie, ponieważ ich genetyka sprawiła, że są tu gdzie są i idealnie nadają się do rządzenia. Wielu ludzi rzeczywiście tak myśli, a co więcej myślą, że to jest w porządku i jest to naturalna kolej rzeczy lub że sprawy tak się mają i już. Wiesz,  to też jest dosyć powszechne w naszym społeczeństwie.

4.I wreszcie czwartym głównym filarem satanizmu jest eugenika, idea, że ponieważ ci, którzy są społecznie odpowiedni do rządzenia i najlepiej dopasowani w społeczeństwie i dlatego dostali się na samą górę grzędy, więc mogą w zasadzie decydować kto może, a kto nie może propagować swoje geny lub innymi słowy kto będzie żył, a kto umrze. Kto musi umrzeć. ”

Źródło: Former Satanic Priest Exposes the 4 Main Tenets of Satanic Ideology

 

 

Poniżej fragment z wykładu Marka Passio Prawo Naturalne część 2 – 2/2

 

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin

Nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie w niego wierzą.

Kilka fragmentów z książki Feliksa Konecznego O ład w historii:

Każde zjawisko życia zbiorowego pojmuje się i odczuwa albo personalistycznie, albo gromadnościowo. Wyłaniają się obok tego dwie metody myślenia: aposterioryczna lub aprioryczna. Tamta snuje wnioski indukcyjne, zaczynając od krytycznego roztrząsania doświadczeń przeszłości, ta zaś o doświadczenie i fakty się nie troszczy, lecz metodą medytacyjną dochodzi do formuł, do których nagina następnie życie rzeczywiste, choćby wypadło je złamać. Aposterioryzm jest indukcyjny, aprioryzm wyłącznie dedukcyjny. Aprioryzm lubi eksperymentować na wielkich zrzeszeniach, chcąc
wytworzyć wszystko według powziętych z góry pojęć, gdy tymczasem aposterioryzm wytwarza pojęcie według doświadczenia. Stosownie do tego działalność publiczna włącza się w szereg personalistyczny lub gromad- nościowy.
Nie byłby człowiek prymitywny doszedł do żadnego rozwoju, gdyby każde pokolenie zaczynało ab ovo [od samego początku]. Rozwój możliwym jest tylko przez korzystanie z doświadczenia poprzedników. Tradycja jest kością pacierzową wszelkiej cywilizacji. Nie brak jej nigdy i nigdzie w naturalnym rozwoju zrzeszeń. O zarzuceniu jej pomyślano dopiero na wysokim szczeblu rozwoju, gdy postanowiono wyprodukować homunkulusa, wywołując sztucznie nowotwory na życiu zbiorowym.

Personalizm może doprowadzić do historyzmu i również wzajemnie: gdziekolwiek powstaje skłonność do opierania się na historyzmie, wytwarza się podłoże personalistyczne. Gromadność nie zna historyzmu; tak przynajmniej poucza indukcja historyczna.
Zrzeszenia oparte na personalizmie stanowią organizm, oparte na gromadności są mechanizmami. Cechą ich jest jednostajność, organizm zaś żyje rozmaitością. Organizm skłaca się z rozmaitych odrębności, które atoli przejęte są poczuciem jedności. Organizm tworzy się ze świadomej woli zrzeszonych dobrowolnie do celów, wynikających z zapatrywań i dążności ogółu, z porozumienia się. Z klęsk podnosi się organizm własnymi siłami, sam leczy się z usterek i własną siłą doskonali się. Lecz mechanizm wymaga pomocy z zewnątrz i dlatego w razie klęsk staje się nieuleczalnym.
Gromadność zmierza do jednostajności, toteż członkowie takiego zrze-szenia pragnąjak najmniej różnić się między sobą. Nie przypuszczają, żeby jedność mogła istnieć bez jednostajności, rozmaitość wydaje im się rozłamem. Wobec tego gromadność nie sprzyja rozwojowi inicjatywy. Z jednostajnością łączy się po pewnym czasie bierność, obojętność na sprawy publiczne, w końcu wytwarza się stagnacja. Zrzeszenia ujednostajnione pozbawione są pędu wzwyż, do doskonalenia się. Jednostajność przeciwna jest naturze ludzkiej, toteż zrzeszenia takie oparte sąna przymusie. Stosunki życia ludzkiego nie układają się same z siebie w mechanizm; to wymaga działań sztucznych, apriorycznie „planowych”. Gdyby jednak cały świat zamienić na mechanizm, musiałby z czasem nastąpić powszechny zastój, w końcu rozkład. Groziłby zanik wszelkiej zdolności twórczej. Twórczość jest przymiotem stanowczo personalistycznym.

Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.
Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje. Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.
Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na sprawiedliwym rozdziale nierówności.

Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

Poniżej transkrypt z wywiadu:

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia, która nazywa się kolektywizm. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne.

Ludzie dużo pisali o tym czym jest kolektywizm. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm.

To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę.Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi.Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają.

Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy.

Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją.Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą.Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część.Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu.

Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini.Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu.Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem…

Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca,

żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatemprezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No alezebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą.Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)

Błędy logiczne i krytyczne myślenie w 100 minut

Błędy logiczne i krytyczne myślenie w 100 minut

Błędy logiczne i krytyczne myślenie w 100 minut – napisy PL

Błędy logiczne i krytyczne myślenie w 100 minut

Materiał składa się z dwóch 50 minutowych wykładów prowadzonych przez Hansa i Nathaniela Bluedorn. Dla kogo? Od około 10 lat w górę.
Część 1: Uczenie się myślenia logicznego – dowiesz się jak wykrywać propagandę i błędy logiczne w TV i internecie.
Część 2: Używanie myślowej skrzynki narzędziowej – dowiesz się
badać dwie strony kontrowersyjnych zagadnień.

Więcej: http://trivium.wybudzeni.com/trivium/

„Bo jeśli znosisz to, że twoi ludzie są źle wykształceni, a ich maniery zepsute od niemowlęctwa, a potem karzesz ich za zbrodnie, do których usposobiła ich najwcześniejsza edukacja, jaki inny wniosek można z tego wyciągnąć poza tym, że najpierw tworzysz złodziei i bandytów, a później ich karzesz?” – Sir Thomas More (1478-1535), Utopia

7 sposobów na wychowanie ”pustego dziecka” – John Gatto

7 sposobów na wychowanie ”pustego dziecka” – John Gatto

7 sposobów na wychowanie ”pustego dziecka” – John Gatto

John Gatto w swojej książce pod tytułem „Underground History of American Education” wymienia piętnaście sposobów w jaki system edukacji może tworzyć „puste dzieci”. Siedem z nich jest poniżej. Czy zgodzisz się, że szkołom i społeczeństwu udało się wdrożyć te kroki?

1. Trzymaj dzieci pod nadzorem, każdą minutę od świtu do zmierzchu. Nie daj im odrobiny  prywatności, przestrzeni, ani czasu dla siebie. Wypełnij ich czas aktywnościami zbiorowymi. Notuj zachowania ilościowo.
2. Uzależnij młodych do urządzeń i wyświetlaczy elektronicznych. Ucz tego, że te urządzenia są zarówno pożądane w spędzaniu wolnego czasu jak i uczeniu się.
3. Usuń z życia dziecka najwięcej jak to możliwe prywatnych rytuałów, takich jak przygotowywanie posiłków czy rodzinny obiad.
4. Stopniuj, określaj oraz oceniaj dzieci stale i publicznie. Rozpocznij wcześnie. Upewnij się, że każdy zna swoją rangę.
5. Czcij wysoko ocenianych. Utrzymuj zaszeregowanie od realnych dokonań tak ściśle rozdzielone jak to tylko możliwe co wytworzy fałszywą merytokrację zależną od wytworzenia i utrzymania pozycji autorytetu dzięki wsparciu władzy. Zepchnij najbardziej niezależne dzieci na margines; nie toleruj prawdziwych argumentów.
6. Zabroń efektywnego przekazywania wiedzy użytecznej, takiego typu jak budować dom, jak naprawić samochód lub zrobić sukienkę.
7. Usuń wszystkie istotne funkcje z domu i życia rodzinnego z wyjątkiem roli gościa w sypialni i przypadkowego towarzystwa. Spraw, aby rodzice byli zadłużeni wobec państwa; rekrutuj ich do współpracy w celu monitorowania zgodności dzieci z oficjalnym programem władz.

Źródło: http://www.intellectualtakeout.org/blog/former-teacher-7-ways-schools-are-creating-empty-children

 

Nie wychowuj lenia! Bierz kartkę i pisz – oto lista obowiązków domowych dopasowana do wieku dziecka

Od najmłodszego wieku maluch może i powinien pomagać nam w drobnych obowiązkach domowych. Należy go jedynie odpowiednio do tego zachęcić. Dziecko szybko uczy się, że życie polega w dużej mierze na współpracy z innymi.

Tymczasem większość rodziców woli samemu wykonywać wszystkie obowiązki domowe, bo tak jest szybciej i dokładniej. To błąd: umęczeni i rozgoryczeni, że nikt nam nie pomaga sami powinniśmy mieć do siebie pretensję, bo to my nie przyzwyczailiśmy naszego dziecka, że o dom dbamy wspólnie.

Kiedy należy włączyć dziecko w domowe obowiązki? Jak najszybciej. Skoro trzylatkowi powiesz „Nie dasz rady, jesteś za mały”, nie zdziw się, że trzynastolatek poproszony o skoszenie trawnika odpowie Ci również „nie dam rady”. Dzieci naukę powinny zacząć od porządkowania swojej własnej przestrzeni, od sprzątania pokoju, ścielenia łózka, odkładania majtek i skarpetek do kosza na brudną bieliznę , a następnie poprośmy je by zaczęły odnosić talerzyki po skończonym posiłku do zmywarki.

Co więcej, powinny wykonywać choć jedną pracę „na rzecz całego domu”. Niech rozłożą miseczki na stole, pomieszają sałatkę – wszystko zależy od ich wieku i umiejętności. Gdy będą starsze, należy dorzucić im jeszcze jeden obowiązek tygodniowy, np wyniesienie śmieci.

A teraz kilka obowiązków które możemy zaproponować…

3 latkowi:
– szczotkowanie zębów (przy odrobinie pomocy)
– odkładanie brudnej bielizny do kosza
– wkładanie ubrań do pralki (pod kontrolą rodziców)
– przyniesienie posiłków na stół (pod kontrolą rodziców: niech to będzie sałatka)
– wycieranie swojej miseczki do sucha
– zbieranie swoich zabawek do koszyka/pudełka
– ubieranie się i przygotowanie ubranka na rano, do przedszkola

4/5 latkowi:
– ścieranie kurzu
– nakrywanie do stołu/sprzątanie ze stołu
– odkładanie brudnych ubrań do kosza
– opróżnianie zmywarki (pod kontrolą rodziców)

6-latkowi:
– mycie włosów (pod kontrolą rodziców)
– układanie ubrań w szafie
– wkładanie szklanych naczyń do zmywarki
– pisanie kartek świątecznych, bilecików
– pomoc przy zakupach (może nieść lekkie torby z kilkoma przedmiotami)

7/8/9-latek może już:
– opłukać po sobie umywalkę i wannę
– umyć sobie samodzielnie włosy
– zrobić sobie kanapki
– sprzątnąć podłogę i powycierać kurze w salonie
– nakryć do stołu/zebrać naczynia ze stołu
– posprzątać swój pokój, pościelić łóżko
– przygotować śniadanie
– pomóc w przygotowaniu wspólnego posiłku
– przygotować sobie samodzielnie ubranie i plecak na następny dzień

10-12 latek może:
– zrobić zakupy
– skosić trawę
– odkurzyć
– podać posiłek i sprzątnąć po nim
– pomóc młodszemu rodzeństwu w prostych czynnościach higienicznych.

Uczmy nasze dzieci, by były jak najbardziej zaradne i samodzielne. Kiedy mają trzy lata, chętnie zabierają się za przeróżne domowe prace. Wykorzystajmy ich entuzjazm i przyzwyczajajmy do tego, by po skończonej zabawie odkładały klocki do pudełka, a po posiłku odnosiły naczynia do kuchni. Stopniowo dorzucajmy nowe obowiązki i chwalmy dziecko, jeśli wykonuje je sumiennie.

ANNA FRYDRYCHEWICZ

 

Źródło:  http://mamadu.pl/121845,dziecko-i-domowe-obowiazki-nie-narzekaj-tylko-zachecaj-do-pomocy-od-wczesnego-dziecinstwa

S.O. Umysłu – Rozdział VI: Anatomia decyzji

Podejmowanie decyzji jest pierwszym z trzech wewnętrznych zasobów który rozłożymy na kawałki. Odkryliśmy już jak „decyzję definiują życie” – to co tworzy naszą tożsamość unikalną dla każdej osoby na ziemi, składającą się z całkowitej sumy wszystkich podjętych decyzji.
Decydujemy o swoich preferencjach, dalej używamy własnych granic do egzekwowania tych preferencji, dając naszym granicom kształt. W końcu przechowujemy rezultat jako informacje opisujące nasz obraz siebie. W taki sposób nasze decyzje dosłownie pomagają w naszym samo definiowaniu się.

Decyzje są czymś więcej niż definicją życia, znacznie więcej. Są też definicjami wzrostu, tożsamości i dojrzałości. Jakość naszych decyzji zaznacza jak  dojrzali jesteśmy psychologicznie i jest na to dokładny sposób aby to zmierzyć. Pokaże Ci to wkrótce. W międzyczasie nauczmy się tego, że im bardziej dojrzali jesteśmy, tym lepiej jesteśmy wyposażeni aby osiągnąć Trwałe Spełnienie – ukończenie naszej życiowej misji. Sprawdźmy jak to działa.
Jeśli byli byśmy komputerami to podejmowanie decyzji było by naszym „mikroprocesorem”. Wielu ludzi w młodym wieku jest łapanych na pewnych wzorcach odnośnie podejmowania decyzji, które odsłaniają poziom dojrzałości na którym są – nazywamy to Obroną Ego. Psychoanalitycy analizują te „niedojrzałe mechanizmy obronne” i pomagają w wzrastać bardziej dojrzałym mechanizmom obronnym

Jestem pewny, że słyszałeś o „byciu ofiarą”/”postawą ofiary”, utrzymywaniu żalu, byciu pasywno-agresywnym, byciu plotkarzem, widzeniu rzeczy w „czerni albo bieli”, obwinianiu innych za swoje problemy lub „byciu w negacji/zaprzeczeniu/oszukiwaniu siebie”. To wszystko to niedojrzałe mechanizmy obronne ego które psychoanalitycy próbują w nas przełamać.
Te niedojrzałe mechanizmy obronne są prostymi nawykami które są destruktywnym typem podejmowania decyzji. Taka osoba ma prymitywny mikroprocesor – sprawia, że robota jest wykonana w Twoim komputerze, ale w nieefektywny, prymitywny sposób.

Swoją drogą częścią Twojego celu dla zasobu – podejmowania decyzji jest podejmować je w bardziej dojrzały sposób. Robiąc tak powoduje to, że społeczeństwo nagrodzi Cię większącwolnością, drugą nagrodą z Trwałego Spełnienia.
Dla kontrastu dojrzałe mechanizmy obronne ego są jak zaawansowany wydajny mikroprocesor, który całą robotę robi dokładnie i łatwo, bez większego cierpienia.
Czekałeś kiedyś na telefonie dzwoniąc do obsługi klienta firmy komputerowej potrzebując pomocy z niemożliwym problemem który sprawił, że komputer przestał działać? Czekasz pół godziny, godzinę, a potem okazuje się, że nie mogą Ci pomóc? Sfrustrowany? Nie rób tego.
Rozwiń zaawansowany mikroprocesor dla siebie, który prawie zawsze działa doskonale i nie potrzebuje serwisowania.

Poniżej jest kilka aspektów odnośnie decyzji, których musimy się nauczyć, żeby je udoskonalić:
* Decyzje są odpowiedzialne za nasz wzrost, kiedy używamy Obserwacji Ego do ich analizy

* Cały zestaw decyzji które są podobne w swojej naturze, stają „bazą/zapleczem” lub „autopilotem” nazywamy nawykami
* Każda decyzja jaką kiedykolwiek podjąłeś była albo destruktywna, albo konstruktywna.
* Co oznacza także, że są konstruktywne i destruktywne nawyki. Są tym samym co psychoanalitycy nazywają dojrzałymi mechanizmami obronnymi ego i niedojrzałymi mechanizmami obronnymi ego.
* Destrukcyjność jest tym co nazywa się myśleniem lub zachowaniem typu wygrana-przegrana, niedojrzałością, stan bycia dzieciakiem, bycie osobą widzącą świat jako miejsce braku/niedostatku, gdzie nie ma wystarczająco dobrej waluty w obiegu.
*W tym destruktywnym stanie, zwanym także narcyzmem nie możesz czuć się dobrze dopóki ktoś inny nie czuje się źle i nie możesz być „dobrym” dopóki ktoś inny nie jest „zły”. Jest to nadużywanie siły, dziecinada, przestępczość, a nawet to co teologowie nazywają „grzechem” lub „złem” na świecie. Szczur i Zając w naszej bajce używają wyłącznie tego stanu.
* Konstruktywność jest tym co nazywa się myśleniem lub zachowanie typu wygrana-wygrana, dojrzałością, cierpliwością, zorientowanym na tworzenie grup, stanem w którym widzi się świat jako miejsce obfitości, gdzie jest wystarczająca ilość zasobów walut w obiegu dla każdego.
* W tym stanie sposobu podejmowania decyzji, osoba widzi każde działanie jako potencjalnie użyteczne dla innych, widzi szerokie i różnorodne opinie w świecie w sposób w którym „wszyscy z nas są w porządku”. W tym sensie szanują granice innych i ich niezbywalne prawo do opinii
* Jest to siła cywilizacji i moralnego wzrostu, nastawionego w kierunku wyważonego rodzaju decyzji zwanego mądrością. Żółw w naszej bajce wyłącznie używa tego stanu.
* Decyzję egzystują na spektrum funkcji karmione przez dwa pod-typy zasobów, zwane intuicja i sumienie.
* Sumienie jest wewnętrznym zasobem reprezentującym jeden koniec spektrum decyzji. Jest naszym poczuciem moralności, dobre kontra złe, etyką, zmysłem który mówi nam kiedy jesteśmy destruktywni lub konstruktywni dla innych lub otoczenia.
* Intuicja jest wewnętrznym zasobem reprezentującym drugi koniec spektrum podejmowania decyzji. Jest to nasz zmysł „bystrości” lub „obycia w świecie”. Jest to pewnego rodzaju zmysł oszacowywania różnych typów otoczenia/środowiska, aby wiedzieć które mają tendencje do bycia destrukcyjnymi dla nas, a które mają tendencje do bycia konstruktywnymi dla nas. Środkowy punkt tych dwóch nazywa się mądrością – równowaga sumienia i intuicji perfekcyjnie wyważona do wymagań otoczenia z pragnieniami które mamy w środku.
* Kiedy osiągamy mądrość, społeczeństwo chce nam dawać więcej i więcej wolności ponieważ prawie wszystko co robimy przynosi korzyść społeczeństwu poprzez zachowanie typu wygrana-wygrana.
* Później nauczymy się jak nasz zasób podejmowania decyzji łączy się z naszym intelektem, aby stworzyć intencje, pewien rodzaj znaku(celu) lub kompasu, który bezbłędnie zabierze nas do naszych celów.
* Nasz zasób podejmowania decyzji jest jak mikroprocesor komputera, potężna rzecz. Nauczysz się jak zaprojektować. siebie

Głębsze Zrozumienie Decyzji: Nasz PIERWSZY Wewnętrzny Zasób

System 6-1

Pamiętaj, każda decyzja ma destrukcyjny lub konstrukcyjny wynik – dla Ciebie lub dla innych lub dla obu stron. Destruktywne decyzje są zachowaniem, pomysłami lub emocjami typu wygrana-przegrana. Są niedojrzałe i słabego charakteru.
Konstruktywne decyzje są zachowaniem, pomysłami lub emocjami typu wygrana-wygrana. Są dojrzałe i solidnego charakteru.
Znałem raz firmę zajmującą się produkcją środków ochrony zdrowia, której dyrektor który ciągle narzekał jak bardzo nie znosi lekarzy.
Oczywiście było to za zamkniętymi drzwiami, ale było to jego prawdziwym sentymentem. Myślał, że wszyscy są chciwi, sprawiają mu trudności i żyją tylko po to aby bruździć mu w zyskach. Cóż, jego firma była raz pochwalona za wzrost na giełdzie, ale pod jego zarządzaniem firma zaczęła tracić lekarzy.

Teraz im bardziej firma krwawiła personelem lekarskim, tym bardziej dyrektor (CEO) wylewał nienawiść na tych którzy pozostali – jak to byli podstępni i chciwy by opuścić korporację.
Aż w końcu pewnego dnia stało się i firma musiała wycofać się z kilku zachodnich stanów, ponieważ zbyt wiele lekarzy słyszało co dzieje się w ich firmie.
Nawet nie musieli słyszeć tego z ust prezesa – wyczuwali to w zachowaniu jego firmy.
To jedno, samotne decyzje łącznie z prostackim językiem w stronę pracowników rozpaliło bardzo destrukcyjne nawyki u tego człowieka.

Nawyk rozrastał się dając chwilowo wyższe zyski kosztem jego źródeł czyli lekarzy dla niego pracujących.
Jednak na dłuższą metę, jego niedojrzałość zdziesiątkowała firmę.

Destrukcyjność wytworzyła negatywne momenty w jego osobistym rozwoju. Jeśli miałeś jakieś zwyżkowe ruchy i wzrost, to te negatywne momenty zwolnią i możliwe, że przyczynią się do cofania rozwoju jeśli będziesz wystarczająco destrukcyjny przez wystarczający okres czasu. Wtedy cofasz się do niższego stanu życia. W efekcie Twoja niedojrzałość sprawi, że poczujesz się „mniej żywy”.
Z innej strony, słyszałem raz o dwóch kobietach które miały do podjęcia dwie ważne decyzje – jak sobie poradzić ze śmiercią swoich dzieci. Miały wybór, aby zgorzknieć, stać się złośliwymi i popaść w niekończącą się depresje lub zrobić coś konstruktywnego i pozytywnego.
Miłość, która wlewała się w nich ze strony społeczności, dzięki czemu czuły się dobrze i uzdrowione w małej części.
Posuwając się na przód rozpoczęły zbiórki pieniężne w imieniu swoich synów – na co społeczność odpowiedziała gwałtownie. Zaczęły akcje non-profit która obecnie rozrasta się – M.A.D.D. Mother Against Drink Driving (Matki Przeciwko Pijanym Kierowcom). Fundacja która pomaga milionom, wszystko zaczęło się od konstruktywnej decyzji prowadzącej do konstruktywnego nawyku.
Konstruktywność produkuje pozytywne momenty dla Twojego rozwoju osobistego. Jeśli miałeś jakieś zniżkowe ruchy i regresje, możesz to zawrócić poprzez konstruktywność.

Pamiętaj, odkąd biolodzy definiują „życie” jako „moc podejmowania decyzji przez istotę”, podejmowanie jakichkolwiek decyzji sprawia, że istoty wzrastają i czują się „bardziej żywi i wolni”. Brak podejmowania decyzji z jakiegokolwiek powodu powoduje, że indywiduum przestaje rosnąć i czuje się „mniej żywe” nawet szybciej niż mogą to zrobić destrukcyjne decyzje powodujące regresje.

Szczur w naszej bajce nie podejmuje decyzji i szybko poczuł się mniej żywy – pewien rodzaj destrukcyjności w absentia, „Najgroźniejszy człowiek to ten który nic nie ma”.
Teraz Zając w naszej bajce jest definitywnie podejmującym destruktywne decyzje i tworzącym destruktywne nawyki. Myśli, że naprawdę „żyje na wysokich obrotach” ,ale wypala się szybko. Z kolei Żółw jest podejmującym konstruktywne decyzje w nas – jest najbardziej żywym w nas. Użyj swojej Żółwiej mocy.

Momenty są tym dzięki czemu Żółw przekroczył linię mety. Pozytywne momenty. W fizyce moment jest z klasyfikowany jako „masa, czas i prędkość”. To znaczy, że możemy budować momenty, albo przez dodanie większej „masy” do naszych zasobów, albo przez bardziej efektywne ich użytkowanie, nawet jeśli mamy mniejszą całkowitą ich „masę”.
Pomyśl o tej fizycznej idei momentu w odniesieniu do swoich nawyków. Niosą one momenty w sobie. Nawyki są gromadą różnego rodzaju decyzji, którą mają ze sobą coś wspólnego. Jeśli podjąłeś masę podobnych decyzji, wtedy masz sporą „Magę” nawyku w danym momencie. Jeśli masz tendencje aby te podobne decyzje podejmować szybko i wydajnie, masz tendencje do tego aby w przyszłości przyspieszyć ten nawyk.

Zdobywanie większej „masy”, potem możliwe, że większej szybkości z czasem da Ci więcej szans, aby zebrać nową „masę/obciążenie” do nawyku. Działa to w obydwu przypadkach zarówno pozytywnych jak i negatywnych nawykach, cykl zatacza kręgi raz po raz, z każdym kolejnym razem jest lepiej lub gorzej.

Nawyki: Automatyczne Powtarzalne Decyzje

System 6-2

• To co prowadzi do konceptu momentu nazywane jest nawykiem, tak długo jak wygrana-przegrana (destruktywność) stoi w opozycji to wygrana-wygrana (konstruktywność).
• Nawyki są zestawami automatycznych decyzji szczególnego rodzaju.
• Naturalna historia wygranych-przegranych destruktywnych nawyków prowadzi do negatywnych momentów, które społeczeństwo lub Twój zespół będzie miał tendencje do odrzucania jako (wygrana-przegrana) destrukcyjne zachowanie np. przestępczość.
• Naturalna historia wygranych-wygranych konstruktywnych nawyków prowadzi do pozytywnych momentów, które społeczeństwo lub Twój zespół będzie miał tendencje do wspierania (wygrana-wygrana) konstruktywnych zachowań np. „służebne przywództwo”

Pomyśl o tym przez chwilę. Możemy popełniać błędy a potem podejmować nowe rodzaje decyzji przy następnej próbie, regulując nasz kurs w drodze do wyznaczonego celu. Robiąc to jest to koncept z nauki i matematyki zwany powtarzaniem[iteration]. Powtarzanie w matematyce jest sposobem na zbliżenie się do ważnego celu używając niewielkich zmian w „formule” która hipotetycznie zaprowadzi nas do wartości której chcemy. To znaczy, że jeśli weźmiemy za cel zmiany w naszym życiu i mamy teorie jak coś zmienić, dajemy jej szanse w wielokrotnych próbach.
Nauczymy się później o koncepcie intencji w kierunku celu.
W intencji, najpierw używamy Obserwacji Ego do mierzenia rezultatów, dalej uczymy się z nich, a jeszcze później delikatnie dopracowujemy nasze przyszłe działania do następnej rundy. Rób tak do czasu aż będziemy mieć rzetelną formułę która działa w naszym życiu – która może być używana i za każdym razem przeniesie taki sam efekt.

Dziennik/pamiętnik jest wspaniały do tego celu.

Kiedy użyliśmy powtórzenia jako narzędzia do doskonalenia naszej formuły sukcesu, nasze decyzje zaczną rutynowo dawać nam dobre efekty w życiu – otoczenie jest dla nas konstruktywne. Wtedy pozwalamy formule zacząć działać w tle na „autopilocie”. Powtórzenie doprowadziło nas do konstruktywnego nawyku. Więc w pewnym sensie, przeciwieństwo – destrukcyjne nawyki – pochodzą ze stopnia bezmyślności wobec decyzji które podejmujemy bez Obserwacji Ego do analizy i uczenia się z nich.

Niedojrzałe kontra Dojrzałe Mechanizmy Obronne Ego

Odkąd mówimy o Systemie Operacyjnym ludzkiego umysłu, chcę abyś zaczął myśleć matematycznie tak samo jak naukowo. Przed końcem tej książki zrozumiesz jak wszystkie ludzkie umiejętności i zachowania mogą być zredukowane do formuł i równań.
To jest dobre. Jeśli możemy zrozumieć siebie matematycznie to znaczy, że możemy mierzyć nasze zachowania i używać formuł z powtórzeniami, aby je naprawić.
Mechanizmy obronne ego są jak układy scalone naszego komputera. Są podobne do programów komputerowych z tym, że nie mogą być tak łatwo zmienione lub przeprogramowane – nie bez przebudowy całego nowego mikroprocesora. To dlatego ludzie chodzą do psychoanalityka – aby dostać nowy sprzęt bez środków medycznych.

Dla Twojego zrozumienia poniżej znajduje się pierwszy zestaw równań:
Mechanizmy obronne ego = Zachowania = zbiory decyzji pewnego rodzaju
Niedojrzałe mechanizmy obronne=Destruktywne nawyki=Destruktywny „autopilot” = Dziecinność = Narcyzm = Kryminalność = Zło = „Grzech”

Aby wziąć coś pozytywnego z tych równań absolutnie potrzebujemy umiejętności Obserwacji Ego do zmian w naszych nawykach i transformacji ich natury. Dokonanie tego wymaga umysłu w chwili obecnej do wprowadzania zmian.

Dojrzałe mechanizmy obronne=Konstruktywne nawyki = Konstruktywny „autopilot” dzięki uwadze Obserwacji Ego = Duchowe Oświecenie = Cnoty = Dobro = Prawość

Proces przebiega od nieświadomego „Autopilota” do świadomej Obserwacji Ego, poprzez wewnętrzną pracę nad decyzjami, aby zmienić je na bardziej konstruktywne z wystarczającą ilością praktyki budujemy wystarczającą „masę” naszego momentu we właściwym kierunku. Potem wracamy na „Autopilota” z nowym konstruktywnym nawykiem.
Przykłady niedojrzałych mechanizmów obronnych ego to:
widzenie rzeczy w „białych lub czarnych kolorach”, negacja/wycofanie, plotkowanie, obwinianie innych (projekcie i wypieranie), problemy z władzą, wstrzymywanie żalów, masochizm (obwinianie siebie zamiast zmienianie siebie) i zależność, która niesie ze sobą brak nadziei beznadziejność oraz bezradność.

W skład tego wchodzi:
*Kłamanie
*Kradzieże
*Uzależnienia
*Oczernianie
*Rezygnacja
*Zemsta
*Martwienie (robienie z igły wideł)
*Zazdrość
*Tchórzostwo
*Żałowanie
*Wszystkie „siedem grzechów głównych”
*Agresja
*Sadyzm
*Manipulowanie
*Jakiekolwiek destruktywne sposoby zachowania typu wygrana-przegrana, które krzywdzą lub wykorzystują innych dla własnej korzyści

Widzisz dlaczego wszystkie nazywane są „obroną” – „ochrzaniają” innych zanim inni będą mieli szanse „ochrzanić” ich.

Niedojrzałe mechanizmy obronne ego są swego rodzaju decyzjami które często połączone są z dziurami w granicach osobowości, jak to już przedyskutowaliśmy w sprawie negacji, gdzie zdecydowaliśmy się patrzeć na terytorium poza naszymi granicami i to, że ktoś należy do naszej kontroli, kiedy w rzeczywistości do niego nie należy.

Dojrzałych mechanizmów obronnych jest mniej i zawierają:
*Altruizm
*Humor
*Powstrzymanie (czekanie na działanie do czasu aż nadejdzie właściwy czas)
*Sublimacja (wzięcie niekontrolowanych sytuacji i przepracowanie naszych energii oraz ich zamiana na to co kontrolujemy)
*Przewidywanie (przygotowanie na przyszłe zagrożenia, adaptacyjna droga do ich minimalizacji)
*Asertywność (branie tego co chcesz bez krzywdzenia innych)
*Odwaga ( stawianie czoła lękom, zmianom, ryzyku, robienie „właściwych rzeczy” bez względu na dyskomfort jaki powodują)

Zauważ jak wszystkie niedojrzałe mechanizmy obronne ego mają dwie rzeczy wspólne – są nawykami z metodami typu wygrana-przegrana i słabe funkcje granic osobowości (dziury lub mury).

Dojrzałe mechanizmy obronne są nawykami z metodami typu wygrana-wygrana i są połączone z dobrymi funkcjami granic, czyli mają drzwi zamiast dziury lub mury.

Wróg Mocy Decyzyjnej: Patologiczny Narcyzm

System 6-3

W miarę jak rośnie nasza psychologiczna dojrzałość przemieszczamy się z prawej do lewej według powyższego diagramu.
Obserwacja Ego wspomaga ten proces. Jak wiesz, rysując ten diagram samodzielnie automatycznie praktykujesz Obserwacje Ego – Ty patrzysz na siebie. Wszystkie dziecięco-wyglądające charakterystyki są po prawej, a dojrzałe myślenie po lewej.

Zauważ, w jaki sposób możemy stać się całkiem dobrzy w analizie własnych mechanizmów obronnych ego lub nawyków dzięki umiejętności Obserwacji Ego jako naszego własnego „trenera”.
Zauważ, jak możemy uprościć nasz rozwój przez symbolizowanie wszystkich tych dzikich nawyków/przyzwyczajeń do terminów wygrana-przegrana i wygrana-wygrana. Czy Twoje nawyki są korzystne zarówno dla Ciebie jak i innych?
Następnie czy są one konstruktywne i dojrzałe. Czy Twoje nawyki są korzystne tylko dla Ciebie? Albo korzystne tylko dla innym? Następnie czy są one destruktywne i niedojrzałe. Symbole wygrana-wygrana i wygrana-przegrana mogą oznaczać całą listę – tysiące rodzajów zachowań – wszystko pod jednym pojęciem.

Poprzez myślenie symbolami, możemy uprościć wszystko w psychologii. Nie musimy znać szczegółów sytuacyjnych, jeśli zawsze zadajemy sobie pytanie, czy nasze nawyki lub działania są typu wygrana-wygrana.

Teraz nadszedł czas, aby dowiedzieć się o niesamowitym matematyku, który zapoczątkował badania w obszarze ekonomii zachowania – John Forbes Nash, przedstawiony w filmie Piękny Umysł.

Teoria gier i „Równowaga Nasha” w podejmowaniu decyzji

Przejście na następny poziom w naszym zrozumieniu decyzji pomoże w odnalezieniu znaczenia ostatniego diagramu. Kolejny poziom jest o tym jak jedna osoba decyduje – rozgrywa w grupie ludzi.
Prawie nigdy nie podejmujemy decyzji, które by nie miały wpływu na innych ludzi – tak więc wysłanie prostej wiadomości może albo zarazić ich system negatywnym wirusem lub rozjaśnić ich dzień miłym słowem!
John Nash był pionierem w dziedzinie matematycznego obszaru ekonomii o nazwie teoria gier. Jest to obszar nauki społecznej, która dotyczy zachowania gospodarczego grup osób zajmujących się handlem. Jednak w S.O. Umysłu, równowaga Nasha jest kamieniem węgielnym tłumaczącym ludzkie zachowania na język matematyki.

Chciałbym wziąć to nawet ponad to i przekształcać zachowania w matematycznie dokładne wizualne diagramy! Teoria gier i Równowaga Nasha są cudami nowoczesnej myśli w istocie, bo według mnie pomysły Nash’a są proste, pierwszy matematyczny dowód duchowego prawa – mianowicie naukowy dowód na karmę/przeznaczenie! Słyszałem o tym stwierdzeniu wcześniej w starym powiedzenie „to co przychodzi, odchodzi/what comes around goes around.””
Nash używał matematycznej idei powtórzeń do przybliżonych wzorów, które wyjaśniają ludzkie zachowania konfliktu i negocjacji. Jeśli formuła może być udowodniona matematycznie, to można się na nią powołać ponownie i ponownie i oczekiwać takich samych wyników w interakcjach społecznych. Czy to nie ciekawe, jak stara, a nawet starożytna „powszechna mądrość” czasami kończy udowodniona przez naukę i matematykę?

Oto co Nash mówi, w jego „Równowadze”. Studiował studentów na uczelni w modelowej grze określanej jako Dylemat Więźnia – gra, w której dwóch przeciwników przeciwstawia się w pseudo-śledztwie przez organy ścigania. Chodzi w niej o to, że obaj byli współwinni zbrodni, ale zatrzymani i przesłuchiwani oddzielnie.
Teraz haczyk, że nie było zasad tej gry. Jeśli przyznasz się do zbrodni, a Twój partner w zbrodni zaprzeczy, on będzie wolny, a Ty pójdziesz do więzienia . W przypadku gdy Ty się nie przyznasz do przestępstwa, a on się przyzna, to on pójdzie do więzienia. Jeśli przyznacie się oboje, to obydwoje dostaniecie wyrok, a jeśli oboje zaprzeczycie, oboje dostaniecie krzesło.
Więc uczniowie pracowali nad mentalnością i zamiarami swój kumpli. Czy to nie jest tak jak dwóch znajomych w biznesie – którzy mają bardzo prywatne granice – każdy zawiera swoje przekonania o świecie oraz o ich potencjalnym partnerze biznesowym?
Teoria Nasha była żywo opisana w filmie o jego życiu.
Piękna dziewczyna weszła do pomieszczenia w towarzystwie mniej urodziwych przyjaciółek. Teraz jeśli wszyscy kawalerowie podeszli by do najlepiej wyglądającej dziewczyny, wszyscy stracą w tej grze społecznej – zbyt duża konkurencja dla jednej dziewczyny, a inne dziewczyny były by obrażone, bo nikt nie lubi być „drugą najlepszą.” Jeśli jednak nikt nie poszedł by do najładniejszej dziewczyny, a wszyscy połączyli by się z mniej urodziwymi dziewczynami, to większość ludzi w pomieszczeniu osiągnęła by szczęście w interakcji społecznej – cele osiągnięte.

Teoria mówi, że „w jakimkolwiek współzawodnictwie, najwyższa wartość jest osiągana, gdy ktoś robi zarówno to, co jest najlepsze dla siebie jak i dla grupy jednocześnie. To jedyny sposób na aby „każdy wygrał”.
Tak oto narodziła się idea wygrana-wygrana.

W swoich badaniach Nash odkrył, że uczniowie tworzyli strategie opierające się wyłącznie na tym, co mieli we własnych głowach – ich światopogląd – a nie na obiektywnych dowodach w otoczeniu/środowisku. Jak mogłoby być inaczej? Eksperyment usunął wszystkie obiektywne dowody z środowiska. Po wszystkim byli oni „przesłuchiwani” w oddzielnych pomieszczeniach i nie mogli wiedzieć co inni myśleli. Brzmi znajomo? Jak typowa oferta biznesowa? Albo zakup nowego samochodu? Albo nawet w odniesieniu do współmałżonka? Nigdy nie jesteśmy w stanie wiedzieć co inna osoba dokładnie myśli, ani w co dokładnie wierzy.

Chociaż Nash nie połączył kropek/punktów w swoim czasie z zakresu psychoanalizy, to te tajemnicze strategie które studenci wymyślili w swoich głowach nie były niczym innym niż nawykami myślowymi i zachowaniami zwanymi jako mechanizmy obronne ego.
Uczestnicy gry rzeczywiście odsłaniają swoje nagie mentalne wnętrzności podczas gry.
Pokazują gołe Mechanizmy Obronne Ego.
Dwie główne strategie pojawiły się na spektrum funkcji – brzmi znajomo?

Na jednym końcu byli głownie Ci którzy używaliby „Złotej zasady” – uczniowie którzy często przyznawali się do przestępstwa z dobroci ich własnych serc. Byli gotowi oddać swoją wolność, tak aby druga osoba mogła być wolna, możliwe, że oczekiwali tego, że w jakiś magiczny sposób zostaną wynagrodzeni za odgrywanie roli ofiary. Pozwalali sobie „przegrać” po to, aby partner mógł „wygrać” lub po prostu „rezygnowali z dalszej gry” z powodu frustracji.

Zachowanie typu wygrana-przegrana tak jak zwierzak w naszej bajce – Szczur.
Ci uczniowie szybko przegrywali grę. Nigdy nie zostali nagrodzeni za odgrywanie głupca lub męczennika. Brzmi znajomo do twoich doświadczeń w karierze lub interesach? Czy istnieje jakaś natychmiastowa nagroda gdy oddasz swój awans, bonus, własną firmę innym osobom gdy podpiszesz umowę? Nie. To podejście wykorzystuje „zbyt duże sumienie” i dziury w granicach osobowości.

Na drugim końcu spektrum strategii studenci mogliby wykorzystać to, co niektórzy nazywali „Żelazna Zasadą” lub „oko za oko” ( która jest dominującą strategią w biznesie dzisiaj, prawda?).
Ci studenci zazwyczaj zaprzeczą przestępstwu za każdym razem. Z każdym powtórzonym przesłuchaniu, mieli nadzieję na to, że ich partner na pięćdziesiąt procent podda się i przyzna – aby zdobyć warunkową ugodę.
Studenci kierujący się „Żelazną Zasadą” myśleli, że mogą skorzystać z tych danych statystycznych. Jednak w rzeczywistości gracze byli informowany o wyniku każdego z szeregu przesłuchań – tak więc ich przeciwnik czasami mógł zmienić podejście. Ta strategia żelaznej zasady również była również trybem gry typu wygrana-przegrana, ale ze względu na agresję tego trybu Ci którzy go używali przynajmniej chwilowo odnosili serię zwycięstw.

W końcu ich agresywne, metody „podcinanie gałęzi na której siedzieli” mogły być wychwycone przez przeciwnika-przyjaciela i odcięte – spotkanie z tą samą Żelazną Zasadą z powrotem. „Oko za oko”, która doprowadziłaby do krzesła elektrycznego. Tymczasowy „wysokie” wygrane, ale ewentualne straty dla obu graczy. Wszystko przez używanie ścian w granicach osobowości przyjmowania podejścia bardzo konkurencyjnego, Zając w naszej historyjce – za „sprytny”, ze zbyt dużą intuicją.
Kiedy ta metafora została  zastosowana do biznesu, stało się jasne, że ani Złota Zasada ani Żelazna Zasada nie były zwycięskimi strategiami z długo terminowymi korzyściami dla wszystkich graczy. Złota Zasada działa tylko gdy każdy gracz w systemie robi to za każdym razem. Żelazna Zasada daje tylko tymczasowe szybkie i pewne wygrane w biznesie. Podejmowanie decyzji w grupe miało mieć inne rozwiązanie, które dało najlepsze rezultaty. To była strategia typu wygrana-wygrana którą używał Żółw w naszej bajce.

Połowa drogi między Złotą Zasadą a Żelazną Zasadą była punktem równowagi. Gdy próbujesz kompromisu, jak faceci w filmie podchodząc do mniej urodziwych dziewczyn.
Najlepszy wynik w Równowadze Nash’a nastąpił gdy osoba spotkała się z agresją, podporządkowała się do Żelaznej Zasady, a potem z łatwością powracała Złotej Zasady gdy przeciwnik-przyjaciel zmienił i robił właściwe rzeczy – konstruktywne rzeczy – „wybaczyć i zapomnieć.” Krótko mówiąc słowami Tedda Roosevelta „mów cicho, ale noś ze sobą duży kij”.
Z biznesowego punktu widzenia można to nazwać tak, że najlepsze efekty uzyskasz gdy używasz „zarówno marchewki jak i kija ” gdy są one potrzebne.

Ta strategia waha się w przód i w tył w Równowadze Nasha, jest taka sama jak stosowanie dojrzałych drzwi w granicach osobowości, w połączeniu z konstruktywnym podejmowaniem decyzji – jak pół przepuszczalne błony komórkowe. Najlepszy do uzyskania wynik w biznesie z Równowagi Nasha jest taki sam jak najlepszy wynik w polityce i biurze – otwarcie drzwi na konstruktywność i zamknięcie destruktywność.
Chciałbym dodać, że dwa końce spektrum są bardzo ważne, ponieważ są one czystymi klasami zachowań. One całkowicie wyjaśniają nasze umiejętności podejmowania decyzji – sumienia i intuicji!

Sumienie używa zbyt dużo Złotej Zasady na jednym końcu spektrum – za dużo naiwności aby pasowało do środowiska społecznego.

Intuicja używa zbyt dużo Żelaznej Zasady na drugim końcu spektrum, zbyt dużo sprytu i amoralności pasujących do okoliczności. Mądrością nazywamy używanie ich obydwu w odpowiednich warunkach.

Więc jest spektrum podejmowania decyzji w grupach ludzi (nad którym później spędzimy teraz trochę czasu).

Po prostu sumienie będziemy uznawać jako wewnętrzny zmysł tego, że robimy dobrze albo źle, jesteśmy konstruktywni lub destruktywni.

Intuicja jest wewnętrznym zmysłem tego czy środowisko jest destruktywne czy konstruktywne dla nas oraz faktycznym ustaleniem faktów.

Rodzaje Decyzji

System 6-4

Uczniowie którzy używali Złotej Zasady nie mieli wystarczająco dużo intuicji, aby wiedzieć, że czasami ich przeciwnik-przyjaciel wykręca im numer – naiwne z ich strony. Studenci którzy używali Żelaznej Zasady nie mieli wystarczająco dużo świadomości społecznej, aby wiedzieć, że podczas dokopywania przeciwnikowi-przyjacielowi z taką agresją, ostatecznie pokonają siebie zbyt wrogim sposobem negocjacji.

„Jesteśmy światem” po wszystkim. Potrzebujemy siebie nawzajem w dłuższej perspektywie, choć konkurujemy na krótką metę. Tak więc jedynym sposobem, aby „wygrać” grę życia jest bycie takim jak Żółw i dążyć w naszych działaniach, aby odnosić korzyści dla siebie i innych osób jednocześnie. Mądrość leży po środku, balansuje pomiędzy.

System 6-5

Wyobraź sobie, że właśnie się urodziłeś, jesteś żywy i masz decyzje do podjęcia. Są one dość toporne i na początku podejmujesz je metodą prób i błędów – popełniasz dużo więcej błędów niż zamierzałeś? Robimy kupę w miejscu i czołgamy się do gorącego pieca, aby uzyskać „Ała” dotknąć gniazdka elektrycznego, aby otrzymać „Bzzz” w naszym palcu, który jest emocjonalnie „szokujący” o ile nie fizycznie. Będziemy trzymać nasze palce w słoiku aby zobaczyć ten dziwny olbrzymi kształt zwany „ręką mamusi(chodzi o klapsa)” który dziwnie powoduje nam ból.
Ręce mamy uczą nas, że za każdym razem gdy robimy to ręka ( i ból) spotyka nasz tyłek. Nic z tego nie ma sensu – to tylko powoli zmienia jakie będą nasze następne decyzje.

Dalej wyobrazić sobie, że gdy się rodzimy, mamy niejasne wnętrze, granice osobowości są rozmyte, posiadamy zestaw dwóch zbiorników – nazywamy pierwszy z nich  „sumienie „, a drugi „intuicją”. Powiedz mi: czy są one pełne czy puste w chwili naszych narodzin? Są puste.
(Należy pamiętać, że przez intuicję, nie mam na myśli instynktu zwierzęcego lub odruchu. Nie ma wyższego rzędu procesów instynktu niż ten który jest wbudowany w nas jak refleks, który odciąga naszą rękę od gorącego pieca. Chodzi mi intuicje której można się nauczyć jako umiejętności, poczucie które powstaje w nas zanim podejmiemy przedsięwzięcie w środowisku lub spróbujemy czegoś nowego.)

Idziemy dalej – w momencie naszego urodzenia mamy puste zbiorniki z tymi dwiema rzeczami. Jednak to samo życie wypełnia nas nowym sumieniem i intuicją. Życie jest niekończącą się serią decyzji – każda nowa decyzja jaką podejmujemy może zmienić strukturę naszego mikroprocesora, jeśli rzucamy okiem Obserwacji Ego na ten proces.
Z każdą decyzję jaką podejmujemy wynik może być albo destruktywny albo konstruktywny, jakkolwiek każda decyzja którą podejmujemy napełnia nas odrobiną nowego sumienia i intuicji. Jesteśmy nagradzani za każdą decyzje jaką podejmujemy, bez względu na wynik!

Tak właśnie poprzez podejmowanie własnych decyzji, nasz „mikroprocesor” ewoluuje!
Ten aspekt podejmowania decyzji – to, że mamy samo rozwijający się mikroprocesor z racji bycia żywym i rozwijającym się, jest być może najważniejszą rzeczą, oprócz istnienia emocji, który oddziela nas od komputerów.

Jesteśmy żywi, a komputery nie są. Mamy zdolność do uaktualniania własnego mikroprocesora, a dzisiejsze komputery nie mogą tego zrobić.
Zmysł sumienia naszych wewnętrznych motywów, który mówi nam czy decyzje są dla nas destruktywne ( wygrana-przegrana) lub konstruktywne (wygrana-wygrana). Komputery nie wiedzą, co jest moralnie dobre, a co złe, więc komputery nie mogą mieć etyki. Tylko my możemy. Tak samo jest z naszą intuicją.

System 6-6

Zmysł intuicji jest poczuciem tego czy środowisko jest wobec nas destruktywne (wygrana-przegrana) lub konstruktywne (wygrana-wygrana). Podczas gdy my możemy poprawić naszą własną intuicję z każdą kolejną decyzją, komputery nie mogą. One nie mają umiejętności Obserwacji Ego. (Pomyśl o komputerach, że zawsze funkcjonują na „automatyczny pilocie”).

Innym powodem dzięki któremu definicją życia jest to, że „podejmujemy decyzje” wynika z faktu, że będąc twój umysł jest w chwili obecnej (tu i teraz), nie możemy stracić czegokolwiek podejmując jakąkolwiek decyzje. Rozwijamy tą ciekawą rzecz o nazwie intuicja po prostu przez podejmowanie wielu decyzji i uczenia się z nich poprzez próbowanie zróżnicowanych środowisk/otoczenia.

Dlaczego ? Ponieważ każdy rodzaj decyzji – Żółw, a nawet Zając – powoduje, że rośniemy psychicznie z racji wypełniania naszych zbiorników sumienia i intuicji. Wypełniamy o nowe informacje na temat moralności i przenikliwości.
W 2001 roku ukazał się remake niezwykły film o nazwie The Count of Monte Cristo. Historia ta oparta jest na prawdopodobnie najlepszej powieści wszechczasów, napisana przez Aleksandra Dumas’a . W książce bohater, Edmund Dantes, zaczyna swoje życie z „dobrym sercem”, ciekawy świata prawie jak dziecko, otwarty na ludzi i pełny dobrej etyki. Awansuje w swojej karierze żeglarza i zostaje kapitanem statku, ale inni są zazdrośni o jego reputację, a zwłaszcza o jego piękną narzeczoną. Wykorzystują jego naiwność, zdradzają i wrabiają w morderstwo którego nie popełnił.

W więzieniu przez czternaście lat, Edmund zaprzyjaźnia się z innym współwięźniem, kapłanem, który uczy go sprytu „obycia w świecie” jakiego nie miał. Kapłan przed śmiercią daje mu mapę skarbów do najcenniejszego skarbu jaki kiedykolwiek znany był ludzkości. Uzbrojony w nową „przenikliwą” wiedze, Edmund ucieka z więzienia, staje się bogatszy niż ktokolwiek kiedykolwiek słyszał i szuka zemsty na swoich byłych wrogach.
Co takiego Edmund Dantes wytworzył w czasie tych czternastu lat pobytu w więzieniu? Na początku przez pożyczenie, a następnie pielęgnowanie tego? Intuicja. Bardzo brakowało mu intuicji na temat tego jak różne środowiska mogą zaskoczyć go różnymi problemów i wyzwaniami – za „bardzo” nastawiony na sumienie, które jest nadmiernie opiekuńcze i wrażliwe na innych.

„Mapa skarbów” jest metaforą przewodnika w rozwoju charakteru, a „najbogatszym skarbem znanym człowiekowi” jest metaforą dla nagrody jaką jest Trwałe Spełnienie za trwały wzrost charakteru/osobowości. Edmund Dantes popełniał jeden dziecinny błąd – posiadał braki w intuicji. Ale okazało się, że mapa skarbów do dojrzałej męskiej mocy jest o wiele bardziej wartościowa niż materialny skarb Monte Christo. W pielęgnowaniu swojego charakteru szybko stał się „starą duszą”.
Czy kiedykolwiek myślałeś o różnych rodzajach „starzenia się”? Jest wiek chronologiczny, który wszystkie nasze prawa oceniają jako normy moralne związane z nim związane – nieletni różnią się od dorosłych. Jest jeszcze „wiek ” który jest w środku, w naszej psychice i duchowości. Czy zauważyłeś, że psychologiczny i duchowy wiek ludzi rzadko pasuje do naszego wieku chronologicznego?

Każdy miał szefa, który nie mógł zachowywać się z psychologiczne punktu widzenia wyżej niż 14 lat lub brata którzy nie mógł zachowywać się więcej niż na 20 lat mimo że jest 50 latkiem lub znajomego, który jest jak „dziecko uwięzione w ciele kobiety”, czy gorzej, małżonka który ma 40 lat na zewnątrz, ale tylko 12 lat wewnątrz.

Psychologiczny wiek nie jest zgodny z wiekiem chronologicznym. Jest to spowodowane
tym co nazywa się „areszt rozwojowy”, gdzie ktoś się „złapany” od czasu do czasu i unieruchomiony na pewnym poziomie dojrzałości pomimo tego, że czas chronologiczny nadal biegnie. Czy to nie jest coś dziwnego, że sądzimy dorosłych przestępców przy pomocy dorosłych norm, chociaż każdy jeden z nich jest tak naprawdę dzieckiem w środku z dziecinnymi mechanizmami obronnymi ego lub nawykami decyzyjnymi?

Powiedzmy, że naprawdę chcesz milion dolarów. Masz wybór, czyż nie? Możesz korzystać ze wszystkich charakterystyk dzieciństwa – natychmiastowe zadowalanie/gratyfikacja, destruktywność, myślenie typu wygrana-przegrana które widzi świat jako miejsce niedoboru, lekceważenie innych, egoizm, brak szacunku, brak dyscypliny oraz pomysły w stylu napad na bank.
Alternatywnie można użyć dorosłych mechanizmów obronnych ego i metod – cierpliwość, opóźniona gratyfikacja, samoświadomość (Obserwacja Ego) i samodyscyplina, wygrana-wygrana, konstruktywne myślenie, poszanowanie innych i idea pracy zespołowej powoli budując biznes, podczas poświęceń – wszystko do dojrzałego starania się zdobycia miliona dolarów w ciągu 10 lat . Tylko może okazać się, że prawdopodobnie zarobisz 10 milionów.

Cała przestępczość jest dziecinna jak widzisz, co za tym idzie cała destruktywność jest dziecinna – nawet wojny. Dojrzałość wyprowadza z bycia „uwięzionym” w swoim obecnym życiu – do wolności, której duchowo ewoluującym dorosłym sprawia przyjemność. Mądrość.

Z powodu strasznej słabości ludzkiej którą jest „zahamowanie rozwoju” ma miejsce coś co można nazwać dryfowaniem wśród populacji. Jak myślisz na jaki „psychologiczny wiek” jest w stanie wychować rodzic swoje dzieci, który sam ma 15 lat? To prawda na 15 lat. Jak wychowa rodzic swoje dziecko, którego wewnętrzny wiek to 21 lat? To prawda na 21 lat. Jeśli te dzieci wychowają dzieci, a być może im przytrafi się „zahamowanie rozwoju” – jaką dojrzałość pomogą im osiągnąć? To prawda, nawet mniej niż 15 lub 21 lat.

Z wyjątkiem istnienia czego?

To prawda – umiejętności Obserwacji Ego, która pomaga rozwijać się tak szybko, jak tylko możesz dać radę.

Wszystkie siły w życiu, które nas blokują przed myśleniem w czasie teraźniejszym promują dryfowanie po równi pochyłej w społecznej dojrzałości. Nawet całe terytoria świata mogą mieć obniżoną duchowo-psychiczną dojrzałość od średniej z innych obszarów świata. Siły wywołujące to powodują na przykład to, że jest tak wiele miejsc pracy w których nigdy nie masz wolnego czasu, a nawet nie masz jak zjeść z kimś wspólny posiłek. Obejmują one również sporo reklam i bezmyślnej rozrywki na które zwracasz uwagę zamiast na swój własny samorozwój osobisty. Jeszcze inne siły, które sprawiają, że edukacja i leczenie zdrowia psychicznego są zbyt drogie, a nawet sama obecność choroby psychicznej jak Stres Pourazowy (PTSD) i depresja, które „zamykają/blokują” Cię w przeszłości – lub zaburzenia lękowe, które „zamykają/blokują” Cię w martwieniu się o przyszłość.

Zablokuj umiejętność Obserwacji Ego i zatrzymasz podejmowanie decyzji jak Szczur.
Zatrzymałeś rozwój i stałeś się mniej żywy – skazany na uwięzie w tym co nazywa się Wyścig Szczurów, gdzie nie możesz rozwinąć mądrości aby się uwolnić.

Mądrość jest tym czego wszyscy potrzebujemy – doskonała równowaga sumienia i intuicji. Jeśli czytałeś książkę lub widziałeś film „Ja, Robot” nauczyłeś się jak to jest niemożliwe dla komputera mieć mądrość. W tym filmie, roboty były prowadzone przez trzy prawa:
*Nie szkodzić człowiekowi przez agresję lub przez zaniedbanie,
*Wykonywać polecenia ludzi chyba, że skierowane są na robienie krzywdy,
*Nie wolno dopuścić do własnej szkody/uszkodzenia chyba, że koliduje to z dwoma pierwszymi prawami.

Częścią problemu z komputerami lub robotami, które w zasadzie są „zaprogramowanymi autopilotami” jest to, że są zbiorem wbudowanych „zachowań”. Te trzy prawa są zachowaniami/nawykami, które działają na autopilocie. Nie ma możliwości Obserwacji Ego ponieważ komputery nie mają poczucia przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. One nie mają lewo-półkulowego lub prawo-półkulowego myślenia o czasie oraz „wolnej woli” lub „duszy”.
Tylko istoty z duszą i wolną wolą mogą mieć sumienie, intuicje i ostatecznie mądrość.

System 6-7

• Spektrum podejmowaniu decyzji posiada sumienie na jednym końcu i intuicje na drugim.
• Sumienie jest to wewnętrzne poczucie tego co dobre i złe, czy też wybieranie bycia destruktywnym (wygrana-przegrana) lub konstruktywnym (wygrana-wygrana).

• Intuicja jest wewnętrznym poczuciem tego czy konkretne środowisko, które wybrałeś może być destruktywne (wygrana-przegrana) lub konstruktywne (wygrana-wygrana) w stosunku do Ciebie.

Wolność jest pochodną równowagi sumienia i intuicji, którą nazywamy mądrością. Ta mądrość jest skarbem Monte Christo, drogą Edmunda Dantesa i drogą Żółwia w naszej oryginalnej bajce. Jak już dowiedzieliśmy się o mądrości, społeczność wokół nas szanuje nasze decyzje wystarczająco dobrze, aby dać nam jeszcze więcej wolności, bo wszystko co robimy przynosi korzyści każdemu w naszym otoczeniu. Zarówno nam jak i innym – wygrana-wygrana.
W przemówieniu którego udzielają nam linie lotnicze o maskach tlenowych, które spadną w dół, jeśli opadnie ciśnienie w kabinie, zawsze mówią, aby umieścić je na swojej twarzy zanim nawet pomożemy zrobić to dzieciom. Dlaczego? Ponieważ to jest mądrość.

Gdybyśmy mieli dać naszą maskę jednemu dziecku – uratować dziecko ale tracąc własne życie – co w tym dobrego jeśli mogliśmy uratować o pięć więcej dzieci i siebie przez umieszczenie maski na własnej twarzy w pierwszej kolejności? To byłoby głupie. Byłby to brak w intuicji o niezwykłym środowisku z niskim poziomem tlenu w którym się znaleźliśmy – jedno z tych których nigdy nie byliśmy świadkami do tej pory lub nie będziemy ponownie. Nasze sumienie było by moralnie absolutne, kierowane Złotą Zasadą, ale bylibyśmy również naiwni i możliwe, że nasz dobry czyn ostatecznie mógłby się źle skończyć.

Kiedy jesteśmy naiwni i brakuje nam intuicji nie jesteśmy w stanie gromadzić wsparcie od innych, aby pomóc nam w naszych dobrych uczynkach. Zamiast tego, wyglądamy głupio, niemądrze i bezsilnie idealistyczne – wsparcie społeczności wyparowuję.
Z drugiej strony co jeśli byśmy walczyli o jedyną działającą maskę w samolocie – walczyli o nią nawet z pilotem – jaka byłaby nasza sytuacja jeśli samolot zaczął by opadać po tym jak pilot by zmarł? Uratowaliśmy siebie na kilka minut i co dalej, nasze działanie uniemożliwiło by pilotowi zejście na niższy pułap w środowisko bogatsze w tlen, bliżej powierzchni Ziemi. Ta głupota byłaby Żelazną Zasadą w akcji – wygrana-przegrana – tymczasowe zwycięstwo skazane na długoterminowy upadek.

Mądrość jako stan równowagi pomiędzy sumieniem a intuicją w podejmowaniu decyzji.

Co jeśli miałbyś decyzję do  podjęcia, a pytanie brzmi: „czy powinienem strzelać z pistoletu?”
Czy jest na to pytanie prawidłowa odpowiedź? Nie! Zależy nie tylko od Ciebie, ale i od kontekstu i otoczenia w którym podejmowana jest decyzja oraz moralna sytuacja.
Co jeśli dodamy „czy powinienem powinienem strzelać z pistoletu na przedmieściach?” Cóż, prawdopodobnie odpowiedź będzie prawdopodobnie na nie. Jeśli zdecydujesz się użyć broni istnieje prawdopodobieństwo, że będzie to destruktywna decyzja pochodząca ze słabego sumienia (nie dbasz o dobrostan sąsiadów), albo słabej intuicji (nie byłeś wystarczająco bystry, aby wiedzieć, że przedmieścia są kiepskim środowiskiem do podjęcia takiej decyzji).
Ale co jeśli nie dodamy „czy powinien strzelać z pistoletu, jeśli jestem członkiem Sił Specjalnych w czasie bitwy?” Cóż, odpowiedź prawdopodobnie będzie na tak. Będziesz dobrze wyszkolonym żołnierzem – aby nie używać broni w sposób, który może być uznany za tchórzliwy i destruktywny dla siebie, dla Twoi współtowarzyszy i kraju. Nie użycie broni może ukazać słabe sumienie. Także słaba intuicja wskazywała by na brak bystrości i wiedzy o środowisku w którym obrona własnego bezpieczeństwa i innych może wymagać użycia broni.

Niektórzy ludzie są nazbyt moralistyczni mogą mieć tendencję do brania ciężaru świata na własne ramiona, mają za dużo sumienia, aby dopasować ich poziom intuicji. Freud nazywał to top-heavy on „Superego guilt”/super ciężki wobec „winy Superego”. Innym osobom znowu brakuje sumienia i są nadmiernie bystrzy – wiedzą o tym jak różne typy środowiska mogą być dobrym lub złym miejscem do podjęcia decyzji przybliżających ich do ich celów. O tych ludziach Freud powiedział by, że są super ciężcy wobec „Id” – instykt zwierzęcy. Jak prezesi firm, kryminaliści w białych kołnierzykach.
W przeszłości był człowiek, którego uważano za jednego z najmądrzejszych. Nazywał się król Salomon, który został poproszony o sąd przez dwie kobiety, każda z nich twierdziła, że jest matką tego samego dziecka. Pomyślał rozwiązać problem opracował sekretny test, który angażował zarówno sumienie jak i intuicje. Jeśli w którejś z kobiet były obecne w równej ilości to ona była mądrzejsza. Z definicji, byłaby najbardziej dojrzała, a więc najbardziej pasuje matkę.
Salomon rozkazał strażnikowi „przecięcie mieczem dziecka na dwie części” i dał im kilka chwil do namysłu. Jedna z kobiet błagała króla, aby nie wydawał tak okropnego rozkazu, podczas gdy druga kobieta mówiła, że byłoby to sprawiedliwe rozwiązanie. Te odpowiedzi objawiły królowi, że pierwsza kobieta miała doskonałą świadomość, choć to było bardzo głupie i naiwne, aby przeciwstawiać się poleceniom potężnego króla. Druga kobieta miała poczucie tego, aby podporządkować się rozkazom króla.
Drugie polecenie zostało wydane, odciąć dziecku głowę naciskając w ten sposób na kobiety bardziej. Tym razem pierwsza kobieta powiedziała, aby oddać dziecko drugiej kobiecie – przynajmniej dziecko będzie żyło przez jakiś czas, ale druga kobieta uparcie chciała, aby wykonać rozkaz króla i ściąć dziecko. Druga część osądu objawiła królowi, że pierwsza kobieta miała również lepszą intuicje – lepszą bystrość, wystarczającą nawet by obejść edykt króla odwołując się zarówno do jego znaczenia w społeczeństwie jak i jednocześnie uratowania życia dziecku. Była ona oczywiście matką – mądrzejsza i dlatego bardziej dojrzała. Mądrość króla odnalazła mądrość prawdziwej matki i tylko mądrość może rozpoznać mądrość.
Dziecko oddano pierwszej kobiecie i puszczono wolno razem z jej dzieckiem.

Mądrość to doskonała równowaga zarówno sumienia na temat tego co jest dobre a co złe i intuicji, która przenikliwie informuje Cię o wszystkich rodzajach różnych środowisk w których można podjąć decyzje – otoczenie może być konstruktywne lub destruktywne dla Ciebie.
Mądrość jest sposobem podejmowania decyzji typu wygrana-wygrana oraz oznaką solidnego charakteru i przywództwa. Nagrodą jest to, że społeczeństwo daje Ci większą swobodę.

Opanowaliśmy już Pierwszy Wewnętrzny Zasób: Decyzje prowadzą do Wolności
[Obrazek: w6ns.jpg]

• Więc teraz wiesz jak opanować procesy decyzyjne, pierwszy wewnętrzny zasób psychologiczny w granicach osobowości.
• W związku z tym możesz osiągnąć komponent Trwałego Spełnienia zwanym wolność.
• Im mądrzejsze są Twoje decyzje tym bardziej społeczeństwo chce nagradzać Cię jeszcze większą wolnością w podejmowaniu decyzji, a nawet tym abyś stał się liderem.

Wracając do historii, która pokazuje jak mądrość składa się zarówno z sumienia jak i intuicji oraz jak dosłownie może doprowadzić do wolności. Arcydzieło Alexandra Dumasa, Hrabia Monte Christo pokazuje jak wzrost równowagi między sumieniem i intuicją może nas uwolnić na podstawie prawdziwej historii prawdziwej postaci.
Edmund Dantes był pierwszym oficerem na statku, pełnym sumienia – tak pełnym, że pokochała go za jego dobroć dziewczyna o imieniu Mercedes, która podążyła by zanim nawet na koniec Świata. Podziw kobiety do niego wzbudziła zazdrość jego pracodawcy i ludzi wokół. Trzech mężczyzn uknuło spisek by wrobić go w morderstwo i wysłać do więzienia do końca jego dni. Edmundowi brakowało intuicji w połączeniu z naiwnością – przeciwieństwo intuicji – doprowadziła to tego, że łatwo było go oszukać przez hordę destruktywnych mężczyzn.
Podczas pobytu w więzieniu spotkał księdza, który stał się jego mentorem „użyczył mu swojej umiejętności Obserwacji Ego” w obecnych środowisku w którym nie było nic do robienia jak tylko się uczyć. Edmund uczył się – o ekonomii, polityce, wojnie, kulturze, filozofii – „pożyczał” do momentu aż sam stał się roztropny i rozwinął własną intuicję.

W czasie ucieczki z więzienia Edmund był mądry, miał kulturę i umiejętność sprytu, które teraz doskonale równoważyły jego oryginalny wysoki poziom sumienia. W sprytny sposób zawiązał intrygę na swoich zdrajców – prowadząc ich do więzienia lub zabijania samych siebie. Ksiądz dał mu mapę skarbów, nie skarb sam w sobie, co dodatkowo spowodowało, że Edmund chytrze rozwijał swoje umiejętności, aż odkrył, że jest tak bogaty, że posiada wszelkie potrzebne zasoby do pokonania wroga, nie przez zwierzęcą (typu wygrana-przegrana) zemstę, ale dzięki sprawiedliwości.

Edmund Dantes odzyskał wolność, miał wszystkie pieniądze, które mogłyby chcieć, a nawet odzyskał swoją kobietę z powrotem. Wszystko to dzięki równowadze sumienia i intuicji nazywanej mądrością.

Na kolejnych stronach do końca tej książki chciałbym Ci dać nie jedną, ale kilka map skarbów do Twoich własnych wewnętrznych działań, plan(prototyp) Twojej duszy, szczegółowe plany do reszty Systemu Operacyjnego Twojego komputera – dzięki którym możesz ćwiczyć rozwój trwałości i wolności, możesz rozwijać dwa pozostałe elementy wymagane do Trwałego Spełnienia jakimi są sukces i szczęście.

Tak więc aby móc zanalizować ten drugi psychologiczny kamień węgielny Twoich „problemów” musisz zdać sobie sprawę z:
* Decyzje są definicją życia. Więc jeśli podejmiesz jakąkolwiek decyzję to jest to lepsza sytuacja niż gdybyś nie podjął  żadnej. Przestań być bierny jak Szczur. Bądź w czasie teraźniejszym jak Żółw gdy jesteś w pełni świadomy i zdolny do podejmowania decyzji, a mając umiejętność Obserwacji Ego będziesz mógł uczyć się od każdej podjętej decyzji.
* Badaj naturę swoich decyzji, które otaczają problem. Czy masz tendencje do bycia destruktywnym, typu wygrana-przegrana jak Zając lub masochistycznym (przegrana- wygrana) jak Szczur, widzisz świat jako miejsce niedostatku – jeśli Ty masz rację i jesteś „w porządku” to ktoś inny jej nie ma i „myli się”? Lub czy masz tendencję do bycia konstruktywnym (wygrana- wygrana), widzisz świat jako miejsce obfitości – gdzie każdy może być szczęśliwy i każdy może mieć „rację” ?
* Co z problemami które sprawią, że czujesz się „uwięziony”, „kontrolowany” lub brakuje Ci wolności? Cokolwiek to jest potrzebujesz napełnić swoje zbiorniki albo sumieniem albo intuicja, żeby to rozwiązać.
* Testuj swoje sumienie w odniesieniu do problemu. Czy problem powstał ponieważ nie zbadałeś swojej etyki lub motywów? Czy jesteś destruktywny/niemoralny? Jeśli tak, wyciągnij wnioski i korzystaj z Obserwacji Ego, aby to powstrzymać i bądź bardziej konstruktywny. Obróć to w nawyk („moment”).
* Testuj swoją intuicję w odniesieniu do problemu. Czy problem powstał bo byłeś naiwny? Czy przeoczyłeś to, jakie problemy stwarza dane środowisko, które są dla Ciebie destruktywne? Jeśli tak, wyciągnij wnioski i przejść do bardziej konstruktywnego środowiska. Włącz tą chęć/wolę do swoich nawyków („momentu”). Jeśli to zrobisz, decyzyjna część problemu zostanie rozwiązana i będziesz miał wolność/swobodę z tym związaną.

 

Dylemat więźnia i inne możliwości

Problem wydaje się dość prosty: Dlaczego ludzie ze sobą nie współpracują? Lub raczej, dlaczego nie współpracują ze sobą bardziej? Przecież, jeżeli ja pomogę tobie, a ty pomożesz mnie, to czy nie skorzystamy na tym obaj? Podobnie, czy nie skorzystalibyśmy wszyscy na konsekwentnym trzymaniu się sposobu postępowania wolnego od stosowania przemocy? Krótko mówiąc, co wydaje się tak trudne w słynnym pytaniu, które niegdyś postawił amerykański motocyklista Rodney King, pobity w Los Angeles przez policjantów: „Dlaczego nie możemy żyć wszyscy w zgodzie i bez przemocy?”.

Udzielenie odpowiedzi okazuje się bardziej skomplikowane, niż można by przypuszczać. Jednak cały szereg metod podejmowania decyzji, znanych jako teoria gier, pomaga wystarczająco naświetlić oba dylematy – włącznie z problemem wyboru między przemocą a niestosowaniem przemocy — a także pokazać kilka możliwych sposobów ich rozwiązania.
Teoria gier pozwala spojrzeć na różne sytuacje, angażujące w najprostszym przypadku dwie strony („graczy”), przez pryzmat „wypłat” bądź „zysków”, związanych nie tylko z działaniem każdego pojedynczego gracza oddzielnie, ale z wzajemną interakcją obu stron.
Bez założenia tej interakcji „gry” nie byłyby zbyt skomplikowane: każdy z graczy po prostu robiłby wszystko, co tylko możliwe, by uzyskać najwyższą wygraną, nie zwracając w ogóle uwagi na sytuację drugiego gracza. Na przykład, jeśli pada deszcz, prawidłowym posunięciem może być zabranie ze sobą parasola, niezależnie od tego, co zrobią w tej sytuacji inni. Stan pogody zazwyczaj nie zmienia się pod wpływem czyjegoś zachowania, każdy więc może postępować zgodnie ze swoim upodobaniem, mając w nosie to, co poczną inni.
Z drugiej strony, wyobraźmy sobie, że dwoje ludzi znajduje, powiedzmy, mały plik banknotów. Wówczas najlepiej na tym wyjdą, jeśli wezmą pod uwagę zachowanie drugiej osoby, na przykład raczej dzieląc łupy po równo, niż próbując zagarnąć całą wypłatę i w następstwie wdawać się w otwartą bójkę. Właśnie w podobnych sytuacjach, gdy potencjalny zysk zależy nie tylko od zachowania gracza A, ale także od równoległych posunięć gracza B, warto odwołać się do teorii gier.
Niestety, taki sposób podejmowania decyzji jest zazwyczaj mniej oczywisty niż zwykłe przerwanie kłótni, a co gorsza, stwarza wiele okazji do unikania współpracy, szczególnie jeżeli kooperacyjne nastawienie jednego z graczy czyni go podatnym na wykorzystanie przez innych. Z podobnymi sytuacjami mają często do czynienia zarówno pojedyncze osoby, jak i całe grupy społeczne poszukujące różnych sposobów zapobiegania konfliktom i unikania przemocy.
Krótko mówiąc, pojawia się zagrożenie, że dając pierwszeństwo współpracy przed rywalizacją, pokojowo nastawiony gracz ryzykuje utratę wszystkiego na rzecz bardziej agresywnego przeciwnika. Wyobraźmy sobie na przykład, że w przypadku wspomnianej wcześniej dwójki, która znalazła plik pieniędzy, jedna z osób nagle wyciąga broń i stwierdza, że wszystkie pieniądze należą do niej, podczas gdy druga pozostaje konsekwentna w niestosowaniu przemocy. Wydaje się, że agresywny uczestnik wydarzeń uzyskuje nagrodę za swoje zachowanie (zatrzymuje wszystkie pieniądze), podczas gdy ten łagodniejszy zostaje z niczym, lub, jak wyraził to Machiavelli:

„Ten, kto ślubuje zachowanie dobroci we wszystkim, co czyni, umiera w zgryzocie, otoczony przez tych, którzy wcale nie są dobrzy”.

Unikanie przemocy

Jest jednak pewna nadzieja. Teoria gier nie tylko pozwala na lepsze zrozumienie tego problemu, ale również podpowiada i wspiera pokojowe rozwiązania. Dylemat więźnia, wywiedziony z teorii gier, bardziej przemawia na rzecz rozwijania współpracy niż rywalizacji. Jak większość modelowych rozwiązań, jest dość nieskomplikowany, ale pomaga w uporządkowaniu myślenia. Załóżmy, że istnieją dwie osoby, grupy, a nawet państwa, które mogą wybierać między przemocą i powstrzymywaniem się od niej. Teoretycy mówią wówczas o nastawieniu „kooperacyjnym” i „zdradzieckim”, bądź nice i nasty, używając tego rodzaju określeń do opisania takich zagadnień międzynarodowych, jak wyścig zbrojeń czy stosowanie barier celnych. Jeżeli obie strony zrezygnują ze stosowania rozwiązań siłowych, każda z nich na tym zyskuje, na przykład poprzez pokojowe rozwiązanie konfliktu, lub, jak było w przypadku znalezionych pieniędzy, zyskując swój udział bez walki.
Jeżeli obie strony wybiorą przemoc, każda otrzymuje w grze wypłatę innej wysokości: karę w postaci potencjalnych szkód. Ale jeżeli jedna ze stron odstępuje od przyjętych zasad, a druga nadal nastawiona jest na współpracę, zdrajca zyskuje to, co nazywamy pokusą zdrady (w tym przypadku wszystkie pieniądze), a ten, który decyduje się na współpracę (kto zachowuje się uczciwie, gdy drugi wybiera przemoc) otrzymuje zapłatę frajera: nie otrzymuje żadnych pieniędzy.
Aby zrozumieć, co nastąpi dalej, wystarczy wyobrazić sobie, że znamy myśli obu graczy:

„Ten drugi może albo ze mną współpracować, albo mnie oszukać. Jeżeli będzie ze mną współpracował, najlepiej go zdradzić, ponieważ wówczas uzyskam najwyższą możliwą wypłatę, kiedy on — prawdziwy frajer — zostanie z niczym. Choć z drugiej strony, on też może mnie zdradzić lub zagrozić mi przemocą, a wówczas mój najlepszy ruch to zrobić to samo, ponieważ nawet jeśli ryzykuję karę za zdradę, co grozi uzyskaniem dość niskiej wypłaty w grze, jest to przynajmniej lepsze niż skończyć jak frajer i stracić wszystko”.

Skutek zastosowania tej bezwzględnej logiki jest taki, że każda strona jest bardziej skłonna do zastosowania rozwiązania opartego na zdradzie i przemocy, co stanowi naprawdę niepokojący dylemat, ponieważ przez takie postępowanie każdy otrzymuje karę (w przypadku osób jest nią na przykład bójka, ale w przypadku narodów może to być wyczerpujący wyścig zbrojeń lub wojna celna), kiedy najlepszym rozwiązaniem jest uzyskanie godziwej wypłaty za współpracę i powstrzymanie się od stosowania przemocy.
Dylemat więźnia jest użytecznym sposobem zobrazowania takiego sposobu myślenia, zgodnie z którym wszyscy muszą się zachowywać w sposób nieuczciwy, ponieważ są powodowani strachem, że każdy kto postępuje w dobrej wierze, pozostaje w końcu na łasce i niełasce tych, którzy nadal trwają przy swojej zdradzieckim postępowaniu (podobnie jak utrzymywał Machiavelli).
Z drugiej strony, nie jest to jedyny możliwy sposób ujęcia sprawy. Na przykład, kiedy zachodzi konieczność wyboru między przemocą i powstrzymywaniem się od jej stosowania, sytuację trafniej przedstawia gra w cykora. Przypomina ona dylemat więźnia, ale w jej przypadku otrzymanie kary jest najgorszą możliwą do uzyskania wypłatą. Koszty ewentualnej walki, a nawet tylko jej groźba, znacznie przewyższają wówczas koszty zostania frajerem za cenę uniknięcia konfliktu. Cykor jest grą, w której dwóch kierowców, jadących wprost na siebie z przeciwnych kierunków, próbuje wymusić na tym drugim uchylenie się przed kolizją. Ten, który w końcu ustąpi (jego rola przypomina gracza wybierającego współpracę w dylemacie więźnia), zostaje cykorem, a ten, który nadal jedzie prosto przed siebie (odpowiednik zdrajcy z dylematu więźnia) – wygrywa. Problem jednak polega na tym, że jeżeli żaden z kierowców nie ustąpi, i teoretycznie wygra kosztem drugiego, wynik gry dla obu z nich oznacza przecież przegraną!

Rundy wielokrotne

W wersji uproszczonej modele bazujące na teorii gier zakładają, że istnieje tylko jeden rodzaj wygranej, a do interakcji między graczami dochodzi tylko jednokrotnie. Ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej! Osoby i grupy stykają się ze sobą wiele razy i mogą zmieniać swój sposób postępowania w odpowiedzi na to, co je spotkało w przeszłości. W związku z tym obie strony mają wspólny interes w utrzymaniu całego ciągu pozbawionych przemocy, kooperacyjnych kontaktów, ponieważ tak w przypadku dylematu więźnia, jak w przypadku gry w cykora, nagroda za uczciwą współpracę zawsze przewyższa karę, wynikającą z zastosowania przemocy czy dopuszczenia się zdrady. Wynik gry zapewnia w ten sposób każdemu graczowi najwyższą wypłatę.
Co ciekawe, nawet gdy mamy do czynienia z izolowanymi, jednokrotnymi interakcjami, kiedy ściśle racjonalne rachuby wskazują, że nieuczciwe posunięcie jest jak najbardziej „logiczną” reakcją, większość ludzi jest bardziej skłonna, by dążyć do współpracy, szczególnie gdy zrozumieją, że interakcja ma szanse się powtórzyć.
W przypadku wielokrotnych interakcji występuje nie tylko o wiele większa groźba powtórnego otrzymania kary, związanej z wzajemną zdradą, ale również coraz bardziej obiecująca staje się perspektywa otrzymania kolejnej nagrody, wynikającej ze współpracy i unikania przemocy.
Matematyczne i komputerowe symulacje wykazały na przykład, że prosta strategia „coś za coś” („wet za wet”) może wygenerować najwyższą wypłatę dla wszystkich graczy, nawet w sytuacji klasycznego dylematu więźnia. Taka strategia zakłada początkową współpracę, po której każdy gracz jedynie powtarza ruch swojego poprzednika. W ten sposób kooperacyjne posunięcie gracza A przeradza się we współpracę gracza B, i tak bez końca- w wyniku czego, obaj uzyskują zwielokrotnioną nagrodę, wynikającą ze współpracy. W podobny sposób, zdradzieckie posunięcie gracza A skutkuje podobnym posunięciem gracza B, co chroni go przed kolejnym frajerskim zachowaniem, a jednocześnie zniechęca gracza A do wyboru oszukańczego posunięcia w pierwszym ruchu.

King i GandhiMahatma Gandhi nie był zwolennikiem zasady „wet za wet”, ale wyraźnie podkreślał, że satjagraha — jego określenie dla biernego oporu — musi zostać wyraźnie odróżniona od biernej akceptacji własnego położenia lub też pragnienia, by uniknąć konfliktu za wszelką cenę. Było dla niego oczywiste, że satjagrahi swoją konsekwentną postawą muszą w końcu doprowadzić do zmiany zachowania potencjalnych agresorów; że przez ich przykład i gotowość do akceptowania cierpienia (bycia przez jakiś czas frajerami — w terminologii teorii gier), mogą doprowadzić do tego, czego teoretycy teorii gier zwykle nie biorą pod uwagę: zmienić zachowanie drugiej strony przez odwołanie się do jej najszlachetniejszych cech.
Kiedy ofiara odpowiada na przemoc jeszcze większą przemocą, zachowuję się w sposób, który jest przewidywalny, wręcz instynktowny, i który ma skłonność do potęgowania agresji ze strony napastnika, a nawet, w pewnym sensie, może usprawiedliwiać zastosowanie przemocy w mniemaniu agresora. Skoro ofiara zachowuje się tak gwałtownie, przypuszczalnie zasłużyła sobie na to!
W dodatku w relacjach społecznych często znajduje zastosowanie zasada, przypominająca trzecią zasadę dynamiki Newtona, zgodnie z którą każda akcja pociąga za sobą przeciwną i równie silną reakcję. W ten sposób, gdy uderzy gracz A i gracz B odpowie ciosem za cios, prawie zawsze stanowi to dla gracza A zachętę do kolejnego uderzenia. Gandhi nie był zwolennikiem biblijnego zalecenia „oko za oko, ząb za ząb”, wskazując, że jeżeli wszyscy zachowalibyśmy się w ten sposób, wkrótce cały świat byłby pełen bezzębnych ślepców. Jeśli zamiast tego gracz B powstrzyma się od zastosowania przemocy, przerywa w ten sposób łańcuch gniewu i nienawiści (podobny do cyklu śmierci i ponownych narodzin w hinduizmie), ale również stawia gracza A w zaskakującej sytuacji.

„Poszukuję sposobu, zdolnego całkowicie stępić ostrze tyrańskiego miecza”— pisał Gandhi- „nie poprzez użycie jeszcze ostrzejszej broni, ale przez niespełnienie oczekiwania, że zareaguję fizycznym sprzeciwem”.

Taki sposób postępowania nie jest ani łatwy, ani całkowicie bezbolesny, ale teoria gier, jak pokazują również doświadczenia Gandhiego w Afryce Południowej i Indiach, a Martina Luthera Kinga Jr. i innych aktywistów w Stanach Zjednoczonych, potwierdza, że może być nadzwyczaj skuteczny.

Starożytny rzymski mąż stanu i filozof, Cyceron, w Listach do Przyjaciół pytał: „Co można przeciwstawić przemocy prócz przemocy?”. Znawcy problemu odpowiedzieliby: „bardzo wiele”. Co więcej, poważnie kwestionowaliby, czy w ogóle można zrobić coś skutecznego, trwałego lub wartościowego reagując przemocą na przemoc.
Jak zostało wykazane, wzajemne uciekanie się do przemocy łatwo prowadzi do sytuacji, którą teoretycy określają jako karę za zdradę, i to ze szkodą dla wszystkich. Amerykański lider ruchu praw obywatelskich, Martin Luther King, który, podobnie jak Gandhi, był realistą i w swoich działaniach zawsze pozostawał silnie zorientowany na cel, napisał, że

„reagowanie przemocą na przemoc rodzi przemoc, pomnażając ciemność już bezgwiezdnej nocy. Ciemność nie może zwalczyć ciemności; jedyne światło może to zrobić. Nienawiść nie może pokonać nienawiści, jedynie miłość”.

Podsumowując, teoria gier pomaga lepiej zrozumieć granice wzajemnej współpracy, wskazując, dlaczego „życie w zgodzie” nie jest tak proste — lub zgodne z ludzką naturą — jak niektórzy by sobie życzyli. Ale równocześnie, teoria gier pokazuje, że istoty ludzkie niekoniecznie są skazane na życie w świecie znanym z dzieł Hobbesa, czyli w świecie niekończącej się zdrady i mozolnej rywalizacji, pod warunkiem, że spojrzą szerzej na swoją własną sytuację i dostrzegą leżące w ich zasięgu możliwości.

Tekst oryginału.
Barash, D. P. (2009). The Prisoner’s Dilemma and Other Opportunities. „eJournal USA”,14 (3), 26-28.

Źródło: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,569

 

 

Dylemat więźnia

Dylemat więźnia – problem w teorii gier. Jest oparty na dwuosobowej grze o niezerowej sumie, w której każdy z graczy może zyskać zdradzając przeciwnika, ale obaj stracą jeśli obaj będą zdradzać. Dylemat ten jest więc niekooperacyjną (o częściowym konflikcie) grą o sumie niezerowej, ponieważ strategia konfliktu przeważa nad strategią pokojową: najwięcej można zyskać zdradzając, a najwięcej stracić idąc na współpracę. W odróżnieniu jednak od dylematu kurczaków w tej grze istnieje większe pole do współpracy, która może zaistnieć w strategiach wielokrotnego dylematu więźnia.

Dylemat więźnia został wymyślony przez dwóch pracowników RAND Corporation: Melvin Dreshera i Merrill Flood w 1950 roku. Albert W. Tucker sformalizował jego zasady i jako pierwszy użył nazwy dylemat więźnia (Poundstone, 1992). W klasycznej formie jest przedstawiany następująco:
Dwóch podejrzanych zostało zatrzymanych przez policję. Policja, nie mając wystarczających dowodów do postawienia zarzutów, rozdziela więźniów i przedstawia każdemu z nich tę samą ofertę: jeśli będzie zeznawać przeciwko drugiemu, a drugi będzie milczeć, to zeznający wyjdzie na wolność, a milczący dostanie dziesięcioletni wyrok. Jeśli obaj będą milczeć, obaj odsiedzą 6 miesięcy za inne przewinienia. Jeśli obaj będą zeznawać, obaj dostaną pięcioletnie wyroki. Każdy z nich musi podjąć decyzję niezależnie i żaden nie dowie się czy drugi milczy czy zeznaje, aż do momentu wydania wyroku. Jak powinni postąpić?

Jeśli założymy, że każdy z więźniów woli krótszy wyrok niż dłuższy i że żadnemu nie zależy na niskim wyroku drugiego, możemy opisać ten dylemat w terminach teorii gier. Więźniowie grają wtedy w grę, w której dopuszczalne strategie to: współpracuj (milcz) i zdradzaj (zeznawaj). Celem każdego gracza jest maksymalizacja swoich zysków, czyli uzyskanie jak najkrótszego wyroku.

W tej grze zdradzaj jest strategią ściśle dominującą: niezależnie od tego co robi przeciwnik, zawsze bardziej opłaca się zdradzać niż współpracować. Jeśli współwięzień milczy, zdradzanie skróci wyrok z sześciu miesięcy do zera. Jeśli współwięzień zeznaje, zdradzanie skróci wyrok z dziesięciu lat do pięciu. Każdy gracz racjonalny będzie zatem zdradzał i jedyną równowagą Nasha jest sytuacja, gdy obaj gracze zdradzają. W efekcie obaj zyskają mniej, niż gdyby obaj współpracowali.
Iterowany dylemat więźnia (patrz niżej) polega na rozgrywaniu tej samej gry wielokrotnie. Wtedy każdy gracz ma możliwość ukarania drugiego gracza za zdradzanie w poprzedniej rundzie. W tej sytuacji, jeśli straty wynikające z ukarania będą większe niż zyski z zdradzania, współpraca obu graczy może utworzyć stan równowagi. Taka gra może mieć też wiele innych stanów równowagi.

Iterowany dylemat więźnia

W iterowanym dylemacie więźnia, ci sami gracze grają wielokrotnie ze sobą, wybierając strategie w kolejnych rundach na podstawie wcześniejszych rund. Robert Aumann pokazał w 1959 roku, że w nieskończonym ciągu takich rozgrywek, współpraca może być stanem równowagi.
W przypadku gdy wiadomo, ile dokładnie będzie rozgrywek, optymalna jest strategia Zawsze Zdradzaj. Wynika to z następującego rozumowania: w ostatniej rundzie można równie dobrze zdradzić, ponieważ przeciwnik nie będzie miał już okazji ukarać za to zagranie. Dlatego obaj gracze w ostatniej rundzie zdradzają. Zatem w przedostatniej rundzie również opłaca się zdradzić, ponieważ w ostatniej rundzie przeciwnik i tak zdradzi itd. Zatem aby pojawiła się współpraca, liczba rund musi być losowa, albo przynajmniej nieznana graczom.

W 1984 roku Robert Axelrod zaprosił akademików z całego świata do uczestnictwa w turnieju dla programów komputerowych, grających w iterowany dylemat więźnia. Przysyłane programy różniły się pod względem złożoności, startowego zachowania, reakcji na działanie przeciwnika itp. Wyniki pokazały, że przy wielokrotnych rozgrywkach, egoistyczne strategie dawały średnio bardzo małe wygrane w porównaniu z bardziej altruistycznymi. Axelrod pokazał w ten sposób możliwość ewolucyjnego wykształcenia się zachowań altruistycznych z nastawionych na własny zysk, wyłącznie za pomocą selekcji naturalnej.
Najlepszą deterministyczną strategią w tym turnieju okazała się strategia wet za wet (strategia coś za coś), którą zgłosił Anatol Rapoport. Była ona jednocześnie najprostszą zgłoszoną – jej cały program w języku BASIC zajmował cztery linie. Strategia polegała na współpracy w pierwszej rundzie, a w każdej kolejnej robieniu tego co przeciwnik robił w poprzedniej.
W niektórych sytuacjach lepsza była lekko zmodyfikowana strategia wet za wet z wybaczaniem. W strategii tej, jeśli przeciwnik zdradzał, z małym prawdopodobieństwem (1%-5%) gracz wybaczał i w kolejnej rundzie dalej współpracował. Pozwalało to na przerwanie ciągu wzajemnych zdrad, w którym dwie strategie wet za wet mogły utykać w nieskończoność.

Analizując najlepsze strategie, Axelrod przedstawił kilka cech którymi się one wyróżniały:
Przyjazność – oznaczająca nie zdradzanie dopóki przeciwnik tego nie zrobił.
Mściwość – oznaczająca reagowanie na zdradę przeciwnika. Bez tej cechy, strategia nie mogła dawać dobrych rezultatów. Przykładowo strategia Zawsze Współpracuj dawała bardzo kiepskie wyniki, gdyż wielu przeciwników bezlitośnie wykorzystywało takiego gracza.
Skłonność do wybaczania -oznaczająca wracanie do współpracy po okresie zemsty za zdradę. To pozwalało uzyskać znacznie lepsze wyniki niż ciągłe wzajemne mszczenie się.
Brak zazdrości – oznaczająca nie staranie się uzyskać lepszego wyniku niż przeciwnik.

Axelrod wywnioskował, na podstawie tego eksperymentu, że dbanie wyłącznie o własne zyski można często najlepiej realizować będąc przyjaznym i wybaczającym.
W jednorazowym dylemacie więźnia, zdradzanie jest zawsze najlepszym rozwiązaniem, niezależnie od tego co robi przeciwnik. W iterowanym, optymalna strategia zależy od tego jak grają przeciwnicy i jak reagują na współpracę i zdradę. Przykładowo, gdyby wszyscy gracze grali strategią Zawsze Zdradzaj, to jeden gracz grający strategią Wet Za Wet uzyskałby nieco gorszy wynik niż reszta. Gdyby wszyscy gracze grali strategią Zawsze Współpracuj, znacznie lepszy wynik uzyskałby jeden gracz grający strategią Zawsze Zdradzaj.
W pewnych sytuacjach optymalna okazuje się strategia zwana Pavlov. Polega ona na współpracy w pierwszej rundzie i zawsze jeśli w poprzedniej rundzie gracze zagrali tak samo. Jeśli w poprzedniej rundzie gracze zagrali różnie, strategia każe zdradzić.

Znajdowanie optymalnych strategii

W ogólności, optymalne strategie znajduje się na dwa sposoby:
1. Analitycznie: Jeśli statystyczne występowanie wszystkich strategii w grze jest znane (np. 50% wet za wet i 50% zawsze współpracuj), optymalną strategię można wyliczyć na tej podstawie.
2. Metodą Monte Carlo: Symulując wiele rozgrywek i usuwając strategie które dają najgorsze wyniki, zastępując je tymi które dają najlepsze. Aby uniezależnić końcowy wynik od początkowego rozkładu, można dodać losowe mutacje do powielanych strategii, uzyskując algorytm genetyczny do znajdowania strategii optymalnej. Eksperymenty pokazują że ta metoda zwykle prowadzi do opracowania strategii wet za wet (Chess 1988), ale nie ma dowodu że zawsze tak musi być.

Mimo że wet za wet jest uważana za najlepszą strategię, w zawodach urządzonych w dwudziestolecie zawodów Axelroda wygrała zupełnie inna strategia. Zaproponowała ją drużyna z Uniwersytetu w Southampton. Opierała się ona na współpracy pomiędzy programami przysłanymi przez tę drużynę, tak aby uzyskać maksymalny wynik jednego z tych programów. Uniwersytet przysłał 60 programów, które były napisane tak, aby rozpoznać się wzajemnie na podstawie pierwszych 5-10 posunięć. Po rozpoznaniu, jeden program zawsze współpracował a drugi zawsze zdradzał, tak aby dać maksymalny zysk zdradzającemu. Grając przeciwko przeciwnikowi nie z Southampton, program poświęcający się zawsze zdradzał, tak aby zminimalizować zysk przeciwnika, a program wygrywający stosował wet za wet. W rezultacie, drużyna zajęła pierwsze trzy miejsca (i wiele ostatnich).[4]
Powyższa strategia wykorzystała fakt, że w tym turnieju można było zgłaszać wiele programów, a wynik był mierzony dla najlepszego z nich. Dlatego poświęcanie własnych graczy pozwoliło uzyskać lepszy rezultat. Gdy każda drużyna może zgłosić tylko jednego gracza, wet za wet pozostaje optymalną możliwością. Przykład ten pokazuje dodatkowo możliwości jakie daje uzgadnianie strategii przed przystąpieniem do gry. Podobne sytuacje opisał wcześniej Richard Dawkins w książce Samolubny gen.
Dylemat więźnia stanowi podstawę niektórych teorii ludzkiej współpracy i zaufania. Zakładając że może on modelować interakcje w społeczeństwie, powstawanie zaufania można przedstawiać jako wynik iterowanego dylematu więźnia pomiędzy wieloma graczami.

Dylemat więźnia w wersji ciągłej

Większość prac dotyczących iterowanego dylematu więźnia skupia się na przypadku dyskretnych, w którym gracze mogą albo współpracować albo zdradzać. Można jednak rozważać też przypadek ciągły, w którym strategia gracza może przyjmować wartości pośrednie. Le i Boyd pokazali, że w takim przypadku współpraca pojawia się znacznie rzadziej. Wynika to z prostego argumentu: w takiej wersji, jeśli początkowo gracze zdradzają, gracze lekko współpracujący zyskują bardzo niewiele grając ze sobą. W dyskretnej wersji, gracze współpracujący ze sobą uzyskują znaczną przewagę nad graczami zdradzającymi się nawzajem. Wynik ten ma znaczenie w modelowaniu zachowań zwierząt stadnych. Ponieważ zwykle mają one znacznie więcej możliwości interakcji niż tylko dwie skrajne, może to wyjaśniać czemu zachowanie wet za wet jest spotykane bardzo rzadko, mimo że teoretycznie jest optymalne.

Wpływ doświadczenia

Jeśli gracze mogą uczyć się oceniać prawdopodobne zachowanie przeciwnika, mogą dostosowywać do tego swoje własne zachowanie. Statystyka pokazuje, że początkujący gracze z większym prawdopodobieństwem uzyskują nietypowo wysokie lub nietypowo niskie wyniki. Jeśli grają potem na podstawie tych doświadczeń (częściej współpracując lub zdradzając z ich powodu), wpływa to również na ich przyszłe wyniki. W ten sposób wczesne doświadczenia mają większy wpływ na sumaryczny wynik graczy niż takie same późniejsze doświadczenia. Ten efekt dobrze modeluje istnienie kształtujących doświadczeń u młodych ludzi.
Prawdopodobieństwo zdradzania w grupie można zredukować przez zbudowanie pomiędzy graczami zaufania bazującego na współpracy we wcześniejszych grach. Poświęcanie się niektórych graczy może po początkowym okresie strat przekonać większą część grupy do współpracy, co w efekcie przynosi zyski wszystkim grającym. Efekt ten jest szczególnie silny w małych grupach. Takie procesy są przedmiotem intensywnych badań dotyczących altruizmu odwzajemnionego, doboru grupowego i doboru krewniaczego.

Racjonalność i nadracjonalność

Douglas Hofstadter w książce Metamagical Themas zaproponował wprowadzenie konkurencyjnego pojęcia do racjonalności, która każe graczom zdradzać i uzyskiwać niższy wynik. W jego definicji, prawdziwie racjonalny gracz (nadracjonalny) powinien przewidywać również przypuszczalne zachowanie swojego przeciwnika i zakładać że przeciwnik postąpi tak samo. W takiej sytuacji bardziej opłacalne jest współpracowanie.

Przykłady w świecie rzeczywistym

Istnieje wiele sytuacji w których interakcje w społeczeństwie jak i w przyrodzie charakteryzują się podobnymi wypłatami jak w dylemacie więźnia. Z tego powodu dylemat ten jest badany w wielu naukach społecznych takich jak ekonomia, polityka czy socjologia, jak również w naukach biologicznych takich jak etologia i biologia ewolucyjna. Wiele procesów w przyrodzie można również modelować w postaci niekończącej się gry w iterowany dylemat więźnia.
W politologii, przykładowym scenariuszem są dwa państwa uwikłane w wyścig zbrojeń. Każde z nich ma dwie możliwości: albo zwiększyć wydatki na zbrojenia albo podpisać porozumienie o ich zmniejszeniu. Żadna ze stron nie może być pewna czy druga dotrzyma warunków porozumienia. W rezultacie, racjonalną decyzją każdego państwa jest rozwój militarny.
W sporcie, podobny dylemat dotyczy wszystkich szkodliwych dla zdrowia zabiegów poprawiających szanse zwycięstwa. Przykładami może być doping bądź gwałtowne tracenie wagi tak aby trafić do niższej kategorii wagowej. Zawodnik który tego nie robi (współpracuje) może stracić szanse na zwycięstwo. W momencie gdy wszyscy tak robią, sensowność zawodów staje się problematyczna.
Innym przykładem związanym ze sportem jest sytuacja w zawodach kolarskich. Częstą sytuacją jest gdy dwóch zawodników wyprzedza peleton, zmieniając się na męczącej przedniej pozycji. Jeśli żaden z zawodników nie będzie się starał jechać jako pierwszy, peleton szybko ich dogoni. Jeśli tylko jeden z nich będzie to robił, istnieje duża szansa że zawodnik który jechał za nim i dzięki temu mniej się męczył, wyprzedzi go tuż przed metą.
W przemyśle reklamowym, sytuacja podobna do dylematu więźnia odnosi się do towarów które ludzie kupują niezależnie od tego czy są reklamowane. Przykładowo gdy dwie firmy sprzedają papierosy na tym samym rynku, zysk każdej z nich zależy głównie od tego ile sprzeda druga firma. Jeśli obie przeznaczą więcej pieniędzy na reklamy, ich efekty się zniosą. Jednak jeśli tylko jedna firma będzie reklamować swoje produkty, zyska znacznie więcej niż druga. Obu firmom zależy wtedy na tym żeby wszyscy ograniczyli swoje wydatki na reklamę. W rzeczywistości w USA producenci papierosów aktywnie wspierali uchwalenie prawa zabraniającego ich reklamowania.
W informatyce, udostępnianie programów na publicznej licencji GNU (jak np. Linux) jest odpowiednikiem współpracy w dylemacie więźnia. Każda firma która udostępnia takie oprogramowanie, ułatwia prace innym firmom, które mogą z niego korzystać przy tworzeniu własnych produktów. Każde ulepszenie takiego oprogramowania musi zostać również udostępnione na publicznej licencji, co wymusza współpracę pomiędzy rywalizującymi firmami.
W ochronie środowiska, dbanie o czystość wód, powietrza, utylizacja odpadów etc., są działaniami odpowiadającymi współpracy, które wymagają wysiłku. Znacznie łatwiej jest nie podejmować tej współpracy a korzystać z wysiłku innych na rzecz czystego środowiska – to postawa zdrajcy. Kiedy jednak wszyscy będą zdradzać i zaśmiecać środowisko, życie w nim stanie się uciążliwe.
W systemie podatkowym, każdy kto płaci należne podatki przyczynia się do finansowania zadań i potrzeb publicznych. Zdrajcy, którzy starają się unikać płacenia podatków, czerpiąc z tego doraźne korzyści finansowe, najczęściej korzystają na równi z innymi z infrastruktury, edukacji, systemu opieki zdrowotnej etc., finansowanych z podatków, które płacą inni.

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dylemat_wi%C4%99%C5%BAnia

Nauczanie trivium: trivium w praktyce – napisy PL

Nauczanie trivium: trivium w praktyce – napisy PL

Nauczanie dziecka, które nie ukończyło dziesięciu lat, wymaga położenia nacisku na rozwój komunikacji werbalnej, więc lepiej spożytkujesz ten czas rozwijając jego słownictwo, które jest pierwszym wskaźnikiem inteligencji.

Nauczanie trivium: trivium w praktyce

 

Najpierw będziemy mówić o najwcześniejszym etapie nauczania – dziesięciu rzeczach, które należy zrobić przed ukończeniem przez dziecko dziesiątego roku życia. Nada to właściwy tok przekazywanym przeze mnie informacjom i będzie stanowiło zastosowanie tego, o czym mówiliśmy wczoraj podczas seminarium będącego wstępem do trivium. Przed ukończeniem dziesięciu lat, dziecko znajduje się na wczesnym etapie gramatyki, kiedy w największym stopniu uczy się na drodze konkretnych doświadczeń zdobywanych za pomocą zmysłów. W wieku około dziesięciu lat wkracza w bardziej intensywną fazę etapu gramatyki, kiedy jego mózg staje się fizycznie zdolny do tworzenia bardziej skomplikowanych powiązań, co sprawia, że dziecko jest w stanie lepiej pojmować abstrakcyjne pojęcia, a to z kolei pomaga mu w samodyscyplinie i samokontroli. Forsowanie na siłę formalnej nauki przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat stanowi wyłącznie stratę czasu, nie daje pozytywnych wyników, na których ci zależy i może spowodować szkodę. Oczywiście dokładny wiek może być różny u różnych dzieci, jednak w wieku około dziesięciu lat dziecko staje się na tyle rozwinięte i dojrzałe, by rozpocząć naukę o bardziej akademickim charakterze. Przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat należy się skupić na zbudowaniu dobrych podstaw do późniejszej nauki w szkole. Sugerujemy, że na formalnej nauce należy się skoncentrować po ukończeniu przez dziecko dziesięciu lat. Jeśli ćwiczymy te części umysłu naszego dziecka, które się rozwijają, wzmacniamy i zwiększamy jego zdolności. Dlatego w pierwszych latach, przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat, chcemy zasiać takie nasiona jak szacunek dla Boga i rodziców, rozwój zdolności uczenia się języka, rozwój chęci do nauki, wzmacnianie pamięci, rozbudzanie kreatywności, wpajanie etyki pracy i służby. To są właśnie te rzeczy, które dadzą podstawy do rozpoczynającej się później formalnej nauki. Tak więc formalna nauka musi opierać się na dobrych podstawach moralnych. A zatem najpierw omówimy listę dziesięciu rzeczy, które należy zrobić przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat.

Numer 1 to czytanie i pisanie. W którymś momencie zanim twoje dziecko skończy dziesięć lat, należy nauczyć je czytać wykorzystując dobrą intensywną metodę foniczną. Niewiele dzieci opanowuje umiejętność czytania w wieku czterech lat, bardzo niewiele potrafi pewnie przeczytać prostą czytankę dopiero w wieku dziesięciu lat, jednakże większość dzieci opanowuje umiejętność czytania w którymś momencie między piątym a ósmym rokiem życia. Wiek, w jakim dziecko osiąga tę umiejętność nie stanowi wskaźnika jego inteligencji ani tego jakie będzie miało wyniki w dalszej nauce. Nasze dzieci nauczyły się czytać jakoś między piątym a dziewiątym rokiem życia, i wszystkie czytają tak samo dobrze. Sugerujemy rozpoczęcie nauki czytania, gdy dziecko ma 5 lub 6 lat, a kiedy po upływie rozsądnego czasu okaże się, że dziecko nie przyswaja nauki, nawet jeśli wkłada w to dużo wysiłku, wtedy dobrze jest odłożyć program nauczania na bok, poczekać kilka miesięcy i zacząć od nowa i kontynuować to postępowanie aż dziecko zacznie przyswajać naukę. Nie zamartwiajcie się, jeśli wasz pięcio- czy sześciolatek nie umie czytać – wiele dzieci opanowuje umiejętność czytania, gdy mają 7 lub 8 lat. Rodziny edukacji domowej mają duży wybór dobrych intensywnych programów fonicznych. Z których wy korzystacie? Tak, „Phonics Pathways” to dobry intensywny foniczny program nauczania. Tak, „Learn to Read – 180 Lessons” to również dobry intensywny foniczny program nauczania. „The Writing Road to Reading” Spauldinga uchodzi za najlepszy intensywny foniczny program nauczania. Kilka osób rozwinęło program zawarty w tym podręczniku i uczyniło go bardziej użytecznym. „TATRAS” to ten, który ja szczególnie lubię. Pełny tytuł brzmi „Teach America to Read and Spell”, zaś autorem jest Frank Rogers. Jest bardzo dobry. „Alpha Find” to kolejny znakomity program. Jest naprawdę duży wybór dobrych intensywnych fonicznych programów nauczania. Kopiowanie. Kiedy twoje dziecko osiąga dostateczną biegłość w pisaniu liter i jest już na drodze do nauki czytania, możesz wprowadzić kopiowanie. Praktyka kopiowania sięga starożytności i stanowi, wraz z ustną narracją, pierwszy krok w uczeniu dziecko pisania. Kopiowanie jest dobrym sposobem ćwiczenia umiejętności odręcznego pisania, wzmocnienia nauki fonicznej, wprowadzenia gramatyki i właściwej budowę zdań, a także kładzie podstawy twórczego pisania, kiedy dziecko będzie starsze. Kopiowanie polega na tym, że dziecko kopiuje na kartce papieru słowo po słowie ze zdania lub akapitu, który ktoś inny napisał. Kładziesz więc przed dzieckiem jakiś fragment literatury, jak werset z Biblii, wiersz czy coś podobnego, dziecko ma ołówek automatyczny i kartkę i kopiuje słowo po słowie to co widzi na papierze. Jest to pierwszy krok w nauce pisania.

Numer 2 to ustna narracja. Pod koniec XIX wieku w Wielkiej Brytanii niejaka Charlotte Mason opracowała koncepcję narracji jako metody nauczania. W książce „For the Children’s Sake”, Susan Schaeffer Macaulay ponownie wprowadziła narrację do rodzin praktykujących edukację domową. Karen Andreola – tak przy okazji słyszałam, że będzie tu miała prelekcję w przyszłym roku, a jest naprawdę wspaniałym wykładowcą – więc Karen Andreola opublikowała później książkę p.t. „Charlotte Mason Companion”. Narracja polega na tym, że rodzic czyta coś dziecku – lub dziecko czyta coś samo – a następnie opowiada rodzicowi własnymi słowami to, co właśnie zostało przeczytane. Najlepiej jest rozpocząć narrację w jak najmłodszym wieku, powiedzmy wtedy, gdy dziecko ma 4 lub 5 lat. Należy ją ćwiczyć codziennie i kontynuować do czasu, kiedy jest już starszym nastolatkiem. Narracja to ćwiczenie budujące umysłową wytrzymałość. Według Karen Andreoli, „narracja zajmuje miejsce kwestionariuszy i testów wielokrotnego wyboru. Umożliwia dziecku wykorzystanie wszystkich umiejętności umysłu. Kiedy opowiada własną wersję jakiejś historii, dziecko rozwija swoje słownictwo i poznaje talent literacki dobrych pisarzy”. Mówiąc między nami, narracja jest bardzo trudna do wykonania. Czy wy, bez notatek, potrafilibyście opowiedzieć mi kazanie, którego wysłuchaliście w ostatnią niedzielę? Potrafilibyście? Większość z nas nie potrafiłaby, ponieważ nie rozwinęliśmy naszego umysłu do tego stopnia, żebyśmy mogli coś usłyszeć, zatrzymać to, a następnie o tym opowiedzieć. Wyobrażacie sobie, jakie to trudne? I właśnie to powinniście wykonać ze swoimi dziećmi, kiedy są jeszcze małe – rozwinąć tę umiejętność. Widzicie jak wzmocniony i wytrenowany staje się umysł dziecka, jeśli zaczniecie wtedy, gdy jest małe i będziecie kontynuować tę metodę do czasu aż będzie miało kilkanaście lat. Zacznij od niedługiego fragmentu tekstu, przeczytaj swojemu dziecku jeden krótki akapit nieskomplikowanej historii, a następnie poproś o opowiedzenie jej własnymi słowami. Na początku trzeba mu będzie pomóc zadając pytania na temat przeczytanego fragmentu, ale w miarę jak dziecko nabiera większej wprawy w narracji, jest w stanie opowiadać dłuższe, bardziej szczegółowe fragmenty.

Numer 3 to coś, co idzie w parze z narracją – zapamiętywanie. Naukę zapamiętywania należy rozpocząć, kiedy dziecko jest małe, nawet dwu- lub trzyletnie, i kontynuować przez całe życie. Codziennie należy poświęcić temu czas. Zachęcaj swoje dziecko, by zapamiętywało różne rzeczy, takie jak alfabet grecki bądź hebrajski, wersety biblijne, wiersze, katechizmy, fragmenty literatury. Naucz dziecko zapamiętywać te same wersety biblijne po grecku, po łacinie i po angielsku, aby dać mu wyczucie językowe. Zapamiętywanie fragmentów literatury przygotuje twoje dziecko do nauki gramatyki formalnej w wieku dziesięciu lat. Da mu to orientację w jaki sposób składa się zdania i pomoże rozbudowywać słownictwo. Tak więc zapamiętywanie przygotowuje twoje dziecko również do tego, by w przyszłości dobrze pisało. Być może jest możliwość, by przedstawiało to, co zapamiętało rodzinie lub większej grupie osób. To przygotuje je do rywalizacji w ustnej interpretacji, przemowach i debatach, kiedy będzie starsze. A zatem zapamiętywanie wraz z narracją wytrenują, wyostrzą i wzmocnią umysł twojego dziecka, co przygotuje je do późniejszej bardziej rygorystycznej nauki. To jest dokładnie to, co chcemy osiągnąć zanim dziecko skończy 10 lat. Dla kontrastu, jakie rzeczy, które robicie w swoim domu, działają odwrotnie? Nie ćwiczą ani nie wzmacniają umysłu dziecka? Telewizja, filmy video, wiele tzw. edukacyjnych programów komputerowych. Tego typu rzeczy nie ćwiczą ani nie wzmacniają umysłu, lecz przynoszą odwrotny skutek. Sugerujemy, żebyście – zwłaszcza przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat – wyeliminowali te rzeczy z życia waszego dziecka. Toczy się dyskusja na temat tego jakiego rodzaju informacje dziecko ma zapamiętywać. Są miliony takich rzeczy. Niektórzy mówią, że trzeba poświęcać czas na zapamiętywanie faktów, dat, końcówek łacińskich czasowników, przeróżnych danych naukowych i geograficznych. Być może tak jest, ale ponieważ nie mamy nieskończenie wiele czasu do dyspozycji w ciągu dnia, my jako rodzice musimy zdecydować jak najlepiej wykorzystać ten czas, którym dysponujemy. Jeżeli ważne jest dla ciebie, żeby twoje dziecko przed ukończeniem dziesięciu lat znało nazwy wszystkich stanów i ich stolic, niech zapamiętuje właśnie to. Oboje rodzicie powinni usiąść i stworzyć listę rzeczy, co do których ważne jest dla nich, żeby ich dziecko je zapamiętało, a potem, kiedy pojawią się inne priorytety, dostosowywać tę listę. Naszym zdaniem ważniejsze jest, by zapamiętać fragmenty literatury niż po prostu rozmaite fakty i dane.

Numer 4 to słyszenie i słuchanie. Kiedy czytasz na głos swojemu dziecku, ono uczy się brzmienia wyrazów, wzbogaca swoje słownictwo, zwiększa własne pojmowanie świata i rozwija wyobraźnię. Sugerujemy, żebyście czytali swoim dzieciom co najmniej dwie godzinny dziennie, oczywiście niekoniecznie w jednym ciągu. Korzystajcie z różnorodności dobrych książek – biografii, fikcji historycznej… Uwzględnijcie książki z dziedziny nauki, geografii, sztuki, muzyki i historii. Niektórzy rodzice łączą czas poświęcony na narrację z czasem czytania na głos. Chcę tu powiedzieć o trzech rzeczach. Nie bójcie się czytać małym dzieciom książek z długimi rozdziałami. Pięciolatek jest w pełni zdolny do zrozumienia takich książek jak „Wyspa skarbów” czy „Podróż do wnętrza Ziemi”. Po drugie nie marnujcie czasu na czytanie bezwartościowych książek. Kto może podać przykłady takich książek? Komiksy, tak. Książki z cyklu „Babysitter Club”. Co jeszcze? Nancy Drew,  „Boxcar Children”. Nie usłyszałam? Goose? Książki z cyklu „Goosbumps”, dobrze. Dlaczego powiedziałam, żeby unikać bezwartościowych książek? Chcecie u swojego dziecka rozwinąć właściwy rodzaj apetytu/smaku. Powiedzmy, że masz dziecko, które od urodzenia karmisz tylko hamburgerami i frytkami. Kiedy ma dziesięć lat, dajesz mu szparagi. Co by zrobiło? Nie smakowałyby mu. A dlaczego? Ponieważ nie rozbudził się w nim ten rodzaj smaku, rozbudził się w nim niewłaściwy rodzaj smaku.

Głos z sali: [nie słyszę]

Rozbudziło się w nim zamiłowanie do śmieciowego jedzenia. Nie smakuje mu zdrowe jedzenie. Tak samo jest z literaturą. Jeśli masz córkę, która od początku aż do ukończenia dziesięciu lat czytała tylko Nancy Drew, a ty jej dajesz Roberta Goose Stevensona, ona na to powie: „To jest nudne, nie rozumiem tego, nie podoba mi się to”, ponieważ rozbudził się w niej niewłaściwy rodzaj smaku. Sugerujemy więc, żebyście pomogli swojemu dziecku rozwinąć właściwy rodzaj smaku – już wtedy, gdy jest małe. Jest miejsce na książki takie jak „Boxcar Children”, kiedy dzieci są bardzo małe – jako pomoc w uczeniu je czytania. Należy jednak wyeliminować ten rodzaj literatury najszybciej jak to możliwe i zachęcić dzieci do trudniejszych książek. Tak?

Głos z sali: A co z, no wiesz, jeśli mamy wiele ilustrowanej klasyki dla małych dzieci?

Chodzi o skrócone wersje?

Tak. Klasycznych książek.

Sugerowałabym, żeby trzymać się od nich z daleka. Po pierwsze zniekształcają fabułę oryginału. Dziecko może potem nawet nie chcieć przeczytać oryginalnych wersji, a to byłoby złe. I naprawdę nie ma potrzeby, żeby czytać te książki. Jest tak wiele innych dobrych książek, które są napisane łatwiejszym językiem, jak np. książki Loisa Lenski’ego czy seria „Mały domek na prerii”. Mamy książeczkę p.t. „Hand that Rocks the Cradle”, w której znajduje się lista wszystkich książek, które my czytaliśmy naszym dzieciom w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat i są one podzielone na kategorie według wieku. Po trzecie nie wymagaj od swojego dziecka, żeby siedziało przy tobie całkowicie nieruchomo, kiedy mu czytasz. Pozwól mu bawić się na podłodze swoimi zabawkami, klockami LEGO, niech rysuje, szyje, cokolwiek. W naszej rodzinie mieliśmy taką zasadę, że musieliśmy być w tym samym pokoju i nie rozmawialiśmy, ale zajmowaliśmy się wszystkim co akurat mieliśmy do zrobienia, kiedy ja czytałam na głos. Obiecuję wam jedną rzecz: gdy wasze dziecko będzie miało 26 lat, będzie cicho, gdy będziecie czytać. Ale pozwólcie waszym dzieciom zajmować się czymkolwiek chcą się zajmować, kiedy czytacie im na głos. Czytanie na głos to moja ulubiona część edukacji domowej. Ilu z was lubi czytać na głos? Tak, wszyscy uwielbiamy czytać na głos. Ilu z was miało takie doświadczenie… Siedzicie na kanapie, może też być krzesło, ale powiedzmy, że na kanapie i czytacie dobrą książkę, jak np. „Men of Iron”. Czy ktoś czytał „Men of Iron” Howarda Pyle’a? „Men of Iron”? To taka książka… „Men of Iron” to jedna z najlepszych książek… Podobnie jak inna książka Pyle’a, „Otto of the Silver Hand”. Och, te książki są tak dobre… Tak czy inaczej, czytasz „Men of Iron”, jedno dziecko siedzi tutaj, jedno tutaj, jedno siedzi za plecami z tyłu kanapy, jedno na twoich kolanach… jeden… dwa… trzy… cztery… Piąte siedzi u twoich stóp czy gdziekolwiek. Wszystkie siedzą tak, żeby widzieć ilustracje. Musisz przerywać, żeby mogły obejrzeć ilustracje. Czy lubicie czytać w dialekcie? Ilu z was czyta w dialekcie? W porządku, w jakim dialekcie czytasz? Tak? John Buckett napisał wiele książek w irlandzkim, szkockim i angielskim dialekcie. Moje dzieci odmawiają przejechania przez „drive thru” w McDonaldzie, kiedy jestem w tym nastroju. Mamo, proszę cię… Lubicie smutne książki? Najsmutniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam… Najsmutniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam ma tytuł „Bob, Son of Battle”. Ta książka z całą pewnością… jest po prostu… jest wspaniała. Dobrze, rozwiń u swojego dziecka pojęcie o ciągłości historii zaznaczając rzeczy, o których się uczycie bądź czytacie na osi czasu. Musisz więc wziąć długi kawałek papieru do drukarki, kartki muszą być połączone, i narysować linię po środku. Na jednym końcu piszesz datę 4004 r. p.n.e., a na drugim dzisiejszą datę. Przyczep to do ściany w salonie i zostaw tam na następne dwadzieścia lat. To jest oś czasu twojej rodziny. Za każdym razem, gdy przeczytasz coś o znaczeniu historycznym, zaznacz to na osi. Dzięki temu twoje dzieci zrozumieją pojęcie ciągłości historii.

Numer 5 to rodzinne praktykowanie religii. Mówiliśmy o tym dzisiaj rano. Na przekór staremu powiedzeniu, „Rodzina, która modli się razem, pozostaje razem”, badania wskazują, że rodzina, która tylko modli się razem, to jest wspólnie praktykuje religię tylko w kościele, zwykle nie pozostaje razem. Rodzina, która pozostaje razem to rodzina, która modli się i regularnie studiuje Biblię w domu jako rodzina. Mamy na naszym seminarium książeczkę na ten konkretny temat. Tak?

Głos z sali: [nie słychać]… Mam kilkoro dzieci… [nie słychać]… Tak trudno jest czytać im na głos.

Oddałabym życie, żeby dziś zobaczyć taką scenę. Wszystkie moje dzieci mają ponad 20 lat, ciesz się tym, to nie trwa długo. I czytajcie książki, które lubicie, nie czytajcie książek, których nie znosicie, ponieważ właśnie to przekażecie swoim dzieciom. Czytajcie więc książki, których czytanie sprawia wam przyjemność. Tak?

Głos z sali: [nie słychać]

C.S. Lewis?

Głos z sali: [nie słychać]

Nie, sądzę, że pięciolatek zrozumie C.S. Lewisa, jak najbardziej. Tak?

Głos z sali: Czy później czytałaś książki swoim nastolatkom?

Jasne. Czytaliśmy…

Głos z sali: [nie słychać]

Tak. Czytaliśmy „Mały domek na prerii” sama nie wiem ile razy. Czytałam prawie każdą książkę prawdopodobnie dwukrotnie. Tak… Tak?

Głos z sali: Jaki jest tytuł książki Harolda Pyle’a?

„Men of Iron” i „Otto of the Silver Hand”. Wszystkie książki są wymienione w naszej książeczce „Hand that Rocks the Cradle”. Mamy również książeczkę p.t. „Lives in Print”, która wymienia biografie. Lista w „Hand that Rocks the Cradle” w większości zawiera fikcję.

Dobrze, przejdźmy do numeru 6 – Plastyka i zajęcia artystyczne. Małe dzieci uczą się przede wszystkim poprzez zmysły, więc zanim skończą 10 lat potrzebują wielu zajęć związanych z manipulowaniem dłońmi. Należy zapewnić dziecku miejsce, narzędzia i czas, aby rozwinęło swoje zdolności twórcze wykorzystując sztukę. W salonie czy gdziekolwiek, gdzie czytasz na głos swoim dzieciom, powinieneś mieć nisko zawieszoną półkę, którą zapełnisz dobrej jakości przyborami plastycznymi – dobrej jakości kredkami ołówkowymi, papierem, folderami z próbkami tapet, kawałkami materiału, klejem, gliną, tego typu różnorodnymi rzeczami. Trzeba też mieć mały stół i krzesła, tak żeby dzieci mogły wyciągnąć swoje przybory, kiedy mają na to ochotę i zająć się zabawą nimi. Nie trzymajcie przyborów plastycznych na wysoko zawieszonej półce, żeby nie musiały prosić mamusi o ściągnięcie ich z góry. To nie zachęca dzieci do kreatywności. Niech będzie tak, żeby same mogły je wyciągnąć, kiedy tylko będą chciały. Oczywiście naucz dzieci utrzymywania porządku. To jasne, że estetyka twojego domu i ogrodu na tym nie zyska, ale twoim celem powinno być umożliwienie dzieciom rozwoju ich zdolności twórczych. I nie każcie im odkładać wszystkiego na miejsce. Jeżeli zajmują się jakimś projektem, nie każcie im go odkładać na koniec dnia, ale pozwólcie trzymać go na wierzchu. Nic tak nie tłamsi kreatywności młodego artysty niż konieczność przerwania pracy nad projektem i odłożenia go na koniec dnia. Oczywiście czasami trzeba zastopować jakiś projekt, ale pozwólcie dzieciom na kreatywność.

Numer 7 to wycieczki i biblioteki. Wybierajcie się często na wycieczki. Wygospodarujcie czas na uczestnictwo w koncertach i przedstawieniach teatralnych, wizyty w muzeach i na wystawach. Odwiedzajcie miejsca pracy. Kiedy wasze dziecko ma 4 czy 5 lat, zacznijcie chodzić na lokalne targi naukowo-techniczne. Czy ktoś z was był kiedyś na targach naukowo-technicznych? W porządku… Zwykle organizowane są mniej więcej w lutym bądź marcu. Można tam obserwować różne rodzaje projektów i eksperymentów oraz zachęcić dziecko – jeśli ma około trzynastu lat lub więcej – do zastanowienia się czy chciałoby uczestniczyć w którymś z nich. Wcześnie wypracuj zwyczaj cotygodniowego odwiedzania biblioteki. Oczywiście, kiedy twoje dziecko jest małe, zaczniesz od lokalnej biblioteki publicznej. Naucz je jak rozmawiać z bibliotekarką, gdzie jest literatura piękna, gdzie publicystyka i biografie, a także jak korzystać z komputera. A później, kiedy dzieci mają około dwunastu lat, zabierz je do dobrej biblioteki w college’u, gdzie używają systemu Biblioteki Kongresu. Naucz dzieci jak szukać książek używając tego rodzaju systemu. I wreszcie, przed ukończeniem przez nie piętnastu lat, zabierz je do dobrej, bardzo dużej biblioteki uniwersyteckiej. Jaką macie tu największą bibliotekę uniwersytecką? W porządku. Ilu z was było w tej bibliotece razem z dziećmi? Ok… Zanim skończą osiemnaście lat, powinny być mniej więcej zaznajomione z przeszukiwaniem katalogów w dużej bibliotece uniwersyteckiej. Oczywiście nauczycie się tego wraz z nimi. Jeżeli nie wiecie jak to robić, to jeśli dzieci są małe, zaczniecie od małych kroczków, a potem nauczycie się więcej.

Numer 8 to praca i służba. Rozwiń w swoim dziecku miłość do pracy i służby. Od momentu, w którym opanuje chodzenie i mówienie, trzeba, by miało stałą pracę do wykonania. Nie mówię tylko o karmieniu lalki i ścieleniu łóżka, mówię o tym, że pięciolatek jest absolutnie zdolny do odłożenia całego prania, do poskładania i odłożenia na miejsce całego prania. Dziesięciolatek może przygotowywać proste posiłki, od początku do końca. Dzieci w każdym wieku mogą sprzątać i porządkować dom. Ty jako matka nie powinnaś chodzić za nimi i zbierać, zbierać, zbierać różnych rzeczy, a potem je odkładać – wiesz, że to może trwać cały dzień. Dzieci powinny robić to wszystko zamiast ciebie. Ja nie gotuję. Nie gotuję od lat. Moje dziewczynki… Przekazałam moim dziewczynkom jurysdykcję mojej kuchni. Zajmują się… Zarządzają całym gospodarstwem domowym za mnie. To powinien być wasz cel. Do czasu kiedy wasze dzieci staną się nastolatkami, powinny być w stanie poprowadzić gospodarstwo domowe. Wraz z pracą, dzieci powinno się uczyć służby. Prawdopodobnie macie wiele okazji do prac społecznych na tak dużym terenie. Kiedy nasze dzieci były młodsze, regularnie odwiedzaliśmy domy opieki. Jest mnóstwo innych okazji do zaangażowania się w wolontariat. Nasze dziewczynki szydełkowały maleńkie buciki z przędzy dla różnych organizacji broniących prawa do życia. Gdy kobieta ma pozytywny wynik testu ciążowego, dostaje takie buciki jako pierwszy prezent dla dziecka. Innym miejscem, w którym można praktykować służbę jest oddział intensywnej terapii dla noworodków w waszym lokalnym szpitalu. Czy są tu szpitale uniwersyteckie?

Głos z sali: Wiele szpitali dla dzieci… [nie słychać]

Ok. Możecie się tam popytać. Oni potrzebują szpitalnych ubranek dla urodzonych tam noworodków, ubranek, dla dzieci, które wychodzą do domu oraz dla zmarłych noworodków. Numer 9 to dyscyplina. Niektórzy zastanawiają się dlaczego mówimy o dyscyplinie na takim seminarium jak to, poświęconym edukacji domowej. Odkryliśmy jednak, że jeśli zaniedbuje się obszar dyscypliny, to równie dobrze można zapomnieć o nauce. Dzieci nigdy nie nauczą się samodyscypliny, jeśli dorośli nie będą ich w tym ćwiczyli. Dziecko, które nie rozwinęło samodyscypliny odniesie porażkę w wielu dziedzinach, łącznie ze studiami, do których macie nadzieję je przygotować. Oto pytania, które możecie sobie zadać: czy jestem zadowolona z posłuszeństwa moich dzieci? Czy jestem zadowolona z posłuszeństwa mojego dziecka? Czy przebywanie w towarzystwie mojego dziecka sprawia mi przyjemność? Czy przebywanie w towarzystwie mojego dziecka sprawia mi przyjemność? Czy moje dzieci darzą mnie czcią i szacunkiem, czy postrzegają mnie jako królową, a tatusia jako króla, a one same są małymi szkolącymi się służącymi? To one mają służyć tobie, a nie na odwrót. Jeśli odpowiedź na którekolwiek z tych pytań brzmi „nie”, to powinnaś przeszacować swoje priorytety. Jeśli nie doświadczasz bezwarunkowego posłuszeństwa ani szacunku ze strony swoich dzieci, niezależnie od ich wieku, wówczas całe przedsięwzięcie, jakim jest edukacja domowa, napotka wiele trudności. W odniesieniu do kwestii bezwarunkowego posłuszeństwa gorąco polecamy książkę wydaną po raz pierwszy w 1843 roku. Ma tytuł „The Mother at Home”, a autorem jest John Abbott. „The Mother at Home” Johna Abbotta. Ta książka jest cennym źródłem służącym szkoleniu, z perspektywy biblijnej, młodych kobiet w sztuce bycia matką. Nie pozwalaj swojemu dziecku ignorować cię. Ty jesteś bezpośrednim powodem, dla którego ono żyje. Kiedy mu coś mówisz, upewnij się, że cię słyszy.

Ostatnią rzeczą, numer 10 jest – daj swojemu dziecku wiele czasu na zabawę i odkrywanie. Hej, co pominęłam?

Głos z sali: Matematykę.

Zgadza się, pominęłam matematykę. Ok. Porozmawiamy o tym w dalszej kolejności. W porządku, przechodzimy dalej. Etap późniejszej wiedzy. 10 rzeczy do zrobienia, gdy dziecko ma od dziesięciu do dwunastu lat. W ciągu całego etapu wiedzy, czyli od narodzin do ukończenia dwunastego roku życia, dziecko zdobywa wiedzę. Na tym późniejszym etapie, kiedy ma od dziesięciu do dwunastu lat, dyscyplina akademicka staje się bardziej ukształtowana i formalna, zaś nauka gramatyki języka formalnego i matematyki rozpoczyna się. Rozważcie tę podstawową zasadę edukacji domowej. Doba ma tylko 24 godziny. Ilu z was zgadza się z tym zgadza? Dobrze… Chcę, żebyście mieli to na względzie, kiedy będziecie decydować których z wielu przedmiotów wasze dziecko będzie się uczyć w ciągu lat spędzonych na szkolnej nauce i jaki jest najwłaściwszy sposób wykorzystania czasu, którym dysponujecie. Mamy do dyspozycji tylko 24 godziny w ciągu dnia. Przed ukończeniem dziesięciu lat większość dzieci wkracza w etap późniejszej wiedzy. Jest to mniej więcej ten wiek, kiedy dzieci są gotowe do bardziej formalnej nauki. W wieku około dziesięciu lat zapala się światełko, mózg staje się fizycznie zdolny do tworzenia bardziej skomplikowanych połączeń, które między innymi sprawiają, że dziecko jest zdolne do rozumienia abstrakcyjnych pojęć, a także pomagają mu w zachowaniu samodyscypliny i samokontroli.

Omówimy teraz listę rzeczy, które należy zrobić, kiedy dzieci mają od dziesięciu do dwunastu lat.

Numer 1 to ponownie rodzinne praktykowanie religii. Uważamy, że regularne praktykowanie religii w rodzinie nie jest tylko dodatkiem, czymś co dodajemy na koniec dnia, jeśli tak się akurat złoży, że mamy na to czas. Przed ukończeniem dziesięciu lat twoje dziecko jest w stanie szybko przyswoić sobie nauki biblijne dzięki wskazówkom ojca.

Numer 2 to literatura i czytanie na głos. Teraz powinnaś wymagać, żeby twoje dziecko codziennie przeczytało coś z klasycznej literatury lub poezji albo krótkie opowiadanie. Oczywiście wiele dzieci już sporo czyta samodzielnie przed osiągnięciem tego wieku. Stare podręczniki takie jak McGuffey są dobrym źródłem tego rodzaju literatury. Nie trzeba koniecznie kupować lektur poziomowanych, można skorzystać z biblioteki. I chociaż teraz twoje dzieci czytają samodzielnie, powinnaś nadal czytać im na głos dwie godziny dziennie. To prawdopodobnie będzie wasza ulubiona część edukacji domowej. Niektóre z polecanych przez nas książek to „Lorna Doone” Richarda Blackmore’a i „39 kroków” Johna Buchana. Ilu z was czytało „Robinsona Crusoe”, oryginalną wersję? To jest naprawdę… To wspaniała książka. Albo książki G.A Henty’ego. Są bardzo dobre. Które książki najchętniej czytacie na głos?

Głos z sali: ”Małe kobietki”.

„Małe kobietki”.

Głos z sali: „Ania z Zielonego Wzgórza”.

„Ania z Zielonego Wzgórza”, dobrze.

Głos z sali: „Hobbit”.

„Hobbit”? Moje dzieci bardzo lubią tę książkę, a ja jej nie znoszę. Moje dzieci ją uwielbiają, a ja zwyczajnie nie rozumiem tych wszystkich słów, nazw i całej reszty. W porządku… Kontynuujcie zapamiętywanie i relacjonowanie na głos fragmentów utworów literackich i poezji. Czytanie interpretacyjne jest prostą metodą łatwego zaznajomienia uczniów ze sztuką przemawiania i prowadzenia dyskusji. Przyzwyczaja ich do występowania przed publicznością i umożliwia ćwiczenie kontaktu wzrokowego. Konkursy formalnych przemówień i dyskusji zawierają elementy czytania interpretacyjnego.

Numer 3 to historia. Historia jest bardzo obszernym przedmiotem z wieloma różnorodnymi zmiennymi. Przed ukończeniem dziesięciu lat dziecko powinno czytać książki historyczne i opowiadać ci to co przeczytało. Biografie, autobiografie i fikcja historyczna idealnie nadają się do tego celu i oczywiście wielu z tych książek można szukać w bibliotece. Możesz uczyć historii w kolejności chronologicznej albo zgodnie z zainteresowaniami dziecka, albo też robić jedno i drugie w zależności od celów, jakie ci przyświecają. Chronologiczna nauka historii powinna się rozpocząć od najdawniejszych czasów i postępować epoka po epoce aż do czasów współczesnych. Dla wielu to idealny sposób uczenia się historii. Niektórzy uczą się jej całej w 2 lata, inni rozciągają naukę do trzech lat, a jeszcze inni do czterech. Jeśli nie uczyliście historii w porządku chronologicznym, to możecie zacząć, kiedy najstarsze dziecko skończy 10 lat lub zdecydować, że odłożycie to na później. Matka, która ma tylko jedno lub dwoje dzieci prawdopodobnie zorganizuje chronologiczną naukę historii bez większego trudu, jednak w przypadku większej liczby dzieci, szczególnie małych, nauka historii najprawdopodobniej straci nieco ze swojego chronologicznego charakteru i być może trzeba ją będzie dopasować do zainteresowań dzieci, przynajmniej do czasu, kiedy najmłodsi uczniowie trochę podrosną. Tak więc twoja oś czasu będzie służyła do poprawiania możliwego braku ciągłości w przyjętym przez ciebie podejściu poprzez ukazywanie ciągłości historii. Nie martwcie się zatem, jeśli nie możecie prowadzić ściśle chronologicznej nauki historii. To nie zabije waszych dzieci. Jeśli chcecie uczyć zgodnie z zainteresowaniami dziecka, to nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań. Podręcznik do historii, taki jak „Streams of Civilization”, może wam służyć jako podstawa i pomóc w chronologicznym nauczaniu tego przedmiotu, ale oczywiście będzie jedynie podbudową, szkieletem, w oparciu o który dodacie inne źródła historyczne. Należy uzupełnić podręcznik do historii lekturą źródeł bezpośrednich: biografii, autobiografii, pamiętników oraz fikcji historycznej. O źródłach bezpośrednich będziemy mówić później. Dobrze… Pominę zeszyt do historii i przejdę do jarmarków i konkursów historycznych. Czytanie i nauka historii to nasze ulubione elementy edukacji domowej. Przez wiele lat nasza rodzina organizowała jarmark historyczny dla prowadzących edukację domową. Odkąd skończyły 10 lat, nasze dzieci co roku musiały przygotować projekt z historii. Przygotowując taki projekt dziecko udoskonala swoją umiejętność przeszukiwania katalogów bibliotecznych. Projekt z historii może obejmować dowolną liczbę rzeczy. Nasze były trójwymiarowe i generalnie wyglądały trochę jak projekty na jarmark naukowy. Mieliśmy ilustracje, osie czasu, drzewa genealogiczne i rozmaite tego typu rzeczy, a także relacje świadków i innego rodzaju dane w zależności od tematyki projektu. Dzieci przebierały się w odpowiednie kostiumy i prezentowały rozmaite artefakty. Po zaprezentowaniu projektu na jarmarku historycznym, często przenosiliśmy go do biblioteki, gdzie dodatkowo był pokazywany. W naszej książce p.t. „Teaching the Trivium” znajduje się lista konkursów dla prowadzących edukację domową. Wśród nich są też konkursy historyczne, w których można wziąć udział. A teraz kopiowanie i dyktowanie.

A teraz kopiowanie i dyktowanie. Numer 4 to wypracowania. Przed ukończeniem dziesięciu lat uczniowie powinni być biegli w kopiowaniu. Pamiętacie, kopiowanie polega na tym, że kładziecie przed dzieckiem to co chcecie, żeby skopiowało, słowo po słowie. W wieku około dziesięciu lat dzieci mogą być gotowe do przejścia do dyktand. Niektóre dzieci mogą być na to gotowe w wieku dziesięciu lat, inne wcześniej, jeszcze inne później. Dyktanda są odrobinę trudniejsze niż kopiowanie, ponieważ teraz matka mówi to co chce, żeby dziecko zapisało, a więc dziecko musi słuchać, słyszeć i zapisać to, co słyszy. Rozumiecie więc, że jest to trochę trudniejsze niż zapisywanie tego co się widzi. Dziecko musi coś usłyszeć, zobrazować to w swojej głowie, a następnie zapisać. Niektóre dziesięcioletnie dzieci najzwyczajniej w świecie nie są jeszcze gotowe na dyktanda. Inne są gotowe dużo wcześniej. Kolejnym krokiem w procesie nauki pisania są pamiętniki oraz listy do krewnych i korespondencyjnych przyjaciół. Tutaj dziecko łączy umiejętność kopiowania z umiejętnością narracji. Musi teraz stworzyć w swoim umyśle to co zapisze na kartce, a zatem kiedy pisze w pamiętniku, musi to nie tylko zapisać, ale stworzyć w swoim umyśle. Musi to wymyślić, musi pomyśleć o zdaniu, a potem je zapisać i to jest kolejny krok po dyktandach – kopiowanie, dyktanda, twórcze pisanie. Niektórzy chłopcy po prostu nie są do tego zdolni w wieku dziesięciu lat, nie potrafią wymyśleć żadnej rzeczy, którą mogliby zapisać. Poza tym mają też alergię na ołówki, ale to… A zatem nasza droga do nauki gramatyki może się rozpocząć od kopiowania. Ty, matka, piszesz list, a dziecko go kopiuje. Następnym krokiem jest to, że matka dyktuje list do babci, zaś w ramach trzeciego dziecko samo tworzy list do babci. Jest to więc stopniowy postęp. Musisz sama zdecydować kiedy twoje dziecko jest gotowe na następny krok. Umiejętność pisania konspektów. Większość rodzin potrzebuje pomocy w nauczaniu umiejętności pisania konspektów. Większość z nas wszystko zapomniała z czasów, gdy chodziliśmy do szkoły. Umiejętność pisania konspektów można włączyć do programu nauki pisania albo kupić książkę o tym jak pisać konspekty. Naukę pisania konspektów rozpoczynamy, gdy dziecko ma około 12 lat.

Numer 5… Może są pytania? Dobrze, numer 5 to ortografia i gramatyka angielska. Przed ukończeniem dziesięciu lat twoje dziecko potrafi zrozumieć abstrakcyjne gramatyczne pojęcia rzeczownika, czasownika i dopełnienia bliższego i może się bez trudu nauczyć gramatyki angielskiej czy gramatyki jakiegokolwiek innego języka. Polecamy zacząć, kiedy dziecko ma około dziesięciu lat. Abstrakcyjne pojęcia matematyki formalnej i gramatyki formalnej najlepiej odłożyć do czasu, kiedy dziecko jest rozwojowo gotowe do ich zrozumienia. Przed ukończeniem dziesięciu lat zapamiętywanie, narracja, czytanie na głos i kopiowanie budują solidne podstawy dla wpajania gramatyki formalnej w wieku dziesięciu lat. W najnowszym numerze pisma „Homeschooling Today” znajduje się znakomity artykuł Ruth Beechick, w którym autorka pisze o odłożeniu na później gramatyki formalnej i powodach, dla których się to robi.

Numer 6 to łacina i greka. Możesz zapoznać swoje dzieci z tymi dwoma alfabetami już w bardzo wczesnym wieku. Pamiętacie, mówiliśmy o tym dzisiaj. Jeśli nie rozpoczęliście nauki przed etapem późniejszej wiedzy, sugerujemy, że trzeba to zrobić jak najszybciej. Alfabetu greckiego można uczyć równolegle z alfabetem angielskim. Kiedy dziecko opanuje umiejętność pisania w alfabecie greckim, wówczas ćwiczenia na kopiowanie mogą uwzględniać fragmenty z Nowego Testamentu po grecku. Nauka gramatyki łacińskiej może się rozpocząć, kiedy dziecko ma 10 lub 11 lat, podobnie jak gramatyki greckiej. Proponowany tok nauki… Powiedzmy, że chcesz nauczyć dwóch języków, zdecydowałaś, że chcesz nauczyć zarówno greki, jak i łaciny. Sugerujemy, żebyście zaczęli od greki, kiedy dzieci są jeszcze bardzo małe. Uczcie alfabetu, a potem, gdy będą mieć 10 lat, przejdźcie do gramatyki łacińskiej. Nauka alfabetu łacińskiego przebiega bardzo szybko, więc nie trzeba spędzić nie wiadomo jak wiele czasu ucząc się go. Zatem kiedy dzieci mają około dziesięciu lat wprowadźcie gramatykę łacińską, a potem, po mniej więcej trzech latach, można przejść do gramatyki greckiej. Zróbcie tak wtedy, gdy chcecie nauczyć obu języków.

Głos z sali: Mam pytanie.

Tak?

Głos z sali: Czy polecasz nauczanie gramatyki angielskiej równocześnie z gramatyką łacińską?

Tak. Tak.

Głos z sali: Czyli uczą się przymiotnika w obu językach?

Tak. Można tak zrobić. Uważamy, że 3 lata nauki gramatyki angielskiej wystarczą – wtedy, gdy dziecko ma od dziesięciu do dwunastu lat – a następnie można porzucić gramatykę angielską po to, by więcej czasu poświęcić nauce gramatyki łacińskiej czy greckiej. Dziesięciolatek może spędzić 15 minut dziennie na nauce łaciny, podczas gdy dwunastolatkowi można wydłużyć ten czas do 30 minut. W porządku.

Numer 7 to wczesna logika. Przed ukończeniem dziesięciu lat dzieci znajdują się na etapie późniejszej wiedzy. Są zdolne jedynie do wykonywania podstawowych ćwiczeń z logiki. Formalny kurs logiki przekracza ich zdolności rozwojowe. Jest wiele ćwiczeń z wczesnej logiki, które mogą być pomocne, na przykład seria zeszytów do ćwiczeń p.t. „Bulding Thinking Skills”. Dziesięciolatek jest w stanie wykonać ćwiczenia z „Building Thinking Skills Book 2”, jedenastolatek z „Building Thinking Skills Book 3 Figural”, a dwunastolatek z „Building Thinking Skills Book 3 Verbal”. To są wszystko ćwiczenia z wczesnej logiki. To jeszcze nie jest prawdziwa logika, a jedynie wczesna logika, „pre-logika”, która ma wam pomóc przygotować się do nauczania dzieci logiki, gdy będą miały około trzynastu lat. „Building Thinking Skills”… To wszystko znajduje się w naszym katalogu, możecie to zobaczyć w naszym katalogu.

Numer 8 to arytmetyka. Dla dziesięciolatka, który nie uczył się dotąd z ćwiczeń czy podręcznika do matematyki, doskonale nadaje się podręcznik dla klasy szóstej. Pominięcie matematyki w programie nauczania od przedszkola do piątej klasy na pewno nie wpłynie negatywnie na późniejsze wyniki w nauce tego przedmiotu. Nie musisz wystawiać na próbę zainteresowania swojego dziecka ani własnej cierpliwości próbując skłonić je do zrozumienia czegoś, czego nie pojmie ze względu na niewystarczającą liczbę odpowiednich połączeń w mózgu. Wystarczy jednak poczekać aż dziecko skończy 10 lat, kiedy będzie rozwojowo gotowe, aby bez trudu zrozumieć pojęcia matematyczne, a nauka arytmetyki stanie się bardzo prosta. To co było boleśnie rozciągnięte na 5 poprzednich lat, może być teraz skondensowane bezboleśnie nawet do tak krótkiego okresu jak miesiąc. Nie twierdzimy, że masz trzymać swoje dziecko z dala od cyfr do czasu, gdy skończy 10 lat, absolutnie nie. Dzieci liczą przez cały czas. Jeśli zachęcasz je do nauki, to będą zadawać wiele pytań i będziesz mieć mnóstwo okazji do nieformalnego uczenia liczb i miar. Sugerujemy więc, żebyście przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat uczyli arytmetyki w sposób nieformalny. Lista kilku sugestii na temat tego co rozumiemy przez nieformalne uczenie matematyki znajduje się w książce p.t. „Teaching the Trivium”, jak również na naszej stronie internetowej. Nie zachęcamy do formalnego nauczania z zeszytu do ćwiczeń przed ukończeniem przez dziecko dziesięciu lat, chyba że wykazuje ono autentyczne zainteresowanie i potencjał umożliwiający przyswojenie takiej formalnej nauki. Nauczanie dziecka, które nie ukończyło dziesięciu lat, wymaga położenia nacisku na rozwój komunikacji werbalnej, więc lepiej spożytkujesz ten czas rozwijając jego słownictwo, które jest pierwszym wskaźnikiem inteligencji. Pamiętajcie o zasadzie, że „doba ma tylko 24 godziny”. Znacznie lepiej  wykorzystasz czas czytając dziecku książki na głos niż zmuszając je do zmagania się z pojęciami matematycznymi, do których zrozumienia po prostu nie jest jeszcze rozwojowo gotowe. W piśmie „Homeschooling Today” z września-października 1995 roku jest artykuł p.t. „Solution to a Math Problem”. Autorka artykułu wyjaśnia to w ten sposób: masz dziecko w wieku przedszkolnym, pięcioletnią córkę. Dajesz jej ćwiczenia do matematyki na poziomie przedszkola i ona dobrze sobie z nimi radzi, ponieważ to zasadniczo kształty, kolory i tym podobne. Potem przychodzi pierwsza klasa i dajesz jej pierwsze ćwiczenia do matematyki dla pierwszej klasy. Nagle styka się z takimi pojęciami jak wartość miejsca. Nie wie co to znaczy, ale ponieważ jest bystra, może wpaść na procedurę umożliwiającą znalezienie prawidłowej odpowiedzi. Jednak potem już nigdy nie czuje się do końca pewnie, ponieważ nauka matematyki stała się żmudnym procesem zapamiętywania procedur. My sugerujemy wyłącznie, że można zaczekać aż dziecko skończy 10 lat i dopiero wtedy wprowadzić takie abstrakcyjne pojęcia jak wartość miejsca, ułamki i tego rodzaju rzeczy, bo wtedy dziecko pojmie je w oka mgnieniu. Zaoszczędzisz dużo czasu zanim skończy 10 lat, będziesz mogła spożytkować ten czas czytając na głos dzieciom zamiast spędzać godzinę dziennie próbując przekonać je do matematyki, której tak naprawdę nie rozumieją. Jednak jeśli twoje dziecko jest nad wiek rozwinięte i rozumie pojęcia matematyczne – wiesz, że je rozumie – i chce się uczyć matematyki, a ty uważasz, że w ten sposób dobrze wykorzystacie wasz czas, to jak najbardziej przerabiaj z dzieckiem ćwiczenia do matematyki. My sugerujemy po prostu, że być może mogłabyś odłożyć na później formalne nauczanie matematyki. Są pytania? Tak?

Głos z sali:… tabliczkę mnożenia?

Tabliczkę mnożenia? Cóż, musisz zdecydować czy jest dla ciebie ważne, aby twoje dzieci się jej nauczyły. W naszej rodzinie wymagałam od dzieci, aby zapamiętały dodawanie ułamków zanim skończyły 11 lat, sądzę, że miały 10 albo 11 lat, a następnie mnożenie i dzielenie zanim skończyły 12 lat. Tak więc jeśli zdecydujesz, że twoje dzieci powinny zapamiętać tabliczkę mnożenia, to następne pytanie brzmi kiedy powinny się jej nauczyć. Możesz o tym sama zdecydować. Są jeszcze pytania w związku z matematyką? Jestem pewna, że macie pytania na ten temat.

Głos z sali: Jak doszliście do wniosku, żeby nie uczyć dzieci matematyki przez 10 rokiem życia?

Nie, nie wpadliśmy na ten pomysł. To nie jest bynajmniej nasz oryginalny pomysł. Raymond Moore jako pierwszy zwerbalizował tę koncepcję odłożenia formalnej matematyki na później i najpierw z Nathanem w 1980 roku, kiedy tworzyliśmy program nauczania w 1980 roku i on miał 4,5 roku, a matematyka… sądzę, że to były dwa zeszyty ćwiczeń do matematyki… Przeczytałam wcześniej Raymonda Moore’a i uznałam, że to szmira. Wyrzuciłam jego książki. On nie zna mojego syna, mój syn jest genialny. Pójdzie do szkoły średniej zanim skończy 12 lat. Przerobił więc podręcznik przedszkolny, podręcznik do pierwszej klasy, do drugiej klasy, wielki stos książek, i szło mu dobrze, zdał testy i inne tego rodzaju rzeczy, ale też codziennie płakał. To było straszne. Przed końcem tego trzeciego roku zaczęłam zdawać sobie sprawę, że Raymond Moore może coś jednak wiedzieć o koncepcji odłożenia formalnej matematyki na później, przeczytaliśmy jego książki i nasza filozofia edukacji w pewnym sensie ewoluowała przez lata. Zaledwie kilka lat temu przeprowadziliśmy badanie dotyczące faktycznej historii nauczania matematyki i możecie przeczytać artykuł na ten temat na naszej stronie internetowej. Sądzę, że chyba jest też w naszej książce. Odkładanie na później formalnej matematyki… Dawno temu nie uczono matematyki małych dzieci. [Więc, jeśli chcę się obrzydzić uczenie i ciekawość świata, to uczenie matematyki od wczesnych lat może być dobrym do tego sposobem? – BladyMamut] To nowa koncepcja, która pojawiła się w ciągu ostatnich stu lat. Widzicie, wasze dzieci mogą rozpocząć naukę matematyki na poziomie szóstej klasy, gdy mają 10 lat.

Numer 9 to nauki przyrodnicze. Etap wiedzy to etap obserwacji praw natury. Należy więc zapewnić dziecku czas, narzędzia i wiele okazji do eksperymentalnej obserwacji i badania rzeczywistości. Na etapie późniejszej wiedzy realizowanie programu może być dopasowane do zainteresowań dziecka i można je uzupełnić eksperymentami, tworzeniem kolekcji, badaniami przyrody i kopiowaniem. Pominę niektóre rzeczy, bo nie mamy czasu, żeby to wszystko omówić.

Przejdźmy do etapu rozumienia, dziesięciu rzeczy, które należy zrobić, gdy dziecko ma od trzynastu do piętnastu lat. Kiedy dzieci wkraczają w etap rozumienia, edukacja domowa staje się bardziej interesująca. Młode nastolatki zmieniają się w myślące, rozumujące, kwestionujące fakty istoty. Już nie zadowala ich wiedza na temat tego co się stało, chcą wiedzieć dlaczego. Jednakże na etapie rozumienia wielu rodziców martwi się, ponieważ program staje się trudniejszy, a dzieci zadają bardziej skomplikowane pytania. W rezultacie wielu rodziców rezygnuje z edukacji domowej i wysyła dziecko do szkoły. Ale to nie jest czas, by rezygnować. Zachęcamy rodziców, żeby wytrwali do końca. Pamiętajcie, że edukacja domowa jest dla rodziców, dzieci pojawiają się tylko na przejażdżkę. Mamy okazję do nauczenia się rozmaitych rzeczy, kiedy uczymy nasze dzieci.

Numer 1 to po raz kolejny rodzinne praktykowanie religii. Na poziomie rozumienia dziecko powinno się rozwijać pod względem wiedzy teologicznej. Wie nie tylko co Biblia mówi, zna nie tylko fabułę Pisma Świętego, ale zaczyna rozumieć co to znaczy, pojmuje bardziej subtelne implikacje i powiązania. Dziecko zaczyna zadawać pytania, a ojciec musi się nauczyć odpowiedzi. Ojciec staje przed wyzwaniem – musi się stać domowym teologiem.

Numer 2 – czytanie na głos. Należy kontynuować czytanie na głos wszystkim swoim dzieciom przez kilka godzin dziennie. Czytaj jak najbardziej różnorodne utwory literackie i kontynuuj narrację. Czy są jakieś pytania?

Numer 3 to historia i literatura. Na etapie rozumienia łączymy nauczanie historii i literatury, ponieważ te dwa przedmioty naprawdę wzajemnie się uzupełniają. Będziemy mówić o ośmiu kluczowych elementach uczenia historii i literatury, niezależnie od tego czy uczysz w porządku chronologicznym czy nadal zgodnie z zainteresowaniami dziecka.

Osiem kluczowych elementów.

Numer 3.1 to podręcznik do historii, taki jak „Streams of Civilization” lub jakikolwiek inny, który wybierzesz i który możesz wykorzystać jako podstawę do uczenia [nauczanie] historii. To będzie twój przewodnik, który będzie ci dawał pojęcie czego uczyć i nie pozwoli ci zboczyć z kursu, jeśli uczysz historii w porządku chronologicznym.

Numer 3.2 to konieczność konsultowania się tak często jak to możliwe ze źródłami bezpośrednimi. Do źródeł takich zaliczają się utwory literackie, które powstały w okresie, o którym uczysz, takie jak fikcja, eseje, sztuki czy przemowy. Na przykład, kiedy uczysz wczesnej historii Ameryki, możesz przeczytać „Of Plymouth Plantation” Bradforda. Kiedy uczysz historii amerykańskiej konstytucji, możesz przeczytać konstytucję, „The Federalists’ Papers”, „Anti-Federalists’ Papers”. Kiedy uczysz historii Grecji, możesz przeczytać „Anabazę” Ksenofonta. Twoje dziecko może pisać konspekty, opisy bądź streszczenia tych utworów literackich. Niektórzy będą się zastanawiać w jaki sposób skoordynować epoki historyczne z literackimi źródłami bezpośrednimi. Obecnie mamy do dyspozycji liczne źródła, które mogą nam pomóc. Modułowe programy nauczania, takie jak „Konos”, „Beautiful Feet”, „Mystery of History”, „Tapestry of Grace” – wszystkie one są bardzo przydatne w skoordynowaniu nauczania historii i literatury. Jest seria zeszytów ćwiczeń p.t. „Critical Thinking in U.S. History”, które uczą jak stosować logikę w odniesieniu do historii poprzez analizę i ocenę źródeł bezpośrednich. To jest strona z „Critical Thinking in U.S. History” – „Kto pierwszy strzelił pod Lexington Green?” Czy byli to Brytyjczycy czy koloniści? W tym rozdziale znajdziecie trochę źródeł bezpośrednich – zaprzysiężone zeznania, fragmenty pamiętników ludzi, którzy faktycznie tam byli. Dziecko uczy się analizować źródła bezpośrednie i decydować czy autor jest stronniczy i czy dane źródło jest źródłem bezpośrednim czy pośrednim. To ci pomoże w nauczaniu historii.

Numer 3.3 to oś czasu, która będzie doskonale służyła uczniowi do lokalizowania wydarzeń w ogólnym schemacie czasu w odniesieniu do innych wydarzeń. Oczywiście oś czasu wprowadzisz najprawdopodobniej już na etapie wczesnej wiedzy.

Numer 3.4 to konieczność korzystania z map, atlasów historycznych i globusów.

Numer 3.5 to uporządkowany zeszyt do historii, który każde dziecko powinno prowadzić. Powinien być zapełniony jego notatkami, konspektami, rysunkami, esejami i opisami.

Numer 3.6 to czytanie na głos biografii, autobiografii i pamiętników ludzi, którzy żyli w epoce historycznej, o której uczysz.

Numer 3.7 to lektura fikcji historycznej i książek popularnonaukowych z biblioteki napisanych w epoce, o której uczysz.

Numer 3.8 to według mnie najważniejsza rzecz – zmień swoje nauczanie historii i literatury w projekt.

Część tych rzeczy będziemy musieli pominąć.

Numer 4 to wypracowania. Teraz, na etapie rozumienia, dziecko jest zdolne do tworzenia trudniejszych wypracowań, łącznie z pisemnymi opisami, konspektami wydarzeń, pisaniem streszczeń, esejów, a także twórczym pisaniem. Zajmę się teraz pisemnymi opisami. Są podobne do ustnych opisów z wyjątkiem tego, że teraz dziecko ma w ręce ołówek, na biurku leży kartka, a umysł dziecka musi pracować. Oto fragment z rozdziału „How I Taught Myself to Write” z autobiografii Benjamina Franklina. To wam da pojęcie o tym jak ludzie wykorzystują pisemne relacje, żeby opanować sztukę pisania. Oto cytat z Franklina:

„Od dziecka lubiłem czytać i wszystkie drobne kwoty, które trafiały do moich rąk wydawałem na książki. Jako że bardzo podobała mi się ‘Wędrówka Pielgrzyma’, moją pierwszą kolekcją były utwory Johna Bunyana w oddzielnych małych tomach. Później sprzedałem je, by móc kupić ‘Burton Historical Collection’. Znajomość z uczniami księgarzy umożliwiła mi pożyczenie niekiedy małej książki i bardzo pilnowałem, żeby ją oddać na czas i w dobrym stanie. Często siedziałem w swoim pokoju spędzając na lekturze większą część nocy, jeśli książka została wypożyczona wieczorem. Mniej więcej w tym czasie natrafiłem na stary egzemplarz pisma ‘Spectator’. Kupiłem go, czytałem raz za razem i byłem zachwycony. Uznałem, że styl jest znakomity i zapragnąłem, o ile to możliwe, naśladować go. W tym celu wziąłem trochę kartek, zapisałem krótką wskazówkę co do ogólnego sensu każdego zdania, odłożyłem kartki na kilka dni, a następnie, bez patrzenia do książki, spróbowałem uzupełnić zapiski rozwijając każdą zapisaną wskazówkę”.

Zatem Franklin wybrał fragment klasycznego utworu literackiego, przeczytał go kilka razy, a potem odłożył książkę na bok i napisał własnymi słowami to, co czytał. Odtwarzał to własnymi słowami. Tak właśnie Benjamin Franklin nauczył się jak pisać. Kilku innych znakomitych pisarzy również korzystało z tej metody. Wy także możecie zrobić z niej użytek w waszej domowej szkole. Niech wasze dziecko wybierze fragment klasycznego utworu literackiego. Zacznijcie od czegoś krótkiego, od niedługiego akapitu. Niech dziecko przeczyta ten fragment kilka razy, odłoży na bok i napisze to własnymi słowami. Ćwiczenie takie można wykonywać powiedzmy 2 lub 3 razy w tygodniu.

Numer 5 to przemówienia i dyskusje. Na etapie wiedzy uczniowie regularnie ćwiczyli interpretację. Na poziomie rozumienia kontynuujemy interpretację i możemy dodać przemówienia oraz ewentualnie dyskusje.

Numer 6 to języki. Dzieci na etapie rozumienia powinny nadal uczyć się gramatyki łacińskiej, ale można teraz dołączyć gramatykę grecką, jeśli uczycie dwóch języków. Uczniowie wciąż muszą prowadzić zeszyty do języków. Możesz zrezygnować z gramatyki angielskiej, jako że będziesz uczyć gramatyki języka obcego.

Numer 7 to logika. Ok, teraz dzieci są gotowe do nauki logiki formalnej, czyli prawdziwej logiki. Wiek 13 lat to idealny wiek do rozpoczęcia nauki logiki formalnej i nieformalnej. Oto nasze ogólne zalecenia dotyczące uczenia logiki formalnej. Pamiętacie, że przerabiacie „Building Thinking Skills” z dziećmi w wieku od dziesięciu do dwunastu lat. Teraz, gdy uczniowie mają 13 lat, możecie wprowadzić książkę p.t. „The Fallacy Detective”, którą napisał nasz syn. „The Fallacy Detective” jest dobrym wprowadzeniem do nauki logiki formalnej. Bardzo łatwo się z niej korzysta, uczy tylko sofizmatów. Gdy dziecko ma 14 lat, możesz zacząć uczyć z książki „Critical Thinking Book 1”, gdy ma 15 lat – z „Critical Thinking Book 2”. Pamiętacie, jak wczoraj mówiłam, że nauka logiki przypomina naukę pływania? Zaczynasz od brodzenia w wodzie, następnie wchodzisz do głębszej wody, a potem – gdy już nauczysz się pływać – do bardzo głębokiej. Jeśli chodzi o logikę, zaczynamy od „The Fallacy Detective”, a później przechodzimy do „Critical Thinking”. Potem, kiedy dziecko ma około szesnastu lat, czyli na etapie retoryki, możesz przejść do kursu video „Introductory Logic”. Jednak nie wprowadzałabym tego kursu przed przerobieniem tych dwóch książek. Matematykę pominiemy. Nauki przyrodnicze… Jeżeli o nie chodzi, chcę powiedzieć o serii książek „Exploring Creation” Jay’a Wile’a. Jest to doskonały kurs nauk przyrodniczych w formie samouczka, uwzględniający biologię, chemię, fizykę oraz kilka innych kursów, które polecamy.

Głos z sali: Jak się nazywa autor?

Nie usłyszałam?

Głos z sali: Jak się nazywa autor?

Jay, Jay Wile. „Exploring Creation”.

Głos z sali: Apologia…

Tak, wydawnictwo Apologia Educational Ministries. Tak. Coś przed biologią…

Głosy z sali: Ogólne nauki przyrodnicze.

Ogólne nauki przyrodnicze, następnie biologia, chemia, fizyka…

Głos z sali: Chemia zaawansowana.

Chemia zaawansowana, fizyka zaawansowana, biologia zaawansowana. To wszystko znakomite kursy. Najlepsze jest w nich to, że mają formę samouczka. Dzieci mogą je przerabiać same. W porządku, chyba mówiliśmy o… Powiedzieliśmy o nauce na etapie rozumienia, ale trzeba powiedzieć trochę więcej. Klasyczna domowa szkoła, jak sami mogliście zobaczyć, to nie tylko łacina i logika – to sposób na życie. W naszej edukacji domowej popełnialiśmy błędy. Oto jeden z nich. Ojciec powinien być więcej niż tylko w przenośni dyrektorem domowej szkoły. Dzieci na etapie rozumienia potrzebują ojca. Oczywiście dzieci w każdym wieku potrzebują zainteresowania ojca, jednak młode nastolatki jeszcze bardziej. W naszej rodzinie nie zawsze byliśmy tego świadomi. Szkoda, że nie możemy cofnąć się w czasie i zrobić niektórych rzeczy inaczej, ale być może inni wyciągną naukę z naszych błędów. Jeśli wasz syn ma właśnie pisać wyrazy podzielone na sylaby, a tatuś chce, żeby pomógł mu w koszeniu trawy, to koszenie trawy jak najbardziej powinno wygrać, ponieważ tata nie ma zbyt dużo czasu dla dzieci i trzeba ten czas jak najlepiej wykorzystać. Sugerujemy, żeby ojcowie przyjęli na siebie obowiązek nauczenia dzieci greki. To nie tylko pomoże dzieciom, ale także im samym w studiowaniu Słowa Bożego na wiele różnych sposobów. Również logiki najlepiej, żeby uczył ojciec. Oto fragment eseju, który nasz najstarszy syn Nathaniel napisał kilka lat temu:

„Kiedy miałem około trzynastu lat, rodzice oznajmili, że będziemy się uczyć logiki. Jakie myśli przeleciały wtedy przez mój anty-intelektualny umysł, nie potrafię teraz dokładnie powiedzieć, ale wyobrażam sobie, że nie były pozytywne. W tamtym czasie mój ojciec nie był jeszcze zaangażowany w naszą edukację, więc cały ciężar spoczął na barkach matki. Jeśli nie wiecie jak to jest uczyć się logiki od kobiety, nie wiem jak wam to opisać.”

Ale ja uczyłam logiki… Cytujemy to nie po to, by zasugerować wam, że matki nie potrafią uczyć logiki, ale by dać do zrozumienia, że być może ojcowie lepiej nadają się do tego zadania.

Nauczanie trivium

Nauczanie trivium