Książka Planowanie Zaludnienia – Regiony Przyspieszonego Wymierania – Walenty Majdański

Książka Planowanie Zaludnienia – Regiony Przyspieszonego Wymierania – Walenty Majdański

Regiony Przyspieszonego Wymierania. Fragment z książki Planowanie Zaludnienia – Walenty Majdański << plik

„Planowanie zaludnienia (…) wyrasta na jedno z generalnych zadań przyszłości, tak w XX wieku, jak w kilku co najmniej wiekach następnych.(…) Choć jednak olbrzymia jest już na ten temat literatura tak naukowa, jak i publicystyczna, zwłaszcza na Zachodzie, to ciągle jeszcze, rzecz dziwna, ząbkuje, a raczej wstydliwie jest omijany jeden z tego zakresu dział wiedzy -jakość moralna planowania, jego zgodność z prawem natury. (…)
Co sama idea planowania niesie gatunkowi Homo sapiens? Problematyczna bowiem wydawałaby się nam przyszłość takiego gatunku ze świata fauny, o którym dowiedzielibyśmy się, że zastanawia się, czy się rozradzać i na ile się rozradzać. Wszak refleksja taka jest bliska hamletowskiej myśli:  to be, or not to be? Czy być? Czy istnieć?” – Walenty Majdański, Planowanie zaludnienia

„Przeczytanie dzieła p. Majdańskiego Planowanie zaludnienia dzięki niecodziennym walorom literackim, naukowym i moralnym pracy dało mi wiele zadowolenia.(…) Na szczególną uwagę zasługuje szczęśliwie
pomyślane i przeprowadzone uwydatnienie rozstrzygającej roli czynnika moralnego oraz trafne określenie jego istoty. Uważam rychłe wydrukowanie dzieła za ze wszechmiar wskazane. Nie wątpię w jego poczytność (…) Problem staje się coraz bardziej palący.” – prof. Adam Krzyżanowski

Planowanie Zaludnienia - Walenty Majdański

ROZDZIAŁ IV REGIONY PRZYSPIESZONEGO WYMIERANIA

Cywilizacja zachodnia w obecnej fazie jest wielkomiejska. Wielkie miasto narzuca wszystkim styl postępowania. Jednocześnie styl ten staje się coraz bardziej modą, a więc zwyczajem dorywczym. Stąd krótkofalowość, dychawiczność współczesnego życia, dominujący w nim rys tym­czasowości.

Mimo to moda jest modą. Działa jak nacisk opinii publicznej, jak obo­wiązek społeczny, choćby była niemoralna, niemądra i jak najbardziej chwilowa. Toteż rzadko kto ma odwagę rozwiązywać wbrew modzie te sytuacje, które są objęte modą, i które z tego powodu z góry niejako są włączone w obcęgi szablonu. Giną przy tym mody indywidualne i mody regionów, prowincji, zwycięża moda wielkiego miasta, tu bowiem wy­stępuje ona najbardziej zwarcie i masowo, a przez niezliczone kontakty codzienne ludzi z ludźmi – modnych z modnymi – mnoży się jej siła sugestywna, jej więc niejako oczywistość, spontaniczność, konieczność. Urasta w ten sposób moda wprost na prawo natury.

Kto narzuca modę? Najczęściej zespoły bez poczucia odpowiedzialno­ści. Zresztą wielkie miasta, to ogromne masy ludzkie, a wśród tłumów łatwo o psychozy. Widząc coraz mniejszą ilość stylów życia, jego odmian, człowiek coraz bardziej się lęka być przytomnym w tłumie naelektry- zowanym psychozą i postępować według własnych przekonań, a nawet – sumienia. Szczególnie miażdżąco wpływa wielkie miasto na życie kraju celowo produkującego standaryzowanego człowieka, a któż zaprzeczy, że im więcej wielkich miast i im większy w nich procent ludności kraju, tym łatwiej o obywatela, którego społeczeństwo wypuszcza spośród siebie jak spod stempla. Sztancowany obywatel jest z kolei idealnym odbiorcą mody. Postępuje jak w półśnie, działa jak pod hipnozą. Wyradza się w maszynę, a tak planowane życie – w fabrykę snów, w których klimacie społeczeń­stwo ma żyć.

Widać to i na terenie populacji. Tu również tyranizuje moda. Któż miałby odwagę rodzić troje dzieci, gdy całe miasto ma po dwoje? Kto zaryzykowałby dziesięcioro, jeśli za najmądrzejszych uchodzą bezdzietni lub bezżenni?

A właśnie od czasu, gdy przyjęło się wśród Europejczyków regulować potomstwo, wielkie miasta nie tylko wyprzedziły pod tym względem inne środowiska, ale najepidemiczniej planują zaludnienie. Że jednak z wiel­kich miast idzie ta moda, wygląda na nieszkodliwą, owszem: na idealnie nowoczesną i postępową. Jeśli zaś wykazywaliśmy, że tym mniej dzieci, im więcej osób bogatych i wykształconych, to czyż nie należy dodać, że tym mniej dzieci u bogaczy i wykształconych, im więcej ich małżeństw w wielkich miastach?

Niemałą też rolę w podtrzymywaniu psychozy wyludnień gra w wiel­kich miastach szczupłość terenu.

Obywatel, nie zdając sobie nawet sprawy, czuje się na miejskim bruku jak mieszkaniec maleńkiej wyspy rojącej się od ludzi. Nie mogą się oni tu pomieścić na samym przyziemiu, więc układają się warstwami jedni nad drugimi na piętrach kamienic wielopłaszczyznowych, bo wielopię­trowych. Może z tego powodu im ludniejsze miasto, tym bardziej mu do twarzy z wielopiętrowymi drapaczami? Czyżby dlatego w małej mieścinie nikt nie wystawiał niebotyków? Wielopiętrowe budownictwo w wielkich miastach, to jakby czerwone światła ostrzegawcze, to plastyczne symbole przeludnienia – dla oczu przechodniów, to krzyk w ich stronę: „Nie rodzić więcej!”

Nie wzmacnia to dynamiki rozrodczej, przeciwnie, paraliżuje ją. Bo jakże ma się spokojnie rozradzać człowiek, mieszkający w ostrzegaczu przed przeludnieniem? Co prawda budowla pięćdziesięcio-, a tym bar­dziej stupiętrowa naprowadza na myśl: jak śmiało może się zwiększać, wypiętrzać ludność świata! Ale mało kto tak patrzy: bo rzadko kto jest optymistą. Optymizm kosztuje. O wiele łatwiej być pesymistą.

Dla wygodnego mieszczanina-pesymisty wielopiętrowa architektura wielkiego miasta przy ogromnej tamże ludności pognębia jego witalność biologiczną, bo wywołuje w nim nie opuszczające go nigdy przeświad­czenie o przeludnieniu katastrofalnym, trwającym tu w permanencji. „Obraca się” niejako na takie dictum psychika mieszczucha o sto osiem­dziesiąt stopni, i załamuje się. Zamiast wyżywać się w dzietności, wyżywa się w jej przeciwieństwie – w używaniu: w jednej z kategorii rozpaczy. Bo jest i wesołość rozpaczliwa. Toteż im więcej wielkich miast, tym mniej dzieci, tym mniej życia, a więcej użycia.

Starożytne Ateny były kulturalnie twórcze, dopóki same rodziły licz­ne dzieci, bądź dopóki mogły wchłaniać rozradzającą się bujnie ludność prowincji. To samo Rzym cezarów. W pewnej mierze dałoby się to powie­dzieć o włoskich miastach renesansu. W uderzający sposób widać to samo na Paryżu XVIII wieku i początku XIX. Miasto owo nadaje ton kulturze świata, dopóki w niewielkim zakresie planuje zaludnienie; a nawet i póź­niej, gdy planuje coraz bardziej nerwowo, ale gdy jednocześnie może ssać w siebie rozradzającą się jeszcze ludność prowincji. Natomiast schodzi Paryż ze swej roli cywilizatora ludzkości, od kiedy i sam się dostatecznie nie rozradza, a prowincja ma za mało dzieci. I gdy za mało staje się dzietną, za mało młodą wielka prowincja Paryża: Europa.

Kto wie również, czy krajobraz i otoczenie nie działają silniej na roz­rodczość, niżby się zdawało?

Gatunek homo powstał na łonie przyrody, na ziemi, nie na piętrze, i przy wielkiej dawce wolności, podczas gdy współczesne większe miasto staje się z dnia na dzień coraz bardziej zaprzeczeniem tych trzech cech by­towania pierwotnego. Higiena tedy wielkiego miasta, to nie tylko kanali­zacja i wodociągi, szczepienia ochronne, walka z mikrobami i dietetyczne odżywianie; a tym bardziej higiena wielkiego miasta, to nie elektryczność, sprawna komunikacja, teatry, muzea i kina. Wydaje się, że konieczne jest tutaj zwiększenie wolności poruszania się, bliskość gruntu pod nogami i wiele naturalnej przyrody. Wielkomieszczanin musi niejako wyrastać z ziemi.

A dziecko?

Zostanie ono zawsze prywatną inicjatywą obywateli. W ogóle nic nie jest inicjatywą tak prywatną jak dziecko. Dlatego bez pozostawienia pew­nego kwantum swobody obywatelom, bez niejakiego maksimum swobo­dy nawet w ustrojach najbardziej krępujących jednostkę, nie ma mowy o dobrym stanie ludnościowym państwa.

Znamy organizm polityczny mający pod tym względem doświadczenie pięciu tysięcy lat. To Egipt.

Na całej przestrzeni swych dziejów starożytnych państwu temu nigdy nie brakło ludności do jego zadań cywilizacyjnych.

„Jest rzeczą całkiem możliwą – pisze w roku 1937 historyk polski, gdy dzisiejszy Egipt liczył 16 z górą milionów ludności, przy tym z największą wówczas na świecie jej gęstością: około 460 mieszkańców na kilometr po­wierzchni – że cyfra powyższa była już osiągnięta, a nawet przekroczona w dobie rozkwitu państwa faraonów za IV, XII i XVIII dynastii”.

Państwo faraonów nigdy nie traciło niepodległości z powodu kata­strofalnego braku ludzi: ani za Hyksosów w dobie XV-XVII dynastii, skoro już za XVIII dynastii mogło się dorobić 16 milionów ludzi; ani za Psametycha XXVI, gdy Persja w osobie Kambyzesa – 525 rok przed Chrystusem – podbiła kraj nad Nilem, liczący wówczas 7 milionów zalud­nienia; ani za Aleksandra Wielkiego; i podczas wejścia tutaj Rzymian, gdy również co najmniej 7 milionów osób tu mieszkało[1].

Zresztą, Egipt nigdy właściwie, nawet od czasów Kambyzesa, nie tracił całkiem niepodległości, a widać to zwłaszcza w gospodarce.

Przez cały ciąg, na przykład, panowania Rzymian Egipt górował bez­względnie gospodarczo, zwłaszcza w przemyśle i rolnictwie, nad Italią, tak jak jego metropolia – Aleksandria – nad Rzymem. Była to cywilizacja nieomal nieprzerwanego w ciągu czterech-pięciu tysięcy lat dobrobytu, a jeśli nie zawsze dla wszystkich klas społecznych dobrobytu, to przy­najmniej dobrych warunków gospodarczych; w każdym razie na pewno lepszych – na przestrzeni całych swoich dziejów – niż gdziekolwiek wtedy na ziemi.

Co dziwniejsza, dobrobytem cieszyły się nawet czasy schyłkowe po­litycznie. Dodajmy, że „czasy króla Amazisa II – tuż przed najściem Kambyzesa perskiego, 569-526 przed Chrystusem – uchodziły później za okres największej pomyślności w dziejach egipskich. Według Herodota Egipt miał wtedy liczyć 20 000 miast, którą to liczbę trzeba porównać z niespełna czterema tysiącami osad dzisiejszych”. Otóż „w państwie fa­raonów – już za czasów I-V dynastii – jedynym właścicielem wszystkich ludzi i rzeczy był monarcha”, a „fakt gospodarstwa planowego nie ulega najmniejszej wątpliwości”. Co więcej: spotykamy się tu wówczas „z całko­witym zaabsorbowaniem jednostki we wszystkich dziedzinach, w których interes państwa był zaangażowany, przede wszystkim w dziedzinie go­spodarczej”. A jednocześnie w ciągu owych 5000-4000 lat „nie ma śladu jakiegokolwiek ograniczenia prywatno-prawnego wolności osobistej, tak samo jak prywatnego niewolnictwa” nie ma; jednostka „nie jest krępowa­na przez żadne więzy grupowe, rodziny, rodu, szczepu czy stanu. Rodzina egipska w tym okresie jest związkiem indywiduów zachowujących maksi­mum samodzielności prawnej i gospodarczej, jaka w ogóle da się pogodzić ze współżyciem małżeńskim”.

Ten styl, z niewielkimi odchyleniami, znamionował wszystkie okresy ustroju Egiptu. Maksymalna służba państwu, „połączona z zupełnym indywidualizmem w sferze stosunków prywatno-prawnych” jest „rysem najcharakterystyczniejszym tego ustroju”[2].

Znany jest historii fakt, jak bardzo twórczymi cywilizacyjnie oka­zało się szereg ludów, które przedtem tysiące lat żyły jako ruchliwi, w bezpośrednim styku z przyrodą bytujący gromadnie – pasterze, łączący maksimum swobody z surowością szczepowej dyscypliny. Taki żywot wiedli potomkowie Abrahama przed przybyciem do Egiptu i potem jako Hebreje, nim zajęli Palestynę; taki ustrój prawdopodobnie posiadali Hellenowie przed przybyciem na Bałkan, taki – Beduini, twórcy szeregu państw starożytnych na Bliskim Wschodzie; tacy Arabowie Mahometa; a nie inni też byli Mongołowie, zanim w XIII wieku zaczęli organizować Azję i większą część Europy na przestrzeni Pacyfik-Adriatyk w jeden su- per-chanat. Znamienny zakaz wydał ponoć pierwszy władca tego mon­golskiego imperium, Czyngischan: by jego następcy nie budowali stolicy, bo państwo od tego się rozpadnie.

Ciekawe, że jednemu z tych ludów, który przetrwał czterdzieści wie­ków, mianowicie Żydom, grozi obecnie wymarcie wszędzie, gdzie bytują jako mieszkańcy wielkich miast. Neomaltuzjańska moda wielkomiejska dzisiejszej doby okazała się dla tego narodu, zdawałoby się nieśmiertelne­go, bardziej zabójczą niż wszystkie trudności kilkudziesięciowiekowego bytowania.

A nigdy naród żydowski nie stał się w tej mierze miejskim co w XIX i XX wieku. Zniszczenie biologicznej masy żydowskiej, dokonane przez barbarzyństwo Hitlera, było na pewno o wiele mniejsze niż ciosy, któ­re rozrodczości żydowskiej zadaje od kilkudziesięciu lat wielkomiejska moda mało- i bezdzietności.

Żydzi włoscy, tureccy i holenderscy – zauważa pisarz żydowski E. Eberlin w książce Les juifs d’aujourd’hui, wydanej przed drugą wojną światową – zmasowani od wieków w wielkich centrach gospodarczych, znajdują się od dawna na martwym punkcie ludnościowym. Żydzi sefardyjscy, dawni maranie, którzy zdołali się osiedlić w wielkich miastach Francji, Anglii, Holandii, a także w Hamburgu, znajdują się już od dłuż­szego czasu w stanie zaniku. Liczba ich maleje. Dlaczego? „Nie ma dopły­wu świeżej krwi z obszarów niezgangrenowanych nadmierną racjonaliza­cją oświatowo-cywilizacyjną” – powiada ten autor.

A któż zaprzeczy, że Żydzi zachodni są nie tylko najbardziej wielko­miejskim odłamem społeczeństwa żydowskiego, ale i najbardziej boga­tym i wykształconym w swym narodzie, oba zaś te czynniki nie mniej depopulują niż wielkomiejskość?

Rezerwy ludnościowe mogli znaleźć Żydzi jedynie poza wielkimi mia­stami, na prowincji. Stąd odbudowa Palestyny jako państwa żydowskiego, a raczej jako prowincji ludnościowej tego narodu, skupionego po miastach całego świata. Wiadomo, że Żydzi długo się namyślali, nim powzięli decy­zję, by nie gdzie indziej, tylko w Palestynie odbudować swą państwowość po dwu tysiącach lat jej rozgromu przez Rzymian. Wybór, okazało się, padł nader szczęśliwie dla regeneracji populacyjnej dzisiejszych Izraelitów. Liczba urodzeń bowiem u Arabów palestyńskich jest nieomal najwyższą wśród cywilizowanych narodów świata: cóż więc to za bodziec dla roz­rodczości żydowskiej w państwie Izrael! Urodzenia Arabów palestyńskich wynosiły w latach 1926-30 53,5%o; w latach 1931-35 50,3%o; w latach 1936- 40 48,8%o; 1941-45 50,9%o; 1946 54,2%o; gdy w tychże czasookresach urodzeń żydowskich w Palestynie było: 34,3%o; 30,2%o; 25,8%o; 26,6%o; 29,l%o. Zgony wśród Izraelitów palestyńskich maleją i kurczą się w roku 1946 – jak przytaczaliśmy – do cyfry nieznanej dotąd żadnemu państwu świata: 6,4%o. Cóż, kiedy śmiertelność i u arabskiej ludności palestyńskiej stale spada i wynosi w roku 1946 15,9%o!

Rezultat?

W roku 1946 przyrosło na każdy tysiąc ludności u Izraelitów 22,7 osób, u Arabów 38,3[3]. Ale zgony u Izraelitów na przyszłość już prawie nie będą mogły wcale maleć, gdy arabskie wykazują tendencję do kurczenia się aż do poziomu izraelskiego. Gdy się zrównają, wówczas wyścig ludnościo­wy Izrael – Arabowie zależeć będzie tylko od urodzeń. Co będzie, jeżeli Izraelitki przejdą na wielkomiejską stopę urodzeń, jak ich siostry spoza Palestyny? Co się stanie wówczas z narodem, który czy to niegdyś w swej ojczyźnie, czy później w rozproszeniu, przetrwał bądź co bądź kilka ty­sięcy lat i nie byle jaki brał w tym czasie udział w kształtowaniu losów ludzkości?

Na małym skrawku świata, w Palestynie, rozgrywają na naszych oczach dwa narody najbardziej może dramatyczną w dziejach ziemi wal­kę za pomocą urodzeń – o śmierć lub życie jednego z najstarożytniejszych spośród cywilizowanych narodów świata. Toteż prasa izraelska – nie tyl­ko palestyńska – niezmiernie czujnie notuje ów przedziwny wyścig i co jakiś czas z jej szpalt podnoszą się alarmy w tej sprawie; a trudno się temu dziwić: bo któż zaprzeczy, że przyszłość Izraela zależy przede wszystkim od tego, ile Żydówki zechcą rodzić i w Palestynie, i poza nią. Na ile wy­zwolą swą rozrodczość spod hipnozy wymierających wielkich miast na­szych czasów”[4].

Coraz bardziej rozumie się dziś architekturę jako motyw do krajobra­zu. Ale w jakiej mierze architektura może i powinna być cząstką natury? By mieszkaniec czuł architekturę jak przyrodę: jak wezwanie do swobo­dy? do inicjatywy? do odpowiedzialności za życie? do wielkości?

Dla domownika ściany mieszkania, to już krajobraz, a okna i drzwi, to okno na świat. Wprawdzie namiot czy chata były aż do wieku XX naszej ery dość ciemne, małe i ciasne; wszakże wychodząc z takiego mieszkania miał jego domownik widok mniej lub więcej głęboki, a przynajmniej nie na tyle zasłonięty, by nie widział z progu, czy nawet już z okna, kawałka szerokiego świata, cząstki krajobrazu. Genialna jest architektura klatki dla zwierząt: jej ściany dają zawsze jak najwięcej światła, a to już ułatwia widok na świat. Mimo to dzikie zwierzęta, tu uwięzione słabo się mnożą. Klatka nie pozwala na ruch, na wolność, a nade wszystko na inicjatywę.

Oczywiście, nie można utrzymywać, że zwierzęta domowe się nie mnożą; ale jeśli istnieją tak bardzo licznie, to głównie przy wsparciu wład­cy zwierząt: człowieka – coś jak rodziny wielodzietne w wielkich miastach istniejące dziś niemal już wyłącznie przy wsparciu władz państwowych – poza tym nie wiemy, czy z powodu klatki nie traci ich gatunek na długo­wieczności. Koń europejski zdziczał w Ameryce, i bardzo się rozmnożył, ale znalazł tam klimat, pożywienie i swobodę.

Na pewno niewolnicy rozradzali się zawsze słabo, nawet gdy mieli ku temu warunki.

Wskazywałaby na to historia.

Nie słyszymy, na przykład, by gdziekolwiek w państwach starożyt­nego Wschodu rozrodczość niewolników zagrażała ludności wolnej. Wprawdzie faraon obawiał się rozrodczości ludu Mojżesza, ale Żydzi Mojżesza nie żyli w Egipcie jako niewolnicy. A przecież w państwach sta­rożytnego Wschodu niewolnik cieszył się najczęściej względną swobodą, niezłymi warunkami materialnymi. Tak bywało w Egipcie, gdzie, zresztą, niewolników było zawsze bardzo mało.

Bez porównania częściej używano niewolników w Babilonii, ale mogli oni być tutaj przedsiębiorcami i również posiadać niewolników[5].

W państwach greckich najliczniej posługiwano się niewolnikami w tak zwanym okresie attyckim – V i IV stulecia – w państwach greckich zwłaszcza w krajach przemysłowo-górniczych. „Stanowili znaczną część ludności każdego państwa, a w niektórych nawet większą ich część”[6]. Owóż stosunek Hellenów do niewolników był w porównaniu z innymi narodami najbardziej ludzki. W Attyce w epoce klasycznej „niewolnik publiczny mieszkał, gdzie chciał, mógł mieć żonę i dzieci, a nawet posia­dać dom własny”[7]. Ksenofont (430-355 przed Chrystusem) „preliminuje 2 obole dziennie na utrzymanie niewolnika, co jest bardzo dużo”. A dla­czego dużo? Bo owe 2 obole mówią, że „poziom egzystencji niewolnika w Attyce IV wieku był wyższy niż robotnika w Polsce w roku 1937″[8]. „Według Ksenofonta (Athenajon politeia, § 11) nie wolno niewolników bić, położenie ich jest dobre, niektórzy żyją w dostatkach”. „Utrzymywali nie­raz szynki i gospody, albo prowadzili kantory wekslarskie”[9].

Zdaje się, że głównym źródłem tężyzny populacyjnej drobnych rolni­ków było i będzie zawsze to, że samo wykonywanie ich zawodu stawia ich oko w oko z przyrodą, wymaga pozostawiania zawodowcowi maksimum swobody i umożliwia mu rozliczność zajęć. Hala „fabryczna”, w której on pracuje, ma za podłogę ziemię, a za dach – niebo. Tych cech nie może nie posiadać praca chłopa nawet wtedy, gdy pozostaje on glebae adscriptus, jak to w zasadzie było w starożytnym Egipcie, bądź w wiekach nowożytnych w Europie; bądź też, gdy jak dziś, mozoli się on kombajnami lub elektrycz­nością doi krowy. Poza tym chłop żywi. Świadomość, że jest żywicielem, podtrzymuje w nim głównie poczucie osobistej wartości, choćby nawet ustrój czynił go na pół niewolnym lub wręcz wdeptywał go w ziemię.

A wiele wskazuje na to, że prócz pewnej dozy wolności konieczne jest też do rozradzania się pewne minimum poczucia wartości osobistej. Nic nie jest w nas tak istotnie ludzkie jak godność.

Znamy ludy pierwotne, które po podbiciu ich przez białych straciły kompletnie poczucie własnej wartości i wiarę w jakikolwiek sens życia. Wymierają lub już wymarły i to zdumiewająco szybko. Za wysoką spo­tkały kulturę, z nazbyt wielką zetknęły się przewagą fizyczną. Rzecz zna­mienna, że i warstwy najbardziej kulturalne wśród społeczeństw wysoko cywilizowanych wymierają podobnie. Snadź i tu zetknięcie się z bardzo wysoką kulturą zabija. Zdaje się, że jedno tylko mogłoby ocalić takie ludy pierwotne: ogromny dla nich szacunek ze strony białego człowieka. Wzbudzenie w nich na skalę maksymalną godności ludzkiej. Lecz czyż nie to samo uratowałoby dla życia wymierające warstwy o najwyższej kulturze? Czyż cynizm i eklektyzm, znamionujący te klasy społeczne, nie jest tego samego rodzaju, co katastrofalne wyzbycie się poczucia własnej wartości u ludów pierwotnych, które nagle stanęły oko w oko z nazbyt wielką kulturą?

Na bogatej od natury wyspie Eddystone – Melanezja, Pacyfik – mawia­ją tubylcy: „Po co mamy rodzić dzieci, kiedy żyć będą po to jedynie, ażeby pracować na białego człowieka?” I „środki, do których odwoływali się przed przybyciem Europejczyków tylko wyjątkowo, ażeby przeszkodzić przyjściu na świat płodu pochodzącego z miłości pokątnej, stały się – po przyjściu Europejczyków – narzędziem samobójstwa rasowego”.

Te same objawy stwierdza specjalna komisja w roku 1896 u Fidżyjczyków – archipelag w tejże rozległej wyspiarskiej Melanezji – podając nadzwyczajną śmiertelność wśród dzieci, niezwykły procent noworod­ków martwych i dziwnie słabą odporność dorosłych Fidżyjczyków na choroby.

Podobne zjawiska spostrzeżono u Czukczów.

I u Australijczyków czarnych, zarówno na lądzie, jak i na wyspie Tasmanii: na południe od Australii. Robinson opowiada o wymierających Tasmańczykach – druga połowa XIX wieku – których deportowano na pobliską wyspę Flinders, gdzie materialnie bardzo o nich dbano, a postępowano z nimi łagodnie:

„Kiedy tubylec odczuje pierwsze oznaki niemocy, bądź to z przeziębienia, bądź z innej przyczyny, natychmiast ogarnia go przygnębienie, przestaje zachowywać się w sposób naturalny i oddaje się rozpaczy, w dalszym zaś ciągu wywiązuje się z tego podniecenie umysłu, aż w końcu umiera w stanie obłędu”. Mąż, choćby najzdrowszy, umierał szybko po śmierci żony. To samo żona po zgonie męża. „Według dra Barnesa przeszło po­łowa Tasmańczyków na wyspie Flinders wymarła nie z jakiejś wyraźnej choroby”, ale „z niedomagań żołądka, które całkowicie pochodziły od nieprzepartej żądzy powrotu do ojczyzny”. Nie imali się żadnej pracy, pa­trzyli w stronę Tasmanii i wyli z tęsknoty. „Nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”[10].

Poczucie mniejszej wartościowości zabija fizjologicznie. Może dlatego Hellenowie lepiej rozmnażali się we wschodniej części państwa rzym­skiego niż w zachodniej, gdzie więcej było Rzymian, gdzie więc silniej ci ówcześni panowie świata śródziemnomorskiego przypominali Grekom swą wyższość?

Wyspa Flinders okazała się klatką na Tasmańczyków, choć warunki materialne zorganizowano tu dla nich lepsze, niż kiedykolwiek mogli sobie to wymarzyć. Ale najpierw zdeptano ich. Nie czuli, że szanuje się ich jak białych. Narody nie mogą mieszkać ani w osiedlach, ani w krajach, gdzie życie byłoby zorganizowane dla nich jak w klatce, choć luksusowej. Inaczej wymierałyby. Istnieje i architektura ustroju, który też musi być w stylu przyrody. Wydaje się, że z tego samego powodu granice państw między sobą nie mogą być zbyt nieprzekraczalne: by żaden naród nie czuł się jak w klatce na swojej ziemi. Któż zaprzeczy, że nigdy by Żydzi w swym miniaturowym państwie Izrael nie mnożyli się obecnie tak silnie, jak się to tam obserwuje, gdyby nie byli pewni, że wcześniej lub później będą mogli się wydobyć poza granice Izraela? Inaczej, szczupłość granic ich dzisiejszego tam państwa robiłaby na nich wrażenie klatki i załamy­wałaby ich rozrodczość.

Powiedzmy więcej: życie na kuli ziemskiej nie może się wydawać ludz­kości jako nieprzekraczalne. Jako klatka. Glob jako klatka. I tak samo każdej jednostce nie może się wydawać jej życie biologiczne jako nieprze­kraczalne. Dlaczego? By zachowała maksymalną ochotę do wegetacji, do życia, do trwania na globie.

Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że żadne zwierzę nie chciało­by żyć, gdyby wiedziało, że umrze, a tym bardziej rozmnażać by się nie chciało. Wiele przemawia za tym, że człowiek bez celów wybiegających poza własną planetę, pozaziemskich, pozaplanetarnych, ba, wybiegają­cych poza wszechświat ze swą dalszą egzystencją – nie będzie się rozmna­żał. Ciekawa byłaby ankieta, ile zdecydowani ateiści w szeregu pokoleń

  • z dziada pradziada ateiści – miewają dzieci. W każdym razie narody, które traciły wiarę, wymierały, tudzież klasy społeczne wysterylizowane z wierzeń w zaświaty. Kula ziemska, skoro człowiek już ją wzrokiem ogar­nął, nie może mu się od tego czasu wydawać nieprzekraczalną, bo inaczej poczuje się naraz na globie, jak na wyspie. Jak na Flinders. I nie zechce się rozmnażać. Żydzi metafizyczni, religijni rozmnażali się w ciągu blisko czterech tysięcy lat; odłam Żydów antymetafizycznych, czysto ziemskich
  • kompleks z Flinders – przestał się rozmnażać, choć posiadł wpływy i bogactwa większe niż którykolwiek i kiedykolwiek naród na globie. Taki był koniec Rzymian: metafizyczni Rzymianie zdobyli świat, czysto ziemscy – z kompleksem z Flinders – „nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”.

Architektura światopoglądu musi wybiegać w nieskończoność, by czło­wiek w jej Domu chciał żyć. Choćby dlatego. Architektura światopoglądu nie może być klatką.

Lecz wróćmy w bliższe nam wymiary.

Dom mieszkalny tym mniej jest klatką, im więcej przed nim wolnej przestrzeni. Kraje z widokiem na morze – pierwsze poznały glob i zdo­były go. Osiedla w lasach nigdy nie miały wielu ludzi. Dom widny, to nie tyle z wielkimi oknami, co z dalekimi wielkimi widokami, jeśli nie z okien, to z progu; tak jak człowiek światły, to nie tyle książkowiec, ile ten, co widzi wielką przestrzeń przeszłości i przyszłości, co możliwie całą przeszłość i przyszłość spostrzega. Przestrzeń, to płuca i filozofia. W każdym razie dom wielopiętrowy, niezależnie od swego stylu, jest za­wsze klatką, a im większy, tym przygnębia silniej jak więzienie; rosnąca zaś w wielkich miastach ilość lokalnych ograniczeń, rozporządzeń, to dla psychiki mieszczan to samo, co matnia. Tak jak za niski w izbie pu­łap działa na samopoczucie domowników jak koniec świata. Pierwsi z ludzi, którzy kształcili w sobie poczucie panowania nad światem, to byli pustelnicy. Mieszkali w prymitywnych architektonicznie, ale własnych i małych domkach. Nigdy nie będzie więzień w małych, odrębnych dla każdego więźnia domkach z otwartym widokiem na świat. Wielka archi­tektura, to nie to samo, co architektura ogromna rozmiarami. Partenon jest malcem w porównaniu do wymiarów piramidy Cheopsa, ale ar­chitektura Cheopsa jest szczeniakiem wobec architektury Partenonu. Czyżby rozrodczość ludzka zależała od świeżości psychiki, jej horyzon­tów, optymizmu, zdolności do skoków z mieszkania w przestrzeń – od szacunku dla lokatora mieszkania? I czyżby od tych wartości równie zależała, co od młodości organów płciowych?

To nie jest tylko sucha liczba statystyczna dla Paryżan, gdy na kilometr kwadratowy powierzchni tego miasta wypada 33 tys. osób, rok 1936: bo obywatel odczuwa liczbę mieszkańców swej miejscowości jako ilość i gęstość zaludnienia całego świata. Albowiem mało kto przeżywa własny pobyt na ziemi, jakby mieszkał na całym globie. Tak jak rzadko kto, nawet astronom, uświadamia sobie w permanencji, że żyjemy wśród gwiazd. Nie łatwo być na co dzień mędrcem, tak jak trudno być w alkowie filozofem. Czujemy się psychicznie bardziej glebae adscripti, bardziej zaściankowi, niż się to śniło najzagorzalszym regionalistom. Dlatego kto wie, czy, na przykład, myśl o gehennie przeludnień nie śmignęła błyskawicą w mó­zgu Malthusa właśnie wtedy, gdy pewnego razu spoglądał, nie wiadomo zresztą po raz który, na mrowisko ludzkie Londynu, o którym przecież wiedział, że tak jeszcze nie dawno, bo w wieku XIV, liczył zaledwie 35 tys. ludzi, gdy w roku 1800 aż 959 tys. Uzupełnijmy, że Londyn w roku 1948 miał 9 min 282 tys. mieszkańców. Po prostu Malthus spoglądał na możli­wości ludnościowe świata – zanadto z punktu widzenia angielskiego getta: rojowiska londyńskiego?[11]*.

Wydaje się też, iż nie spadłaby rozrodczość amerykańska na poziom tak bliski wielkomiejskiemu wymieraniu – w latach 1931-40 biali rodzili tam 16%o – gdyby w mieście narzucającym Stanom Zjednoczonym modę dzietności – Nowym Jorku – nie tłoczyło się dziesięć milionów miesz­kańców, w roku 1930 11,7 miliona. Dlatego, być może, poziom urodzeń w Stanach obniżyłby się jeszcze bardziej, gdyby kilometr kwadratowy Nowego Jorku był gęściej zaludniony. Nowy Jork w roku 1930 posiadał 9 tysięcy mieszkańców na kilometr kwadratowy swej powierzchni, Kto wie, czy nie głównie ten fakt wywierał taki ucisk na psychikę Jankesów, że wydawało im się, iż mają teren całego swego państwa dość już zaludnio­ny, aczkolwiek kilometr kwadratowy USA zamieszkiwało wtedy zaledwie 15,6 osób, a w roku 1935 zaledwie 16,3 osób, w roku 1949 – 19[12]**.

Jakże odporniejszą psychikę na ten rodzaj ucisku wykazywały w tymże czasie kraje przemysłowe europejskie, jak Anglia z Walią, wytrzymująca 270 mieszkańców na kilometr kwadratowy; Belgia – 277; lub rolnicze raczej niż przemysłowe Włochy – 137; podobna do Italii ze struktury zajęć swej ludności Holandia – 250; z azjatyckich: rolniczo-przemysłowa Japonia – 182; rolnicza Jawa z Madurą – 341; z afrykańskich: rolniczy Egipt z 440 ludźmi na kilometr kwadratowy!***

A owa odporność psychiczna niektórych z tych pozaamerykańskich krajów, mianowicie rolniczych, występuje tym silniej, gdy zauważyć, że osiągnięta przez nie gęstość zaludnienia jest pewniejsza na dłuższą metę od gęstości zaludnienia terenów przemysłowych. Poza tym nie od rze­czy będzie spostrzec, że nie tylko górnicze i przemysłowe, ale również rolnicze prowincje szeregu państw osiągnęły najwyższą ze znanych wy­trzymałość psychiczną na gęstość zaludnienia. „Szereg prowincji Egiptu i Jawy posiada gęstość zaludnienia 600-800 osób na kilometr kwadratowy; w niektórych częściach Bengalii (Indie) gęstość dochodzi do 1250 osób na kilometr kwadratowy”[13].

Mieszkaniec wielkiego miasta w dawnych wiekach nie czuł się w tej mierze mieszkańcem przeludnionej wyspy, co dziś. Poczucia tego nie zdradzał w postaci tak nerwowo napiętej, jak w naszych czasach, nawet regulujący swe potomstwo obywatel wielkich miast starożytnych, jak Babilończyk, Aleksandryjczyk z czasów hellenistycznych, czy Rzymianin z okresu Cesarstwa. Ratowała go od takiej histerii niesamowita ówczesna śmiertelność dzieci i obfitość zgonów w ogóle. No i miasta – za wyjąt­kiem niektórych, podczas krótkiego okresu hellenistycznego i pierwszych trzech wieków w dobie cezarów, na nikłym zresztą w porównaniu z całą powierzchnią globu terenie jak Śródziemnomorze – były prawie że wy­łącznie liliputkami. I było ich o wiele mniej niż dziś. Co innego w ciągu ostatnich trzech stuleci. Miast, więcej niż ze stu tysiącami mieszkań­ców, ma Europa z 1800 roku siedemnaście, gdy w roku 1930 posiada ich w naszej części świata 262. Moskwa z roku 1800 liczy 250 tys. mieszkańców, Moskwa z 1939 roku 4 137 018. Nowy Jork z 1800 roku ma 79 tys. miesz­kańców: tyle co w połowie XX w. nasz poczciwy Radom. Australijskie miasto Sydney w 1800 roku liczy 2 tys. osób, gdy w 1947 roku urosło do 1 min 484 tys. mieszkańców[14].

Wielka śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci, uspokajała już podświa­domie mieszczanina, nieomal do naszych czasów, aż do początku XIX wieku, by nie bał się przeludnienia, by rozradzał się beztrosko. Natomiast co innego obecnie, gdy śmiertelność zdradza tendencję do największego zmniejszania się właśnie w wielkich miastach. Prasa na przykład z lip­ca 1939 roku zasygnalizowała, że zgony w największym mieście świata – Nowym Jorku – za czerwiec tegoż roku wynosiły 8,7%o. Jakże blisko światowego minimum zgonów 8,l%o z lat 1936-40! Zanotujmy, że całe Stany Zjednoczone, kraj tak bardzo zamożny i zdrowy klimatycznie, ma w tych samych latach 1936-40 10,6%o zgonów wśród swych białych obywateli. Podobnie Polska: w roku 1948 cały kraj ma ll,l%o zgonów, a Warszawa 8,l%o; Katowice zaś i Gdynia 6,5%o[15].

Olbrzymia dawniej śmiertelność w wielkich miastach tonowała gorącz­kę planowania małej liczby dzieci, nie dopuszczała łatwo do epidemii w tej dziedzinie, a nawet gdy dochodziło tu już i do epidemicznego planowa­nia, to udzielało się ono prowincji o wiele słabiej niż dziś, a przynajmniej o wiele wolniej, tak z powodu kiepskiej komunikacji, jak i małej liczby miast naprawdę wielkich.

Co innego teraz. A można by twierdzić z dużym prawdopodobień­stwem, że rola depopulacyjna wielkich miast wzmaga się w naszych czasach tym bardziej, im miast tych więcej, im one ludniejsze, im histeryczniej boją się tam potomstwa, a o dostęp do tych miast im jest łatwiej z prowincji, no i im szczuplejsza jest rozmiarami prowincja. Dlatego potę­gująca się urbanizacja państw sprzyja depopulacji prowincji.

Zobaczmy pewne zjawiska tego procesu. Miasta późniejszego ZSRR zabierały państwu w roku 1897 13,9% ludności, natomiast w roku 1939 32,8%16.

Miasta USA wchłonęły w 1790 roku 3,35% całej ludności tego kraju, w roku 1850 – 12,49%, w 1890 roku 29,20%[17].

Między rokiem 1920 a 1930 ludność miast USA wzrosła o 14,6 miliona osób, ludność wiejska nierolnicza o 3,6; ludność na farmach zmniejszyła się o 1,2 miliona[18], a w ogóle gnieździ się tam w roku 1930 w wielkich miastach z przedmieściami 54,8 miliona ludzi, chociaż zajmują zaledwie 1,2% całego terenu USA i choć jako mieszkańcy stanowią oni 44,8% za­ludnienia Stanów[19].

W Europie wzrósł procent ludności miejskiej w latach 1930-35 na 44-45%, podczas gdy w roku 1860 wynosił 26%.

Liczba ludności w wielkich miastach około roku 1930 wynosiła w pro­centach ogółu ludności: w Afryce 2,7; w Azji 4,5; w Europie 18,0; w Ameryce 21,5; w Australii 38,0[20].

Podobnie jak Europejczycy i Amerykanie, w ogóle podobnie jak biali – zapowiadają się Azjaci. Widać to po Japonii. Procent mieszczan stanowi w tym państwie z 1935 roku 64,6[21]*.

Z licznych statystyk widać, że w tymże kierunku kroczą wszystkie kon­tynenty i prawie każdy kraj cywilizowany[22]. Czyżby rozwój ich wszyst­kich miał iść tą drogą? Czy wszystkich nieodwołalnie? Ale jeśli nawet tu i ówdzie tendencja do gwałtownej, czy choćby szyb­kiej urbanizacji, jeszcze nie istnieje, jak w wielu rolniczych prowincjach Egiptu, Jawy, czy Bengalii, lub jeśli nie wyraża się w zbyt ostrej formie, jak w Holandii, to w miarę jak rosną urodzenia, muszą nawet najbardziej rolnicze kraje zmieniać do gruntu swe wiejskie oblicze. Niech w takiej choćby Bengalii, gdzie jak wiemy, niektóre prowincje rolnicze zamieszku­je po tysiąc z górą osób na kilometrze kwadratowym, ludność wzrośnie dwukrotnie, to po trzecim z kolei takim powiększeniu osiągną te prowin­cje wiejskie gęstość zaludnienia równą gęstości kilometra kwadratowego dzisiejszego Nowego Jorku. Taki obrót rzeczy musi więc zamienić całe połacie globu, choćby wyłącznie rolnicze, na wielkie miasta – już nie o dziesiątkach milionów mieszkańców, jak Londyny czy Nowe Jorki, ale o setkach milionów.

Próbkę możliwości o tym kierunku daje rolniczy Cejlon.

W XIX „stuleciu ludność wzrosła do siedem i pół raza, a w ciągu ostatnich siedemdziesięciu siedmiu lat trzykrotnie”. Nadwyżka urodzeń nad zgonami, czyli przyrost naturalny, który wynosił 17 albo 18 na 1000 ludności w latach 1941-46, skoczył na 25 w 1947 i 27 w 1948″. „W roku 1946 wskaźnik urodzeń dla miejskich obszarów wyspy wynosił 33 na 1000

  • wobec 35 dla całej wyspy”. W roku 1948 urodzenia wynosiły 40,5%o. „Wskaźnik urodzeń dla Kolombo z roku 1946, wynoszący 35 na tysiąc
  • był praktycznie ten sam, co dla dwudziestu miast o 10 tysiącach ludności lub mniej, gdzie wynosił 34″[23].

A nie zapominajmy, że Kolombo, stolicę Cejlonu i wielki port, zamiesz­kiwało wtedy 357 tysięcy osób. Mimo to rodzono tam, jak widzimy, 35%o, choć z roku na rok malała śmiertelność. W latach 1926-30 marło jeszcze 25,l%o; w roku 1948 15,2%o. Nie pozwolili więc mieszkańcy Kolombo ogarnąć się panice przed dziećmi, snadź nie odczuwają jeszcze potom­stwa jako ciężaru, przynajmniej dotychczas nie poddali się tej psychozie. A ostatnio psychozę szerzy sam minister zdrowia na Cejlonie, członek Światowej Rady Zdrowia – S. Bandaranayake, domagający się na wyspie klinik antykoncepcyjnych. Na razie jednak nie czują się Cejlończycy u sie­bie, jak na przeludnionej wyspie, choć Cejlon przecież jest wyspą; chociaż w roku 1948 zamieszkiwało ten kraj 108 ludzi na kilometrze kwadrato­wym, gdy Polskę w tymże roku 77[24]. Oczywiście, jeśli rozrodczość tu nie zmaleje, może i na Cejlonie dojść z czasem do zamiany całej wyspy na jedno miasto, z pozostawieniem na pamiątkę wycinka dżungli gdzieś we­wnątrz wyspy jako parku wielkomiejskiego. Ale nie bezludzie spowoduje to zurbanizowanie wyspy, nie ucieczka od życia, od dzieci. Nie ucieczka od dzieci do wielkiego miasta. Dojdzie do zwielkomiejszczenia sposobem wręcz odwrotnym: drogą honorową, umiłowaniem życia, pędem przez wielodzietność ku wielkiemu miastu. Mimo woli ku wielkiemu miastu. Miastu wyspie. A dalej – ku światu jako miastu. Ku miastu światu.

Bo tak czy owak: oba typowe kierunki – bądź wielodzietność, bądź za mała dzietność – u końca swojej drogi rozwojowej mają wielkie miasto.

Gdy, na przykład, ludzkość wyludniać się będzie w tym tempie, co obecnie szereg wielkich miast, jest nader prawdopodobne, że małoludna prowincja emigrować będzie tym bardziej nieprzeparcie do istniejących wówczas wielkich ośrodków miejskich. I tu więc u kresu rozwoju ludno­ściowego, a raczej, jak się zaraz przekonamy, przed jego ostatecznym koń­cem, mieć będziemy na globie nieomal wyłącznie wielkie miasta. Tyle że topnieć będzie ich ilość do minimum. Gdy tymczasem pierwszy z kierun­ków rozwojowych kształtowałby kompletnie inaczej oblicze ludnościowe ziemi. Zamieniałby bowiem coraz większy procent lądów na wielkie mia­sta, coraz ludniejsze, a w końcu na jedno wielkie jak świat miasto, łączące swe dzielnice-kontynenty komunikacją morską jak mostami, choćby przez oceany. Mielibyśmy świat – Wenecję.

Lecz spójrzmy, na ile realna jest przeciwna droga. Ewentualne tempo wyludniania i narzucające się łącznie z tym horoskopy.

„W Dreźnie – w roku 1933 – roczna nadwyżka zgonów ludności usta­bilizowanej wynosi 38%o; w Berlinie i Lipsku – 35%o. Przy takim ubytku rocznym po stu latach pozostałoby już mniej niż 3% (trzy procent!) lud­ności wyjściowej. Stosunki podobne (…) zdarzają się również w wielkich miastach poza granicami Niemiec”[25].

Wyjaśnijmy: „Ludnością ustabilizowaną nazywamy ludność zamkniętą (bez przypływu z zewnątrz i odpływu na zewnątrz), podlegającą trwałe­mu oddziaływaniu określonej w każdym wieku życia niezmiennej umie­ralności i określonej w każdym wieku kobiet niezmiennej płodności”[26].

Czyli Drezno pokazuje, co moda wielkomiejska mogłaby sprawić na całym świecie w ciągu stu lat, nawet gdyby glob zmienił się już przedtem na jedno wielkie miasto.

Mimo to niemal wszystkie wielkie miasta, nawet te, których ludność właściwie wymiera, rosną ciągle jeszcze ludnościowo, niektóre nawet na­der chyżo.

Dlaczego?

Bo wchłaniają ludność prowincji, która tutaj się garnie i tu następnie wymiera w trybie przyśpieszonym. A prowincja wcale się przed tym nie broni. Nie ma tu więc jeszcze walki klas na tym odcinku, panuje błoga nieświadomość. Prowincja kładzie po prostu głowę pod nóż i to z pew­nym entuzjazmem, ponieważ emigrować do wielkich miast jest modnie, a przecież to, co modne, wygląda na postęp, na awans społeczny. Błogostan. Euforia wymierających. I nauka demografii ulega tej modzie, ledwie bowiem wpada na myśl, że istnieje taki typ emigracji. Dlatego ciągle trudno w dziełach poświęconych sprawom ludnościowym – o tablice, które by odsłaniały, ile osób z pro­wincji emigruje do miast i jak szybko następnie tam wymiera. Brak tablic wskazujących na tempo uśmiercania ludności przez wielkie miasta.

Podobnie dopiero zaczyna świtać w umysłowości współczesnych mę­żów stanu, że największym wyzyskiwaczem naszych czasów jest klasa wielkich miast; zaś wśród ekonomistów ciągle jeszcze nie może dojrzeć pogląd, że wielkie miasto wymierające trzyma się ludnościowo na szczu­dłach, że to nie tyle polis – miasto, co nekropolis – cmentarz, i że choć najwięcej kosztuje ono gospodarczo, jest studnią śmierci, gdzie wymiera galopująco najważniejszy czynnik produkcji: ludność.

W wydawnictwie Akademii Architektury ZSRR, poświęconym plano­waniu miast – Planirowka gorodow (Moskwa 1947) – czytamy:

„Miasta takie, jak Magnitogorsk (145,9 tysięcy mieszkańców), Komsomolsk nad Amurem (70,7 tysięcy mieszkańców) i wiele innych nie istniały w roku 1926 na mapie”. W roku 1897 miasta późniejszego ZSRR liczyły 13,9% ludności, natomiast w 1939 32,8%; zaś „przy ogólnym wzroście ludności miejskiej po roku 1926″, notuje się „wyraźne zwiększa­nie odsetka ludności dużych miast, podczas gdy przedtem ludność była mniej więcej równomiernie rozdzielona pomiędzy duże, średnie i małe miasta”[27].

Zatem i tu spotykamy znaną nam tendencję.

Ale władze państwa snadź lękają się przerostów miast największych, a nawet niektórych większych, bo książka poucza, że „przy opracowy­waniu perspektyw rozwoju miast należy się kierować uchwałą, a także rozporządzeniem Rządu ZSRR i CK WKP (b) o zakazie budowy nowych zakładów przemysłowych w Moskwie i Leningradzie, rozszerzonym póź­niej na Kijów, Charków, Rostów nad Donem, Górki i Swierdłowsk”, które to miasta prowincjonalne posiadały w roku 1939, kolejno: 846, 833, 510, 644 i 425 tysięcy mieszkańców[28].

Książka rozróżnia – rzecz znamienna – wśród ludności miejskiej odła­my pozytywne: produkcyjny, miastotwórczy i usługowy; tudzież odłam niesamodzielny. Podaje też wzór, jak obliczyć zaludnienie zaplanowanego miasta w okresie jego zabudowywania i czas ten określa na 15-20 lat; wy­mienia również, przewidywany na czas rozbudowy i przebudowy 27 już istniejących większych miast radzieckich, wzrost zaludnienia[29].

Jednak autor nie mówi, co dalej z tymi miastami i ich ludnością: na jak długo planuje się owe miasta i ich ludność.

Co prawda, książka omawia wyłącznie techniczno-ekonomiczne pod­stawy budowy miast, ale przecież człowiek, to najważniejszy czynnik pro­dukcji; społeczeństwo zaś, by wystawić miasto, musi ponieść hekatomby ofiar w postaci kapitałów i pracy: wkład tedy tak wielki musi się opłacać gospodarczo. Cokolwiek zaś dałoby się powiedzieć o rentowności nowo zbudowanego miasta, jedno jest pewne: miasto nie może wymierać lud­nościowo, zwłaszcza najkosztowniejsze z miast – wielkie miasto. Nie jest to wiele, lecz nieprzekraczalne minimum wymagań właśnie techniczno- gospodarczych, nie tylko ludnościowych. Inaczej, naród budując wielkie miasta, ponosiłby niesłychane ofiary na wznoszenie czegoś w rodzaju obozu wyniszczającego jego masę biologiczną.

Książka Planowanie miast przemilcza również inny, niesłychanie waż­ny problem ekonomiczny: skąd w okresie lat 1897-1939 wzrósł odsetek ludności w tamtejszych miastach z 13,9% ogólnego zaludnienia państwa na 32,8%.

Czy wzrost ten powstał w sposób twórczy dla państwa, samodzielnie: czy przeto sama ludność miejska tak się rozkrzewiła?

Czy też może był to wzrost negatywny, pożyczka ludzi od mieszkań­ców wsi, którzy tu ewentualnie emigrowali z prowincji, lub ich stamtąd wysiedlano i wtedy przez to zubożali populację wsi radzieckiej, a nawet mogli pomniejszać ludność państwa, o ile potem w miastach niedosta­tecznie się krzewili?

Słowem: interesowało by, czyim kosztem tak bardzo rozrosła się lud­ność największych miast: w jakiej mierze własnym? w jakiej – z ludności miast średnich? małych? wsi? Transfuzją czyjej ludności, czyjej krwi – wsi? czy własną? czy może małomiasteczkową? – powiększyło się zalud­nienie miast średniej wielkości? No i: skąd – ze wsi czy z miast? – brano ludność „gotową” do zasiedlenia wznoszonych całkiem nowych miast, jak Komsomolsk, Magnitogorsk i inne?

A jeżeli gdzie, to w ZSRR problem samowystarczalności ludnościowej miast, a co najmniej średnich miast i największych, jest niesłychanie ży­wotny, ponieważ państwo to planowo, z uwagi na swój ustrój, nie znosi wsi i chce się całe zurbanizować możliwie w elektrycznym tempie. Kolektywne gospodarstwa wiejskie – kołchozy – i państwowe gospodarstwa folwarcz­ne – sowchozy – mają być komasowane w coraz większe jednostki, a ich centra administracyjne, gospodarcze, naukowo-doświadczalne i ludno­ściowe: w miasta. Czy czasem – w wielkie miasta; wyłącznie w wielkie miasta: to już tylko kwestia czasu; bo jeżeli ów proces w tym ustroju jest nieodwracalny, to okres przechodzenia na zurbanizowaną wieś, w końco­wym stadium rozwoju – na wieś wielkomiejską, zależy tylko od stopnia usprawnienia komunikacji i wydolności maszyn rolniczych. Nadchodzi tedy w ustroju Związku Radzieckiego nieuchronna śmierć wsi.

Nie lada to ryzyko, bo niemały to przewrót i ludnościowy: do tego bowiem czasu, od najdawniejszych stuleci, w życiu wielkich cywilizacji bazą ludnościową każdego państwa była wieś. Wprawdzie wieś w tychże państwach cywilizowanych nie stanowiła przodujących środowisk postę­pu, ale bywała zawsze i wszędzie przodowniczką postępu ludnościowego. Stąd, ze wsi, można było mieć i najwięcej ludzi, i jakościowo najwięcej wartościowych ludzi. Tu więc właściwie pieniło się najbujniej życie. I jeżeli wymienialiśmy statystykę urodzeń niektórych okręgów Rosji z lat na prze­łomie XIX i XX wieku, mówiąc o 60%o urodzeń w roku, a nawet więcej, to nie rodziły tak obficie ówczesne rosyjskie miasta, zresztą wcale jeszcze nie ograniczające potomstwa, coś jak obecnie Kolombo cejlońskie. Rodziła tam tak nieprawdopodobnie hojnie wieś rosyjska i ukraińska.

Ale jak się odbywa ów wspomniany przez nas wyzysk ludnościowy prowincji przez wielkie miasta?

Im bezmyślniej przyjmuje prowincja styl wielkomiejski, tym więcej niemieszczan chce mieszkać w miastach, a małomieszczan – w wielkich miastach. Ludność prowincji silniej rozradzająca się emigruje wtedy za­wzięcie do wielkich miast, tu zaraża się beztroskim planowaniem liczby dzieci i tym samym włącza się w wielkomiejski bieg ku wymarciu. Jest to wewnętrzna emigracja narodu na cmentarz: do wielkich miast. A ssa- ją one coraz większy procent ludności każdego kraju, który je posiada. Jednocześnie kurczy się, zapatrzona w wielkie miasto, płodność wsi i tym samym maleje ogólna ilość młodych ludzi na prowincji.

Jak bardzo w toku tej tendencji mogą zniżać się urodzenia prowincji do poziomu miast, a urodzenia miast do szczupłości urodzeń wielkich miast, mówi Anglia, kraj – o ironio! – o największych możliwościach emigro­wania na wieś – do swych olbrzymich kolonii: „Jeżeli (tam) w roku 1931 oznaczyć rodność wsi przez 100, to dla ogółu miast otrzymamy również 100, dla Londynu zaś 96″[30].

Wyjaśnijmy, że rodność, to stosunek urodzeń do ogółu ludności.

Uzupełnijmy, że ludność samego Londynu stanowi w roku 1936 21,5% zaludnienia Anglii z Walią, ludność Glasgow – rok 1934 – 22,5% całej ludności Szkocji; Kopenhaga z tegoż roku posiada 22,6% ludności Danii, a Wiedeń – 27,7% ogółu zaludnienia Austrii[31].

Na dalszy ciąg tego ruchu wskazują USA, gdzie zresztą tak samo zwę­ża się różnica między płodnością wsi i miasta, tudzież Wielka Brytania i Australia.

„Spośród rdzennych Amerykan (native born of native parentage) za­mieszkiwało w miastach w 1900 roku 29,7%, a 47,8% w 1930″, więc prawie połowa rdzennych Amerykan. Gdy na całą ludność miejską Stanów wy­pada w roku 1930 56,2% ogółu zaludnienia Stanów, to na samych miesz­kańców wielkich miast z przedmieściami 44,8%[32].

Ludność miejska wynosi wśród rodaków Malthusa – w Anglii z Walią – rok 1931 – 80% całego zaludnienia, w Szkocji nawet 86,1%[33].

Z tych to powtórnie zurbanizowanych brytyjskich krajów pochodzą koloniści planujący wygląd całego kontynentu: Australii. Zobaczmy, czy budowana przez nich Australia, to sobowtór Anglii. Rzeczywiście: au­stralijskie miasto Sydney wchłaniało w roku 1934 47,4% ludności swego kraju, Nowej Południowej Walii; Melbourne zaś zabierało aż 54,6% ludzi swej prowincji Wiktorii[34].

A cała Australia?

„Tylko 7 milionów mieszkańców. Dramat Australii wyraża się w tej cyfrze. Terytorium tak wielkie jak Europa zamieszkuje liczba osób równa zaludnieniu Belgii. Teren, na którym Anglia zmieściła­by się 32-krotnie, posiada zaledwie 2,4 mieszkańców na milę kwadratową, gdy Belgia 698″[35].

A przecież za wyjątkiem ropy naftowej posiada kontynent ten wszyst­ko. „Wełna, złoto, trzcina cukrowa, zboże, masło, węgiel, metale”[36]. Cóż, kiedy rzadko kto chce pracować tutaj ciężko, zwłaszcza na roli, jeszcze zaś rzadziej chcą ludzie tu mieć wiele dzieci; a kto wie, czy jedna i druga niechęć nie muszą chodzić w parze?

„Jest nas – powiada Coldwell, minister imigracji i informacji w Australii – 7 milionów, a trzeba, by było około 20 milionów. (…) Mówi się o 100 milionach, lecz 20 milionów jest cyfrą właściwą. (…) Jest to kwestia życia. Jak nasze małe zwierzęta «koala», które znikają, tak i my znikniemy, jeżeli nie będziemy reagowali. Należy Australię zaludnić lub umrzeć”. „Uprzywilejowanie miejscowych licznych rodzin – dodaje – byłoby najlepszym sposobem zaludnienia Australii. Lecz Australijczyk dzisiejszy ma mało dzieci. W roku 1875 rodzina australijska miała prze­ciętnie sześcioro dzieci, w roku 1939 liczba spadła na dwoje, w roku 1980 zgony przewyższą urodzenia. A jeśliby ktoś mówił, że do roku 1980 jeszcze daleko, przypominam mu historię tego głupca, który rzucając się z dwunastego piętra, krzyknął, znajdując się na wysokości trzeciego: «Patrzcie, mam się dobrze!»”[37].

Przy takim rozwoju stosunków ludnościowych we wszystkich krajach ziemi – doszłoby do australijskiego wyglądu świata. Wśród terytoriów ca­łych państw, bezludnych jak pustynne kraje australijskie, widzielibyśmy tu i ówdzie olbrzymie miasta wymierające, których mury w miarę czasu, w miarę posuwającego się wyludniania, wyrastałyby coraz bliżej pustyń i puszcz, graniczyłyby coraz bezpośredniej z bezludziem, ciągnącym się na tysiące kilometrów.

Wędrując po takim świecie, byle dostatecznie długo, natknęlibyśmy się w końcu na jedno jedyne, ocalałe z potopu wyludnień, wielkie miasto – na całej ziemi – pustyni, zamienionej może przedtem w park narodowy dla mieszkańców tego miasta, i na ministra informacji i imigracji w tymże mieście, sobowtóra Coldwella, biadającego na niechęć obywateli do dzie­ci. A jeśli tak, to które z dziś znanych miast wytypowałoby się sposobem takiej śmiertelnej selekcji – na jedyne w świecie miasto-sierotę? I ciekaw­sza rzecz: któremu z narodów dzisiejszych byłoby dane przechować tam szczątki swej ludności? Ale czy można by drogą pokojowego wymierania, bez kataklizmów międzynarodowych, dojść do spełnienia tego mirażu? Czy znalazłby się naród, co zgodziłby się wyłączyć od wyścigu do tak po­jętego raju? Od wyścigu do raju, czy od wyścigu o prawo do życia? Lecz skoro – o prawo do istnienia, to czy nie zakłóciłoby to pokojowości takich światowych zawodów samobójczych?

Niekoniecznie to są rojenia. Tak jak niekoniecznie „do tego musi pro­wadzić cywilizacja”. Zdarza się przecież śmierć z wyludnienia i ludom naprawdę dzikim, a kto wie nawet, czy dzikim nie jest stosunkowo łatwiej o wymarcie, a raczej, czy nie jest im łatwiej o szybsze wymarcie. Ba, „ist­nieją wiadomości o niektórych szczepach na Antylach, że umawiały się między sobą, by zbiorowo wymrzeć i przeprowadzały to konsekwentnie za pomocą dobrowolnej bezpłodności”[38].

Zresztą, wchodzimy w epokę rojeń, w czasy utopii, a w tym – i utopii eugenicznych. Coś, jak w starożytnej Sparcie, tylko teraz w skali ogól­noludzkiej. Bo im bardziej pogrążać się będziemy w epokę planowania, tym więcej będzie nie tylko realnych planów, ale i utopii przybywało, i to zarówno o urządzaniu całego świata, jak i poszczególnych działów życia. Tylu może być wtedy twórców „nowego wspaniałego świata”, ile teraz osób przeziębiających się. Tylu planistów, ilu ludzi. Wzrośnie liczba zba- wiaczy ludzkości. I wcale nie wartościowsze plany będą realizowane, ale plany najumiejętniejszych i najbardziej fanatycznych organizatorów.

Każda zgrana paczka każdego typu ideologów może urządzać wówczas glob według swego pomysłu, jedna drugą z tego powodu zwalczać, wyrzu­cać poza nawias życia, niszczyć nawet z kretesem, mobilizując do tego nie­rzadko wszystkie siły naszej planety*. I czy tylko naszej? Gdyby zaś w toku takich wojen „ideologicznych” jakiś model „idealny” nie opanowywał co jakiś czas całości życia na ziemi na dłuższą ilość lat, ludzkość może być wstrząsana, jak konwulsjami, od jednej próby uszczęśliwiania świata do drugiej, powodzią wojen-kataklizmów, których słabą próbą jest aktualna dziś groza wojny atomowej.

Jak tedy w epoce planowania ratować świat od ery utopii: oto problem! Zdaje się, że jego wagę będzie człowiek tym bardziej doceniał, im więcej stuleci żyć będzie w epoce przeludnień: bo bogactwo ludzi i kontaktów między nimi dynamizuje nie do wiary myśl ludzką i uskrzydla zarówno zdrowe wielkie mózgi, jak i chore genialne.

Ale jak odróżnić utopię od planu?

Utopia, to nie tylko to, co się nie da urzeczywistnić: bo można reali­zować i utopię. Utopia, to raczej to, co niszczy człowieka, co choćby go osłabia. Jaka tedy jest higiena planowania? eugenika planowania w ogóle? Co tu jest utopią? Co utopią, którą można zrealizować, ale która niszczy człowieka, osłabia go? prowadzi do wyludnień? prowadzi do zniszczenia narodu? gatunku?

Lecz gdyby, powiedzmy, jakiemuś fanatycznemu ruchowi eugeniczne- mu udało się wreszcie zrealizować jakieś państwo doskonałych na swój sposób ludzi, jakieś miasto-pana świata i urządzić dla jego mieszczan skorupę ziemską jako jeden wielkomiejski park narodowy, to czy wy­produkowany przy tej okazji „człowiek szczęśliwy” – homo felix, o typie sportowo-inżyniersko-profesorskim – nie wymarłby ze swego elitaryzmu w dość zawrotnym tempie? Czy podstawą rozrodczości ludzkiej nie jest czasem baza zwykłych, prostych ludzi – ludzi-dziczek, dlatego tak żywio­łowo żywotnych, że ich dążenia są żywiołowo prymitywne, i dzięki temu – biologicznie bardziej elitarnych od najwytworniejszej elity umysłowej, sportowej i gospodarczej?

Czy na brak tej „elity” dziczkowej nie cierpiały zawsze – i to bezna­dziejnie – narody wymierające dobrowolnie? Czy zatem planowanie za­ludnienia nie musi także hodować „prostego człowieka”? Odpowiednią ilość „prostego człowieka”? Czy eugenice nie przydałby się pewnego rodzaju franciszkanizm? Czy wobec tego należy się tak bardzo trapić, jak to czynią eugeniści współcześni, że prosty człowiek więcej ma dzieci niż elitarny? Kto tu właściwie – z punktu widzenia najistotniejszej funda­mentalnej podstawy wszelkich społeczności ludzkich: by zachować sam gatunek Homo sapiens – jest bardziej elitą: czy ten, co łatwo wymiera; czy ten, co najtrudniej wymiera?

I po co wytwarzać elitę, skoro potem tak łatwo wymiera? Czy się opłaci choćby sam wkład pieniężny w jej wytwarzanie? Czy na uniwersytetach ma się zawieszać tablice: „Tu się wytwarza elitę, która szybko wymiera”? I czy naprawdę elita musi wymierać łatwiej i szybciej od prostego czło­wieka? Czy nie dałoby się tego procesu powstrzymać? Jak? Przeto czy nie należy upraszczać elity umysłowej, nie pozbawiając jej jednocześnie naj­wyższych walorów kulturalnych? Po co? By zbliżyć – witalnie – elitę do dziczki-prostego człowieka? Na czym polega demokracja biologiczna? Co zapewnia osobom wysokiej klasy kulturalnej tężyznę biologiczną dziczki?

Lecz czy to tylko problem „dziczki”?

Przecież nawet historia ostatnich wieków notuje wymarcie oraz wy­mieranie szeregu plemion pierwotnych i to nie tylko z powodów, które przytaczaliśmy, mówiąc o Czukczach, Tasmańczykach czy mieszkańcach Eddystone i wysp Antylskich. A posiadamy dość faktów, dopuszczających myśl, że i dawniej nie brak było podobnych wśród takich ludów katastrof, a nawet że mogły się zdarzać bez porównania częściej. Aliści przeważał mimo wszystko człowiek pierwotny swą witalnością nad nami, a przema­wia za tym to, że społeczeństwa cywilizowane egzystują dopiero od kilku tysięcy lat, w każdym razie nie znaleziono żadnego, które by trwało do dziś nieprzerwanie choćby sześć tysięcy lat; podczas gdy ludy pierwotne jako całość przetrwały ogromny okres pleistocenu i bez mała cały holoce- nu – a więc w sumie setki tysięcy lat – i to bez medycyny, pisma, bez opieki społecznej i władz państwowych. I bez wielkich miast uniwersyteckich.

Czym człowiek pierwotny zdobywał taką niespożytość, odporność, witalność? Czy przypadkiem nie dzięki wydawaniu na świat każdego dziecka poczętego i olbrzymiej zarazem śmiertelności, która eliminowała bezlitośnie słabsze jednostki?

„Eugenika” przyrody jest okrutna, choć chyba najbardziej celowa. Toteż trudno sobie wyobrazić, by na tę drogę wkroczyła kiedykolwiek eugenika sztuczna, lekarska, to znaczy: by opuściła zupełnie człowieka. By zatem także medycyna zniszczyła medycynę.

Ale jakich by innych środków powinna szukać medycyna na trwałość ludzkiego gatunku? Skąd odporność pewnych jednostek? Czy jest ona wyłącznie niezasłużona? dziedziczna? Czy czasem nie należy jej szukać także w sobie? W osobistym wysiłku? Jak u poliploidów! I czy nie w tym kierunku głównie powinna by iść eugenika? Żądać! Wymagać! Żądać od człowieka tak trudnej postawy wobec życia, jak bezlitosna jest eugenika przyrody! Czy tu przypadkiem nie znajdziemy tajemnicy twórczego pla­nowania zaludnienia? W każdym razie nie wydaje się, by to, czego euge­nika przyszłości zażąda od człowieka, nie było bardzo ciężkie.

I co eugenika lekarska uczyni z wielkimi miastami?

Wiemy z góry: nie uwolni wielkomieszczan z poczucia przeludnionej wyspy, bo nie może fałszować prawdy. Ale czy tolerując, a nawet pielęgnu­jąc w wielkich miastach „poczucie wyspy”, zdoła uleczyć je z „popłochu przed dziećmi”? A jeśli jej się to nie uda, to czy pozwoli, by wielkie miasta ssały nadal ludność prowincji i bezpotomną lub zbyt mało płodną – wy­pluwały następnie masowo na swe cmentarze? Czy też wysiedlać będzie stamtąd przymusowo, jako z terenów zagrożonych epidemią wymierania? I czy z kolei zaorywać będzie takie miasta? A może zostawi je, tylko po prostu wydzieli z nich ludność normalnie rozradzającą się, nią się zaopie­kuje, pozostałej zaś – wymierającej dobrowolnie, a więc w najwyższym stopniu nieeugenicznej – pozwoli wymierać? Bo czyż państwo może przymuszać do posiadania potomstwa? Do czego można siłą zmuszać, gdy chodzi o rozradzanie się, a do czego nie?

Lecz im mniej państwo władne jest tu zdziałać siłą, tym więcej przez wpływ. Jak wychowywać wielkie miasta do ich długowieczności? do po­stępu ludnościowego? I jak to planować? Bo tak czy owak z wpływem wielkich miast trzeba się liczyć. Jak kierować wpływem wielkich miast?

Po wtóre, powiedzieliśmy, że w miarę rozwoju ludnościowego nawet wsi, idziemy ku coraz większej ilości wielkich miast i ku coraz ludniej- szym wielkim miastom. Wielkie miasta sprawują dyktaturę nad obyczaja­mi i zwyczajami świata. Dyktaturę bez przymusu, dlatego tak przenikają­cą wszystkich. Trudno zresztą powiedzieć, by kiedykolwiek było inaczej; lecz nigdy tak jak dziś wielkie miasto nie ugniatało z tą swobodą i tak przemożnie oblicza człowieka na całym okręgu ziemskim – wszak nigdy nie miało tak wielu i tak częstych kontaktów ze światem. Tak, jak trudno się upierać, że rola wielkich miast była wyłącznie dysgeniczna i moralnie fatalna: któż tak oceni rolę Babilonu, Aten helleńskich, hellenistycznej Aleksandrii, Bizancjum wschodniorzymskiego, Florencji Medyceuszów, Rzymu renesansu, czy Paryża ostatnich trzech wieków? Kto nie przy- klaśnie twierdzeniu, że wielkie miasta, niekoniecznie każdego czasu w dzisiejszym znaczeniu wielkie, ale bądź co bądź te największe w każdym okresie dziejów, były ogniskami postępu? Lecz skąd to podglebie twórcze? z czego? Czy nie dałoby się go uzyskać drogą niejako syntetyczną, poza wielkim miastem? Jak? W każdym razie nawet gdyby się to powiodło, su- gestywność stylu bycia wielkich miast nie zmaleje chyba nigdy. Czy jed­nak, dopóki się nie powiedzie taka „synteza” stworzenia ognisk postępu poza wielkimi miastami, nie należy iść drogą bardziej konserwatywną: przecież rola wielkich miast mogłaby każdego czasu dorosnąć do mniej fatalnej? Po wtóre, skoro wyraziliśmy się, że należałoby wychowywać wielkie miasta do długowieczności, czyż tym samym nie założyliśmy, że może istnieć czynnik kierujący rozwojem wielkich miast: potężniejszy od ich sugestii. Jaki to czynnik? A może czynniki?

Fakt to powszechny, że wielkie miasto pożera wolę prowincji: czy wobec tego nie należałoby wzmocnić roli prowincji? poprawić jej samo­poczucia? jej świadomości, że jest równa wielkiemu miastu? wywołać i ożywić jej w pewnym sensie świadomości klasowej? Wyzwolić prowin­cję! By nie czuła się, jak dotąd, medium bezwolnym wielkiego miasta, ale by zechciała może zostać nawet jego hipnotyzerem.

Bez podniesienia godności prowincji, bez wyleczenia jej z kompleksu niższości, nie ma mowy o demokracji, znęcać się bowiem będzie nadal swym wpływem nad światem wielkie miasto i to coraz nieznośniej. Ale czy nie równie ważne jest podniesienie godności jednostki: tej najbardziej prowincjonalnej prowincji? Wyzwolić ją z piekła sugestii wielkiego mia­sta, nawet zostawioną w tymże wielkim mieście? Jak to robić!?

Nade wszystko jednak leczyć należy samo wielkie miasto.

W jakim zatem kierunku powinna by iść medycyna, by zabezpieczyć stałą młodość wielkim miastom?

W wielkich miastach gnieździ się głównie medycyna. Tu najwięcej le­karzy, instytucji naukowych lekarskich, zakładów leczniczych. Jasne więc, że tutaj też muszą najdobitniej występować blaski i nędze nowoczesnego lecznictwa. Rzeczywiście: stwierdzamy tu tendencję ku minimum zgo­nów i maksimum wymierania.

Mówiliśmy o niszczącym wpływie wykształcenia i dobrobytu na po­pulację. Owóż zawsze dobrobyt i wykształcenie znamionowały miasta, zwłaszcza wielkie. Ale od czasu wzrostu poziomu medycyny doszła do tamtych dwu trzecia cecha życia wielkomiejskiego: maksymalne korzy­stanie z medycyny, stąd minimum śmiertelności i w konsekwencji klimat na ograniczanie urodzeń. I choć od tej pory można sobie wyobrazić wiel­kie miasta bez powszechnego wykształcenia i dobrobytu, to czyż podob­na planować życie wielkich miast bez maksymalnej pomocy lekarskiej? a więc bez perspektyw dalszego pomniejszania kwoty zgonów? Ale czy minimum zgonów musi bezapelacyjnie prowadzić do takiego ograni­czania urodzeń, które sprowadza wymieranie? Co na to wola ludzka? Jak tedy planować życie wielkich miast: z nieograniczonym dobrobytem i wykształceniem, tudzież z równie stale rosnącą pomocą lekarską, a z ograniczaniem urodzeń, lecz bez wymierania? Bo choć nie wyłącznie życie wielkich miast tak należy planować, to jednak przede wszystkim życie wielkich miast: z uwagi na idący stąd, ze środowisk wielkomiejskich, miażdżący wpływ na styl życia małżeństw prowincji, z uwagi na siłę mody. Dlatego nie gdzie indziej, ale na terenie wielkich miast urzeczy­wistnienie twórczego planowania ludności i potomstwa wyrasta, ściślej: wybucha – na najbardziej naglącą konieczność. Tu dziś płoną biologicznie narody. I tu zarazem – z drugiej strony – jeśli narody nie spalają się, to mają najwięcej szans na wzrost ludności jak najbardziej gwałtowny.

Aliści czy wielkie miasto przez to samo, że wielkie, nie staje regulacji twórczej na przeszkodzie?

Nie wydaje się.

Spartanie po kilkuset latach istnienia wymarli, lecz stolica ich, Sparta, nie była nigdy wielkim miastem. W najświetniejszym okresie rozwoju

  • IV wiek przed Chrystusem – nie liczyła więcej niż 30 tys. mieszkańców, a za Rzymian, w czasach Cesarstwa, była już tylko „nieznaczną mie­ściną”[39]. A przecież inne miasta greckie z tychże stuleci były o wiele ludniejsze. Ateny i Syrakuzy, przed swym upadkiem w IV wieku sprzed Chrystusa, zamieszkiwało po 100 tys. osób, nie mówiąc o jednym z naj­większych miast hellenistycznych – Seleukei nad Tygrysem, która „li­czyła 400 tys. mieszkańców jeszcze w połowie II wieku naszej ery, kiedy okres świetności miasta dawno minął”; czy Aleksandrii, konkurującej za Antoninów z samym Rzymem, a mieszczącej półtora miliona wtedy ludzi; czy o wielu innych średniej wielkości miastach, jak Apamei w Syrii
  • 200 tys. mieszkańców w I stuleciu po Chrystusie[40].

Dorobiły się tedy inne, poza Spartą, miasta greckie daleko większej ludności oraz dłużej egzystowały od tejże Sparty – i to jako wielkie mia­sta – chociaż i one, i otaczające je kraje, z których prowincji wchłaniały ludność – bez porównania mniej dbały o jakość fizyczną swych obywateli niż Sparta.

Wiemy, że współczesna medycyna kładzie główny nacisk na zapobie­ganie chorobom i rozwój fizyczny. Kresem takiego rozwoju medycyny jest zamiana jej na higienę i sport. Można by to nazwać spartańskim kierun­kiem w lecznictwie i dlatego z góry wróżyć, że taka medycyna nie ocali Spartan XX wieku ani od wymierania, ani od wymarcia.

I prawda. W wielkich miastach naszej doby mieszka coraz więcej osób higienicznych i wysportowanych, które nie chcą dzieci lub za mało chcą dzieci. Co gorsza długowieczność obywateli, nieznana dawnym miastom, przy minimalnej poza tym obecnie liczbie dzieci, sprawia, że jeszcze w najmniejszym stopniu wielkie miasta zapowiadają się jako środowiska ludzi młodych. Wielkie miasta starożytności – Aleksandrie, Babilony, Antiochie – były miastami młodości. Ba, jeszcze jedno – tylko milio­nowy Londyn z roku 1800, półmilionowy Paryż z tego czasu, Warszawa Wokulskiego czy nawet Wiedeń Straussa: były to metropolie młodziut­kie latami swych mieszkańców – wobec pokoleń przewalających się dziś ulicami tych stolic. I kto wie, czy także w tej właśnie młodości dawnych i niedawnych jeszcze mieszkańców wielkich miast – nie należy szukać witalizmu intelektualnego Babilonów wszystkich czasów, a w takim razie – czy nie należy się spodziewać sklerozy kulturalnej w miastach przyszło­ści: miastach starców, nie chcących umierać, a przedtem – mieć dzieci.

Trudno by jednak skroś tych wielu przyczyn odrzucać i wielkie miasto, i higienę, i wychowanie fizyczne. Raczej należałoby się zapytać, jak po­winna by wyglądać higiena medycyny i higiena psychiki mieszczanina, by jedno i drugie nie ulegało terrorowi mody wielkomiejskiej, tak tu sprzy­jającej dżumie wyludnień.

Problemy.

Unika ich człowiek, gdy się bezmyślnie rozradza. Ale błogostan lud­nościowy przy dzisiejszych środkach sanitarnych mógłby trwać wtedy bardzo krótko, bo teren zacząłby się gwałtownie zaludniać. A wraz z tym inne nadeszłyby kłopoty: jak zmniejszać możliwie do minimum plagi po­chodzące z przeludnienia; a raczej: jak ograniczać je do samej wzmożonej śmiertelności, nie naruszając pozostałej harmonii życia? Ale wtedy trzeba byłoby rozwiązać problem: jak zorganizować wielką śmiertelność, oczy­wiście śmiertelność naturalną. A śmiertelność ta musiałaby procentowo rosnąć – i to stale – w miarę wzrostu nadmiaru zaludnienia ziemi.

Wzdraga się przed tym myśl ludzka, ale ośmiela się myśleć.

Zresztą, było już coś takiego w Europie. Wtedy, mianowicie, gdy w ciągu kilkunastu wieków nie planowano potomstwa i rozradzano się bezmyślnie, ale niejako godzono się na olbrzymią śmiertelność dzieci i wielką liczbę zgonów w ogóle. Obecnie zaś przy wzmożonej dbałości o życie, można widzieć co innego. Wykazywaliśmy, jak znacznie maleją urodzenia i zgony w całym świecie. Ale to nieścisłe. Faktycznie powołuje się do życia bez porównania więcej dzieci, niż opiewają statystyki urodzeń, i śmiertelność maleje znacznie słabiej, niż głoszą rubryki zgonów.

Jak to?

Oto by uniknąć odchowywania większej liczby dzieci, mordują co roku w naszych czasach neomaltuzjanie miliony swych płodów, czyli dzieci po­czętych. O tę liczbę należałoby tedy powiększyć cyfry śmierci i urodzeń w każdym kraju. O tę liczbą sztucznej, pielęgnowanej specjalnie śmier­telności. I zorganizować walkę nie tylko, jak dotąd, z notowaną, przyjętą, nobliwą śmiertelnością, ale i z tą ukrywaną, nie notowaną, nie dostrzega­ną przez statystykę. Czyż to nie doniosły problem?

A problemów przybywa, im bardziej wgryzać się w procesy ludnościo­we. Choćby zaś niejedno z narzucających się przy tej okazji zagadnień wyglądało na marginesowe, to naprawdę tak trudno oderwać je od kom­pleksu zjawisk ludnościowych, jak żywą skórę od żywego człowieka.

Rozradzanie się ludzkie, które niechluje umysłowi zwulgaryzowali jak żadną dziedzinę, urasta w naszych czasach, w epoce świadomego rodzi­cielstwa – na zjawisko zrośnięte wszędzie z człowiekiem, społeczeństwem i ludzkością, najbogatsze w treść, najtrudniejsze w zadania, najbardziej wyposażone w sytuacje dramatyczne i skomplikowane.

I tak: czyż to nie dramat, gdy rozradzanie się i wymieranie – na całej przestrzeni bytowania człowieka na globie – nie jest właściwie niczym in­nym, tylko eliminacją w biegach do przechowania swej krwi aż do końca życia ziemi?

Straszliwy ten sport trwa od początku ludzkości.

Miliony szczepów, niezliczone ludy, miliardy rodzin – stanęły już do tego biegu, wyginęły, tudzież ciągle jeszcze ten i ów się kończy; czemuż by więc także wszystkie współczesne narody nie miały z czasem wymrzeć, a przedtem wykrzewić się w inne jakieś narody, czy tylko w jeden już je­dyny naród-sierotę? Wydaje się jednak, że tym razem staje temu na prze­szkodzie pewien dorobek naszej specjalnie cywilizacji. Wykształca ona tak jak nigdy odpowiedzialność społeczną, a w tym poczucie narodowe, to zaś rodzi w kolektywie-narodzie świadomość i potrzebę nieśmiertelności. Potrzeba ta usztywnia z nieprzemożoną siłą wolę narodu do życia i czyni nieomal nieprawdopodobnym jego zupełne wymarcie.

Wola ludzka.

Fakt ten to promyk na ciemnym horyzoncie ludnościowym współcze­snej Europy, Ameryki i Australii, a niebawem i Azji. Może tej właśnie świadomości narodowej należy zawdzięczać, że społeczeństwa naszego kręgu kulturowego, które z naiwną łapczywością rzuciły się na epide­miczne planowanie zaludnienia, szybko otrząsnęły się z tego i nie mniej zapalczywie się ratują, a choć metodom ratunku można by wiele zarzucić, to przyznać trzeba, że nigdy dawniej nie zdobył się na obronę swej popu­lacji w tej skali żaden naród cywilizowany.

Nie chcą, co prawda, dzisiejsze narody porzucić idei planowania za­ludnienia. Ale chcą być także nieśmiertelne. Zarazem pragną zapewnić sobie maksimum udziału w tworzeniu lepszej ludzkości i sublimować swój instynkt walki oraz swe poczucie potęgi w ambicjach kulturalnych, jedynie życiodajnych dla tworzenia coraz bardziej naturalnej kultury i do zachowywania coraz pewniejszego pokoju w świecie. Te trzy idee – pla­nowanie, umiłowanie narodu i pokój – nurtują dziś z siłą żywiołu każde ze społeczeństw pochodzenia europejskiego, a próżno szukalibyśmy powszechnej cyrkulacji tych pierwiastków ideowych u któregokolwiek z dawnych ludów, należących do wymarłych już cywilizacji.

Kwestia ludzkiego rozrodu wylewa się daleko poza jakość typu fi­zycznego czy psychicznego, poza jego optimum jakościowe; tudzież poza problem przeludnień, niedoludnień, czy dostatecznego, tak zwanego .optimum” ludnościowego ilościowego – na mnóstwo dziedzin życia, a kto wie, czy nie na wszystkie, jak domyśla się tego szereg bardziej dale­kowzrocznych, długofalowych myślicieli-demografów.

Jeśli jednak tak, to planując zaludnienie, należałoby odpowiednio do tego planować jednocześnie całość cywilizacji.

A nie na odwrót.

Ale przypatrzmy się z kolei, jak dotychczas regulowano zaludnienie.

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin

Nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie w niego wierzą.

Kilka fragmentów z książki Feliksa Konecznego O ład w historii:

Każde zjawisko życia zbiorowego pojmuje się i odczuwa albo personalistycznie, albo gromadnościowo. Wyłaniają się obok tego dwie metody myślenia: aposterioryczna lub aprioryczna. Tamta snuje wnioski indukcyjne, zaczynając od krytycznego roztrząsania doświadczeń przeszłości, ta zaś o doświadczenie i fakty się nie troszczy, lecz metodą medytacyjną dochodzi do formuł, do których nagina następnie życie rzeczywiste, choćby wypadło je złamać. Aposterioryzm jest indukcyjny, aprioryzm wyłącznie dedukcyjny. Aprioryzm lubi eksperymentować na wielkich zrzeszeniach, chcąc
wytworzyć wszystko według powziętych z góry pojęć, gdy tymczasem aposterioryzm wytwarza pojęcie według doświadczenia. Stosownie do tego działalność publiczna włącza się w szereg personalistyczny lub gromad- nościowy.
Nie byłby człowiek prymitywny doszedł do żadnego rozwoju, gdyby każde pokolenie zaczynało ab ovo [od samego początku]. Rozwój możliwym jest tylko przez korzystanie z doświadczenia poprzedników. Tradycja jest kością pacierzową wszelkiej cywilizacji. Nie brak jej nigdy i nigdzie w naturalnym rozwoju zrzeszeń. O zarzuceniu jej pomyślano dopiero na wysokim szczeblu rozwoju, gdy postanowiono wyprodukować homunkulusa, wywołując sztucznie nowotwory na życiu zbiorowym.

Personalizm może doprowadzić do historyzmu i również wzajemnie: gdziekolwiek powstaje skłonność do opierania się na historyzmie, wytwarza się podłoże personalistyczne. Gromadność nie zna historyzmu; tak przynajmniej poucza indukcja historyczna.
Zrzeszenia oparte na personalizmie stanowią organizm, oparte na gromadności są mechanizmami. Cechą ich jest jednostajność, organizm zaś żyje rozmaitością. Organizm skłaca się z rozmaitych odrębności, które atoli przejęte są poczuciem jedności. Organizm tworzy się ze świadomej woli zrzeszonych dobrowolnie do celów, wynikających z zapatrywań i dążności ogółu, z porozumienia się. Z klęsk podnosi się organizm własnymi siłami, sam leczy się z usterek i własną siłą doskonali się. Lecz mechanizm wymaga pomocy z zewnątrz i dlatego w razie klęsk staje się nieuleczalnym.
Gromadność zmierza do jednostajności, toteż członkowie takiego zrze-szenia pragnąjak najmniej różnić się między sobą. Nie przypuszczają, żeby jedność mogła istnieć bez jednostajności, rozmaitość wydaje im się rozłamem. Wobec tego gromadność nie sprzyja rozwojowi inicjatywy. Z jednostajnością łączy się po pewnym czasie bierność, obojętność na sprawy publiczne, w końcu wytwarza się stagnacja. Zrzeszenia ujednostajnione pozbawione są pędu wzwyż, do doskonalenia się. Jednostajność przeciwna jest naturze ludzkiej, toteż zrzeszenia takie oparte sąna przymusie. Stosunki życia ludzkiego nie układają się same z siebie w mechanizm; to wymaga działań sztucznych, apriorycznie „planowych”. Gdyby jednak cały świat zamienić na mechanizm, musiałby z czasem nastąpić powszechny zastój, w końcu rozkład. Groziłby zanik wszelkiej zdolności twórczej. Twórczość jest przymiotem stanowczo personalistycznym.

Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.
Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje. Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.
Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na sprawiedliwym rozdziale nierówności.

Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

Poniżej transkrypt z wywiadu:

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia, która nazywa się kolektywizm. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne.

Ludzie dużo pisali o tym czym jest kolektywizm. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm.

To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę.Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi.Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają.

Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy.

Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją.Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą.Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część.Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu.

Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini.Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu.Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem…

Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca,

żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatemprezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No alezebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą.Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)