Regiony Przyspieszonego Wymierania. Fragment z książki Planowanie Zaludnienia – Walenty Majdański << plik

„Planowanie zaludnienia (…) wyrasta na jedno z generalnych zadań przyszłości, tak w XX wieku, jak w kilku co najmniej wiekach następnych.(…) Choć jednak olbrzymia jest już na ten temat literatura tak naukowa, jak i publicystyczna, zwłaszcza na Zachodzie, to ciągle jeszcze, rzecz dziwna, ząbkuje, a raczej wstydliwie jest omijany jeden z tego zakresu dział wiedzy -jakość moralna planowania, jego zgodność z prawem natury. (…)
Co sama idea planowania niesie gatunkowi Homo sapiens? Problematyczna bowiem wydawałaby się nam przyszłość takiego gatunku ze świata fauny, o którym dowiedzielibyśmy się, że zastanawia się, czy się rozradzać i na ile się rozradzać. Wszak refleksja taka jest bliska hamletowskiej myśli:  to be, or not to be? Czy być? Czy istnieć?” – Walenty Majdański, Planowanie zaludnienia

„Przeczytanie dzieła p. Majdańskiego Planowanie zaludnienia dzięki niecodziennym walorom literackim, naukowym i moralnym pracy dało mi wiele zadowolenia.(…) Na szczególną uwagę zasługuje szczęśliwie
pomyślane i przeprowadzone uwydatnienie rozstrzygającej roli czynnika moralnego oraz trafne określenie jego istoty. Uważam rychłe wydrukowanie dzieła za ze wszechmiar wskazane. Nie wątpię w jego poczytność (…) Problem staje się coraz bardziej palący.” – prof. Adam Krzyżanowski

Planowanie Zaludnienia - Walenty Majdański

ROZDZIAŁ IV REGIONY PRZYSPIESZONEGO WYMIERANIA

Cywilizacja zachodnia w obecnej fazie jest wielkomiejska. Wielkie miasto narzuca wszystkim styl postępowania. Jednocześnie styl ten staje się coraz bardziej modą, a więc zwyczajem dorywczym. Stąd krótkofalowość, dychawiczność współczesnego życia, dominujący w nim rys tym­czasowości.

Mimo to moda jest modą. Działa jak nacisk opinii publicznej, jak obo­wiązek społeczny, choćby była niemoralna, niemądra i jak najbardziej chwilowa. Toteż rzadko kto ma odwagę rozwiązywać wbrew modzie te sytuacje, które są objęte modą, i które z tego powodu z góry niejako są włączone w obcęgi szablonu. Giną przy tym mody indywidualne i mody regionów, prowincji, zwycięża moda wielkiego miasta, tu bowiem wy­stępuje ona najbardziej zwarcie i masowo, a przez niezliczone kontakty codzienne ludzi z ludźmi – modnych z modnymi – mnoży się jej siła sugestywna, jej więc niejako oczywistość, spontaniczność, konieczność. Urasta w ten sposób moda wprost na prawo natury.

Kto narzuca modę? Najczęściej zespoły bez poczucia odpowiedzialno­ści. Zresztą wielkie miasta, to ogromne masy ludzkie, a wśród tłumów łatwo o psychozy. Widząc coraz mniejszą ilość stylów życia, jego odmian, człowiek coraz bardziej się lęka być przytomnym w tłumie naelektry- zowanym psychozą i postępować według własnych przekonań, a nawet – sumienia. Szczególnie miażdżąco wpływa wielkie miasto na życie kraju celowo produkującego standaryzowanego człowieka, a któż zaprzeczy, że im więcej wielkich miast i im większy w nich procent ludności kraju, tym łatwiej o obywatela, którego społeczeństwo wypuszcza spośród siebie jak spod stempla. Sztancowany obywatel jest z kolei idealnym odbiorcą mody. Postępuje jak w półśnie, działa jak pod hipnozą. Wyradza się w maszynę, a tak planowane życie – w fabrykę snów, w których klimacie społeczeń­stwo ma żyć.

Widać to i na terenie populacji. Tu również tyranizuje moda. Któż miałby odwagę rodzić troje dzieci, gdy całe miasto ma po dwoje? Kto zaryzykowałby dziesięcioro, jeśli za najmądrzejszych uchodzą bezdzietni lub bezżenni?

A właśnie od czasu, gdy przyjęło się wśród Europejczyków regulować potomstwo, wielkie miasta nie tylko wyprzedziły pod tym względem inne środowiska, ale najepidemiczniej planują zaludnienie. Że jednak z wiel­kich miast idzie ta moda, wygląda na nieszkodliwą, owszem: na idealnie nowoczesną i postępową. Jeśli zaś wykazywaliśmy, że tym mniej dzieci, im więcej osób bogatych i wykształconych, to czyż nie należy dodać, że tym mniej dzieci u bogaczy i wykształconych, im więcej ich małżeństw w wielkich miastach?

Niemałą też rolę w podtrzymywaniu psychozy wyludnień gra w wiel­kich miastach szczupłość terenu.

Obywatel, nie zdając sobie nawet sprawy, czuje się na miejskim bruku jak mieszkaniec maleńkiej wyspy rojącej się od ludzi. Nie mogą się oni tu pomieścić na samym przyziemiu, więc układają się warstwami jedni nad drugimi na piętrach kamienic wielopłaszczyznowych, bo wielopię­trowych. Może z tego powodu im ludniejsze miasto, tym bardziej mu do twarzy z wielopiętrowymi drapaczami? Czyżby dlatego w małej mieścinie nikt nie wystawiał niebotyków? Wielopiętrowe budownictwo w wielkich miastach, to jakby czerwone światła ostrzegawcze, to plastyczne symbole przeludnienia – dla oczu przechodniów, to krzyk w ich stronę: „Nie rodzić więcej!”

Nie wzmacnia to dynamiki rozrodczej, przeciwnie, paraliżuje ją. Bo jakże ma się spokojnie rozradzać człowiek, mieszkający w ostrzegaczu przed przeludnieniem? Co prawda budowla pięćdziesięcio-, a tym bar­dziej stupiętrowa naprowadza na myśl: jak śmiało może się zwiększać, wypiętrzać ludność świata! Ale mało kto tak patrzy: bo rzadko kto jest optymistą. Optymizm kosztuje. O wiele łatwiej być pesymistą.

Dla wygodnego mieszczanina-pesymisty wielopiętrowa architektura wielkiego miasta przy ogromnej tamże ludności pognębia jego witalność biologiczną, bo wywołuje w nim nie opuszczające go nigdy przeświad­czenie o przeludnieniu katastrofalnym, trwającym tu w permanencji. „Obraca się” niejako na takie dictum psychika mieszczucha o sto osiem­dziesiąt stopni, i załamuje się. Zamiast wyżywać się w dzietności, wyżywa się w jej przeciwieństwie – w używaniu: w jednej z kategorii rozpaczy. Bo jest i wesołość rozpaczliwa. Toteż im więcej wielkich miast, tym mniej dzieci, tym mniej życia, a więcej użycia.

Starożytne Ateny były kulturalnie twórcze, dopóki same rodziły licz­ne dzieci, bądź dopóki mogły wchłaniać rozradzającą się bujnie ludność prowincji. To samo Rzym cezarów. W pewnej mierze dałoby się to powie­dzieć o włoskich miastach renesansu. W uderzający sposób widać to samo na Paryżu XVIII wieku i początku XIX. Miasto owo nadaje ton kulturze świata, dopóki w niewielkim zakresie planuje zaludnienie; a nawet i póź­niej, gdy planuje coraz bardziej nerwowo, ale gdy jednocześnie może ssać w siebie rozradzającą się jeszcze ludność prowincji. Natomiast schodzi Paryż ze swej roli cywilizatora ludzkości, od kiedy i sam się dostatecznie nie rozradza, a prowincja ma za mało dzieci. I gdy za mało staje się dzietną, za mało młodą wielka prowincja Paryża: Europa.

Kto wie również, czy krajobraz i otoczenie nie działają silniej na roz­rodczość, niżby się zdawało?

Gatunek homo powstał na łonie przyrody, na ziemi, nie na piętrze, i przy wielkiej dawce wolności, podczas gdy współczesne większe miasto staje się z dnia na dzień coraz bardziej zaprzeczeniem tych trzech cech by­towania pierwotnego. Higiena tedy wielkiego miasta, to nie tylko kanali­zacja i wodociągi, szczepienia ochronne, walka z mikrobami i dietetyczne odżywianie; a tym bardziej higiena wielkiego miasta, to nie elektryczność, sprawna komunikacja, teatry, muzea i kina. Wydaje się, że konieczne jest tutaj zwiększenie wolności poruszania się, bliskość gruntu pod nogami i wiele naturalnej przyrody. Wielkomieszczanin musi niejako wyrastać z ziemi.

A dziecko?

Zostanie ono zawsze prywatną inicjatywą obywateli. W ogóle nic nie jest inicjatywą tak prywatną jak dziecko. Dlatego bez pozostawienia pew­nego kwantum swobody obywatelom, bez niejakiego maksimum swobo­dy nawet w ustrojach najbardziej krępujących jednostkę, nie ma mowy o dobrym stanie ludnościowym państwa.

Znamy organizm polityczny mający pod tym względem doświadczenie pięciu tysięcy lat. To Egipt.

Na całej przestrzeni swych dziejów starożytnych państwu temu nigdy nie brakło ludności do jego zadań cywilizacyjnych.

„Jest rzeczą całkiem możliwą – pisze w roku 1937 historyk polski, gdy dzisiejszy Egipt liczył 16 z górą milionów ludności, przy tym z największą wówczas na świecie jej gęstością: około 460 mieszkańców na kilometr po­wierzchni – że cyfra powyższa była już osiągnięta, a nawet przekroczona w dobie rozkwitu państwa faraonów za IV, XII i XVIII dynastii”.

Państwo faraonów nigdy nie traciło niepodległości z powodu kata­strofalnego braku ludzi: ani za Hyksosów w dobie XV-XVII dynastii, skoro już za XVIII dynastii mogło się dorobić 16 milionów ludzi; ani za Psametycha XXVI, gdy Persja w osobie Kambyzesa – 525 rok przed Chrystusem – podbiła kraj nad Nilem, liczący wówczas 7 milionów zalud­nienia; ani za Aleksandra Wielkiego; i podczas wejścia tutaj Rzymian, gdy również co najmniej 7 milionów osób tu mieszkało[1].

Zresztą, Egipt nigdy właściwie, nawet od czasów Kambyzesa, nie tracił całkiem niepodległości, a widać to zwłaszcza w gospodarce.

Przez cały ciąg, na przykład, panowania Rzymian Egipt górował bez­względnie gospodarczo, zwłaszcza w przemyśle i rolnictwie, nad Italią, tak jak jego metropolia – Aleksandria – nad Rzymem. Była to cywilizacja nieomal nieprzerwanego w ciągu czterech-pięciu tysięcy lat dobrobytu, a jeśli nie zawsze dla wszystkich klas społecznych dobrobytu, to przy­najmniej dobrych warunków gospodarczych; w każdym razie na pewno lepszych – na przestrzeni całych swoich dziejów – niż gdziekolwiek wtedy na ziemi.

Co dziwniejsza, dobrobytem cieszyły się nawet czasy schyłkowe po­litycznie. Dodajmy, że „czasy króla Amazisa II – tuż przed najściem Kambyzesa perskiego, 569-526 przed Chrystusem – uchodziły później za okres największej pomyślności w dziejach egipskich. Według Herodota Egipt miał wtedy liczyć 20 000 miast, którą to liczbę trzeba porównać z niespełna czterema tysiącami osad dzisiejszych”. Otóż „w państwie fa­raonów – już za czasów I-V dynastii – jedynym właścicielem wszystkich ludzi i rzeczy był monarcha”, a „fakt gospodarstwa planowego nie ulega najmniejszej wątpliwości”. Co więcej: spotykamy się tu wówczas „z całko­witym zaabsorbowaniem jednostki we wszystkich dziedzinach, w których interes państwa był zaangażowany, przede wszystkim w dziedzinie go­spodarczej”. A jednocześnie w ciągu owych 5000-4000 lat „nie ma śladu jakiegokolwiek ograniczenia prywatno-prawnego wolności osobistej, tak samo jak prywatnego niewolnictwa” nie ma; jednostka „nie jest krępowa­na przez żadne więzy grupowe, rodziny, rodu, szczepu czy stanu. Rodzina egipska w tym okresie jest związkiem indywiduów zachowujących maksi­mum samodzielności prawnej i gospodarczej, jaka w ogóle da się pogodzić ze współżyciem małżeńskim”.

Ten styl, z niewielkimi odchyleniami, znamionował wszystkie okresy ustroju Egiptu. Maksymalna służba państwu, „połączona z zupełnym indywidualizmem w sferze stosunków prywatno-prawnych” jest „rysem najcharakterystyczniejszym tego ustroju”[2].

Znany jest historii fakt, jak bardzo twórczymi cywilizacyjnie oka­zało się szereg ludów, które przedtem tysiące lat żyły jako ruchliwi, w bezpośrednim styku z przyrodą bytujący gromadnie – pasterze, łączący maksimum swobody z surowością szczepowej dyscypliny. Taki żywot wiedli potomkowie Abrahama przed przybyciem do Egiptu i potem jako Hebreje, nim zajęli Palestynę; taki ustrój prawdopodobnie posiadali Hellenowie przed przybyciem na Bałkan, taki – Beduini, twórcy szeregu państw starożytnych na Bliskim Wschodzie; tacy Arabowie Mahometa; a nie inni też byli Mongołowie, zanim w XIII wieku zaczęli organizować Azję i większą część Europy na przestrzeni Pacyfik-Adriatyk w jeden su- per-chanat. Znamienny zakaz wydał ponoć pierwszy władca tego mon­golskiego imperium, Czyngischan: by jego następcy nie budowali stolicy, bo państwo od tego się rozpadnie.

Ciekawe, że jednemu z tych ludów, który przetrwał czterdzieści wie­ków, mianowicie Żydom, grozi obecnie wymarcie wszędzie, gdzie bytują jako mieszkańcy wielkich miast. Neomaltuzjańska moda wielkomiejska dzisiejszej doby okazała się dla tego narodu, zdawałoby się nieśmiertelne­go, bardziej zabójczą niż wszystkie trudności kilkudziesięciowiekowego bytowania.

A nigdy naród żydowski nie stał się w tej mierze miejskim co w XIX i XX wieku. Zniszczenie biologicznej masy żydowskiej, dokonane przez barbarzyństwo Hitlera, było na pewno o wiele mniejsze niż ciosy, któ­re rozrodczości żydowskiej zadaje od kilkudziesięciu lat wielkomiejska moda mało- i bezdzietności.

Żydzi włoscy, tureccy i holenderscy – zauważa pisarz żydowski E. Eberlin w książce Les juifs d’aujourd’hui, wydanej przed drugą wojną światową – zmasowani od wieków w wielkich centrach gospodarczych, znajdują się od dawna na martwym punkcie ludnościowym. Żydzi sefardyjscy, dawni maranie, którzy zdołali się osiedlić w wielkich miastach Francji, Anglii, Holandii, a także w Hamburgu, znajdują się już od dłuż­szego czasu w stanie zaniku. Liczba ich maleje. Dlaczego? „Nie ma dopły­wu świeżej krwi z obszarów niezgangrenowanych nadmierną racjonaliza­cją oświatowo-cywilizacyjną” – powiada ten autor.

A któż zaprzeczy, że Żydzi zachodni są nie tylko najbardziej wielko­miejskim odłamem społeczeństwa żydowskiego, ale i najbardziej boga­tym i wykształconym w swym narodzie, oba zaś te czynniki nie mniej depopulują niż wielkomiejskość?

Rezerwy ludnościowe mogli znaleźć Żydzi jedynie poza wielkimi mia­stami, na prowincji. Stąd odbudowa Palestyny jako państwa żydowskiego, a raczej jako prowincji ludnościowej tego narodu, skupionego po miastach całego świata. Wiadomo, że Żydzi długo się namyślali, nim powzięli decy­zję, by nie gdzie indziej, tylko w Palestynie odbudować swą państwowość po dwu tysiącach lat jej rozgromu przez Rzymian. Wybór, okazało się, padł nader szczęśliwie dla regeneracji populacyjnej dzisiejszych Izraelitów. Liczba urodzeń bowiem u Arabów palestyńskich jest nieomal najwyższą wśród cywilizowanych narodów świata: cóż więc to za bodziec dla roz­rodczości żydowskiej w państwie Izrael! Urodzenia Arabów palestyńskich wynosiły w latach 1926-30 53,5%o; w latach 1931-35 50,3%o; w latach 1936- 40 48,8%o; 1941-45 50,9%o; 1946 54,2%o; gdy w tychże czasookresach urodzeń żydowskich w Palestynie było: 34,3%o; 30,2%o; 25,8%o; 26,6%o; 29,l%o. Zgony wśród Izraelitów palestyńskich maleją i kurczą się w roku 1946 – jak przytaczaliśmy – do cyfry nieznanej dotąd żadnemu państwu świata: 6,4%o. Cóż, kiedy śmiertelność i u arabskiej ludności palestyńskiej stale spada i wynosi w roku 1946 15,9%o!

Rezultat?

W roku 1946 przyrosło na każdy tysiąc ludności u Izraelitów 22,7 osób, u Arabów 38,3[3]. Ale zgony u Izraelitów na przyszłość już prawie nie będą mogły wcale maleć, gdy arabskie wykazują tendencję do kurczenia się aż do poziomu izraelskiego. Gdy się zrównają, wówczas wyścig ludnościo­wy Izrael – Arabowie zależeć będzie tylko od urodzeń. Co będzie, jeżeli Izraelitki przejdą na wielkomiejską stopę urodzeń, jak ich siostry spoza Palestyny? Co się stanie wówczas z narodem, który czy to niegdyś w swej ojczyźnie, czy później w rozproszeniu, przetrwał bądź co bądź kilka ty­sięcy lat i nie byle jaki brał w tym czasie udział w kształtowaniu losów ludzkości?

Na małym skrawku świata, w Palestynie, rozgrywają na naszych oczach dwa narody najbardziej może dramatyczną w dziejach ziemi wal­kę za pomocą urodzeń – o śmierć lub życie jednego z najstarożytniejszych spośród cywilizowanych narodów świata. Toteż prasa izraelska – nie tyl­ko palestyńska – niezmiernie czujnie notuje ów przedziwny wyścig i co jakiś czas z jej szpalt podnoszą się alarmy w tej sprawie; a trudno się temu dziwić: bo któż zaprzeczy, że przyszłość Izraela zależy przede wszystkim od tego, ile Żydówki zechcą rodzić i w Palestynie, i poza nią. Na ile wy­zwolą swą rozrodczość spod hipnozy wymierających wielkich miast na­szych czasów”[4].

Coraz bardziej rozumie się dziś architekturę jako motyw do krajobra­zu. Ale w jakiej mierze architektura może i powinna być cząstką natury? By mieszkaniec czuł architekturę jak przyrodę: jak wezwanie do swobo­dy? do inicjatywy? do odpowiedzialności za życie? do wielkości?

Dla domownika ściany mieszkania, to już krajobraz, a okna i drzwi, to okno na świat. Wprawdzie namiot czy chata były aż do wieku XX naszej ery dość ciemne, małe i ciasne; wszakże wychodząc z takiego mieszkania miał jego domownik widok mniej lub więcej głęboki, a przynajmniej nie na tyle zasłonięty, by nie widział z progu, czy nawet już z okna, kawałka szerokiego świata, cząstki krajobrazu. Genialna jest architektura klatki dla zwierząt: jej ściany dają zawsze jak najwięcej światła, a to już ułatwia widok na świat. Mimo to dzikie zwierzęta, tu uwięzione słabo się mnożą. Klatka nie pozwala na ruch, na wolność, a nade wszystko na inicjatywę.

Oczywiście, nie można utrzymywać, że zwierzęta domowe się nie mnożą; ale jeśli istnieją tak bardzo licznie, to głównie przy wsparciu wład­cy zwierząt: człowieka – coś jak rodziny wielodzietne w wielkich miastach istniejące dziś niemal już wyłącznie przy wsparciu władz państwowych – poza tym nie wiemy, czy z powodu klatki nie traci ich gatunek na długo­wieczności. Koń europejski zdziczał w Ameryce, i bardzo się rozmnożył, ale znalazł tam klimat, pożywienie i swobodę.

Na pewno niewolnicy rozradzali się zawsze słabo, nawet gdy mieli ku temu warunki.

Wskazywałaby na to historia.

Nie słyszymy, na przykład, by gdziekolwiek w państwach starożyt­nego Wschodu rozrodczość niewolników zagrażała ludności wolnej. Wprawdzie faraon obawiał się rozrodczości ludu Mojżesza, ale Żydzi Mojżesza nie żyli w Egipcie jako niewolnicy. A przecież w państwach sta­rożytnego Wschodu niewolnik cieszył się najczęściej względną swobodą, niezłymi warunkami materialnymi. Tak bywało w Egipcie, gdzie, zresztą, niewolników było zawsze bardzo mało.

Bez porównania częściej używano niewolników w Babilonii, ale mogli oni być tutaj przedsiębiorcami i również posiadać niewolników[5].

W państwach greckich najliczniej posługiwano się niewolnikami w tak zwanym okresie attyckim – V i IV stulecia – w państwach greckich zwłaszcza w krajach przemysłowo-górniczych. „Stanowili znaczną część ludności każdego państwa, a w niektórych nawet większą ich część”[6]. Owóż stosunek Hellenów do niewolników był w porównaniu z innymi narodami najbardziej ludzki. W Attyce w epoce klasycznej „niewolnik publiczny mieszkał, gdzie chciał, mógł mieć żonę i dzieci, a nawet posia­dać dom własny”[7]. Ksenofont (430-355 przed Chrystusem) „preliminuje 2 obole dziennie na utrzymanie niewolnika, co jest bardzo dużo”. A dla­czego dużo? Bo owe 2 obole mówią, że „poziom egzystencji niewolnika w Attyce IV wieku był wyższy niż robotnika w Polsce w roku 1937″[8]. „Według Ksenofonta (Athenajon politeia, § 11) nie wolno niewolników bić, położenie ich jest dobre, niektórzy żyją w dostatkach”. „Utrzymywali nie­raz szynki i gospody, albo prowadzili kantory wekslarskie”[9].

Zdaje się, że głównym źródłem tężyzny populacyjnej drobnych rolni­ków było i będzie zawsze to, że samo wykonywanie ich zawodu stawia ich oko w oko z przyrodą, wymaga pozostawiania zawodowcowi maksimum swobody i umożliwia mu rozliczność zajęć. Hala „fabryczna”, w której on pracuje, ma za podłogę ziemię, a za dach – niebo. Tych cech nie może nie posiadać praca chłopa nawet wtedy, gdy pozostaje on glebae adscriptus, jak to w zasadzie było w starożytnym Egipcie, bądź w wiekach nowożytnych w Europie; bądź też, gdy jak dziś, mozoli się on kombajnami lub elektrycz­nością doi krowy. Poza tym chłop żywi. Świadomość, że jest żywicielem, podtrzymuje w nim głównie poczucie osobistej wartości, choćby nawet ustrój czynił go na pół niewolnym lub wręcz wdeptywał go w ziemię.

A wiele wskazuje na to, że prócz pewnej dozy wolności konieczne jest też do rozradzania się pewne minimum poczucia wartości osobistej. Nic nie jest w nas tak istotnie ludzkie jak godność.

Znamy ludy pierwotne, które po podbiciu ich przez białych straciły kompletnie poczucie własnej wartości i wiarę w jakikolwiek sens życia. Wymierają lub już wymarły i to zdumiewająco szybko. Za wysoką spo­tkały kulturę, z nazbyt wielką zetknęły się przewagą fizyczną. Rzecz zna­mienna, że i warstwy najbardziej kulturalne wśród społeczeństw wysoko cywilizowanych wymierają podobnie. Snadź i tu zetknięcie się z bardzo wysoką kulturą zabija. Zdaje się, że jedno tylko mogłoby ocalić takie ludy pierwotne: ogromny dla nich szacunek ze strony białego człowieka. Wzbudzenie w nich na skalę maksymalną godności ludzkiej. Lecz czyż nie to samo uratowałoby dla życia wymierające warstwy o najwyższej kulturze? Czyż cynizm i eklektyzm, znamionujący te klasy społeczne, nie jest tego samego rodzaju, co katastrofalne wyzbycie się poczucia własnej wartości u ludów pierwotnych, które nagle stanęły oko w oko z nazbyt wielką kulturą?

Na bogatej od natury wyspie Eddystone – Melanezja, Pacyfik – mawia­ją tubylcy: „Po co mamy rodzić dzieci, kiedy żyć będą po to jedynie, ażeby pracować na białego człowieka?” I „środki, do których odwoływali się przed przybyciem Europejczyków tylko wyjątkowo, ażeby przeszkodzić przyjściu na świat płodu pochodzącego z miłości pokątnej, stały się – po przyjściu Europejczyków – narzędziem samobójstwa rasowego”.

Te same objawy stwierdza specjalna komisja w roku 1896 u Fidżyjczyków – archipelag w tejże rozległej wyspiarskiej Melanezji – podając nadzwyczajną śmiertelność wśród dzieci, niezwykły procent noworod­ków martwych i dziwnie słabą odporność dorosłych Fidżyjczyków na choroby.

Podobne zjawiska spostrzeżono u Czukczów.

I u Australijczyków czarnych, zarówno na lądzie, jak i na wyspie Tasmanii: na południe od Australii. Robinson opowiada o wymierających Tasmańczykach – druga połowa XIX wieku – których deportowano na pobliską wyspę Flinders, gdzie materialnie bardzo o nich dbano, a postępowano z nimi łagodnie:

„Kiedy tubylec odczuje pierwsze oznaki niemocy, bądź to z przeziębienia, bądź z innej przyczyny, natychmiast ogarnia go przygnębienie, przestaje zachowywać się w sposób naturalny i oddaje się rozpaczy, w dalszym zaś ciągu wywiązuje się z tego podniecenie umysłu, aż w końcu umiera w stanie obłędu”. Mąż, choćby najzdrowszy, umierał szybko po śmierci żony. To samo żona po zgonie męża. „Według dra Barnesa przeszło po­łowa Tasmańczyków na wyspie Flinders wymarła nie z jakiejś wyraźnej choroby”, ale „z niedomagań żołądka, które całkowicie pochodziły od nieprzepartej żądzy powrotu do ojczyzny”. Nie imali się żadnej pracy, pa­trzyli w stronę Tasmanii i wyli z tęsknoty. „Nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”[10].

Poczucie mniejszej wartościowości zabija fizjologicznie. Może dlatego Hellenowie lepiej rozmnażali się we wschodniej części państwa rzym­skiego niż w zachodniej, gdzie więcej było Rzymian, gdzie więc silniej ci ówcześni panowie świata śródziemnomorskiego przypominali Grekom swą wyższość?

Wyspa Flinders okazała się klatką na Tasmańczyków, choć warunki materialne zorganizowano tu dla nich lepsze, niż kiedykolwiek mogli sobie to wymarzyć. Ale najpierw zdeptano ich. Nie czuli, że szanuje się ich jak białych. Narody nie mogą mieszkać ani w osiedlach, ani w krajach, gdzie życie byłoby zorganizowane dla nich jak w klatce, choć luksusowej. Inaczej wymierałyby. Istnieje i architektura ustroju, który też musi być w stylu przyrody. Wydaje się, że z tego samego powodu granice państw między sobą nie mogą być zbyt nieprzekraczalne: by żaden naród nie czuł się jak w klatce na swojej ziemi. Któż zaprzeczy, że nigdy by Żydzi w swym miniaturowym państwie Izrael nie mnożyli się obecnie tak silnie, jak się to tam obserwuje, gdyby nie byli pewni, że wcześniej lub później będą mogli się wydobyć poza granice Izraela? Inaczej, szczupłość granic ich dzisiejszego tam państwa robiłaby na nich wrażenie klatki i załamy­wałaby ich rozrodczość.

Powiedzmy więcej: życie na kuli ziemskiej nie może się wydawać ludz­kości jako nieprzekraczalne. Jako klatka. Glob jako klatka. I tak samo każdej jednostce nie może się wydawać jej życie biologiczne jako nieprze­kraczalne. Dlaczego? By zachowała maksymalną ochotę do wegetacji, do życia, do trwania na globie.

Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że żadne zwierzę nie chciało­by żyć, gdyby wiedziało, że umrze, a tym bardziej rozmnażać by się nie chciało. Wiele przemawia za tym, że człowiek bez celów wybiegających poza własną planetę, pozaziemskich, pozaplanetarnych, ba, wybiegają­cych poza wszechświat ze swą dalszą egzystencją – nie będzie się rozmna­żał. Ciekawa byłaby ankieta, ile zdecydowani ateiści w szeregu pokoleń

  • z dziada pradziada ateiści – miewają dzieci. W każdym razie narody, które traciły wiarę, wymierały, tudzież klasy społeczne wysterylizowane z wierzeń w zaświaty. Kula ziemska, skoro człowiek już ją wzrokiem ogar­nął, nie może mu się od tego czasu wydawać nieprzekraczalną, bo inaczej poczuje się naraz na globie, jak na wyspie. Jak na Flinders. I nie zechce się rozmnażać. Żydzi metafizyczni, religijni rozmnażali się w ciągu blisko czterech tysięcy lat; odłam Żydów antymetafizycznych, czysto ziemskich
  • kompleks z Flinders – przestał się rozmnażać, choć posiadł wpływy i bogactwa większe niż którykolwiek i kiedykolwiek naród na globie. Taki był koniec Rzymian: metafizyczni Rzymianie zdobyli świat, czysto ziemscy – z kompleksem z Flinders – „nie chcieli dzieci, czy też ich mieć nie mogli”.

Architektura światopoglądu musi wybiegać w nieskończoność, by czło­wiek w jej Domu chciał żyć. Choćby dlatego. Architektura światopoglądu nie może być klatką.

Lecz wróćmy w bliższe nam wymiary.

Dom mieszkalny tym mniej jest klatką, im więcej przed nim wolnej przestrzeni. Kraje z widokiem na morze – pierwsze poznały glob i zdo­były go. Osiedla w lasach nigdy nie miały wielu ludzi. Dom widny, to nie tyle z wielkimi oknami, co z dalekimi wielkimi widokami, jeśli nie z okien, to z progu; tak jak człowiek światły, to nie tyle książkowiec, ile ten, co widzi wielką przestrzeń przeszłości i przyszłości, co możliwie całą przeszłość i przyszłość spostrzega. Przestrzeń, to płuca i filozofia. W każdym razie dom wielopiętrowy, niezależnie od swego stylu, jest za­wsze klatką, a im większy, tym przygnębia silniej jak więzienie; rosnąca zaś w wielkich miastach ilość lokalnych ograniczeń, rozporządzeń, to dla psychiki mieszczan to samo, co matnia. Tak jak za niski w izbie pu­łap działa na samopoczucie domowników jak koniec świata. Pierwsi z ludzi, którzy kształcili w sobie poczucie panowania nad światem, to byli pustelnicy. Mieszkali w prymitywnych architektonicznie, ale własnych i małych domkach. Nigdy nie będzie więzień w małych, odrębnych dla każdego więźnia domkach z otwartym widokiem na świat. Wielka archi­tektura, to nie to samo, co architektura ogromna rozmiarami. Partenon jest malcem w porównaniu do wymiarów piramidy Cheopsa, ale ar­chitektura Cheopsa jest szczeniakiem wobec architektury Partenonu. Czyżby rozrodczość ludzka zależała od świeżości psychiki, jej horyzon­tów, optymizmu, zdolności do skoków z mieszkania w przestrzeń – od szacunku dla lokatora mieszkania? I czyżby od tych wartości równie zależała, co od młodości organów płciowych?

To nie jest tylko sucha liczba statystyczna dla Paryżan, gdy na kilometr kwadratowy powierzchni tego miasta wypada 33 tys. osób, rok 1936: bo obywatel odczuwa liczbę mieszkańców swej miejscowości jako ilość i gęstość zaludnienia całego świata. Albowiem mało kto przeżywa własny pobyt na ziemi, jakby mieszkał na całym globie. Tak jak rzadko kto, nawet astronom, uświadamia sobie w permanencji, że żyjemy wśród gwiazd. Nie łatwo być na co dzień mędrcem, tak jak trudno być w alkowie filozofem. Czujemy się psychicznie bardziej glebae adscripti, bardziej zaściankowi, niż się to śniło najzagorzalszym regionalistom. Dlatego kto wie, czy, na przykład, myśl o gehennie przeludnień nie śmignęła błyskawicą w mó­zgu Malthusa właśnie wtedy, gdy pewnego razu spoglądał, nie wiadomo zresztą po raz który, na mrowisko ludzkie Londynu, o którym przecież wiedział, że tak jeszcze nie dawno, bo w wieku XIV, liczył zaledwie 35 tys. ludzi, gdy w roku 1800 aż 959 tys. Uzupełnijmy, że Londyn w roku 1948 miał 9 min 282 tys. mieszkańców. Po prostu Malthus spoglądał na możli­wości ludnościowe świata – zanadto z punktu widzenia angielskiego getta: rojowiska londyńskiego?[11]*.

Wydaje się też, iż nie spadłaby rozrodczość amerykańska na poziom tak bliski wielkomiejskiemu wymieraniu – w latach 1931-40 biali rodzili tam 16%o – gdyby w mieście narzucającym Stanom Zjednoczonym modę dzietności – Nowym Jorku – nie tłoczyło się dziesięć milionów miesz­kańców, w roku 1930 11,7 miliona. Dlatego, być może, poziom urodzeń w Stanach obniżyłby się jeszcze bardziej, gdyby kilometr kwadratowy Nowego Jorku był gęściej zaludniony. Nowy Jork w roku 1930 posiadał 9 tysięcy mieszkańców na kilometr kwadratowy swej powierzchni, Kto wie, czy nie głównie ten fakt wywierał taki ucisk na psychikę Jankesów, że wydawało im się, iż mają teren całego swego państwa dość już zaludnio­ny, aczkolwiek kilometr kwadratowy USA zamieszkiwało wtedy zaledwie 15,6 osób, a w roku 1935 zaledwie 16,3 osób, w roku 1949 – 19[12]**.

Jakże odporniejszą psychikę na ten rodzaj ucisku wykazywały w tymże czasie kraje przemysłowe europejskie, jak Anglia z Walią, wytrzymująca 270 mieszkańców na kilometr kwadratowy; Belgia – 277; lub rolnicze raczej niż przemysłowe Włochy – 137; podobna do Italii ze struktury zajęć swej ludności Holandia – 250; z azjatyckich: rolniczo-przemysłowa Japonia – 182; rolnicza Jawa z Madurą – 341; z afrykańskich: rolniczy Egipt z 440 ludźmi na kilometr kwadratowy!***

A owa odporność psychiczna niektórych z tych pozaamerykańskich krajów, mianowicie rolniczych, występuje tym silniej, gdy zauważyć, że osiągnięta przez nie gęstość zaludnienia jest pewniejsza na dłuższą metę od gęstości zaludnienia terenów przemysłowych. Poza tym nie od rze­czy będzie spostrzec, że nie tylko górnicze i przemysłowe, ale również rolnicze prowincje szeregu państw osiągnęły najwyższą ze znanych wy­trzymałość psychiczną na gęstość zaludnienia. „Szereg prowincji Egiptu i Jawy posiada gęstość zaludnienia 600-800 osób na kilometr kwadratowy; w niektórych częściach Bengalii (Indie) gęstość dochodzi do 1250 osób na kilometr kwadratowy”[13].

Mieszkaniec wielkiego miasta w dawnych wiekach nie czuł się w tej mierze mieszkańcem przeludnionej wyspy, co dziś. Poczucia tego nie zdradzał w postaci tak nerwowo napiętej, jak w naszych czasach, nawet regulujący swe potomstwo obywatel wielkich miast starożytnych, jak Babilończyk, Aleksandryjczyk z czasów hellenistycznych, czy Rzymianin z okresu Cesarstwa. Ratowała go od takiej histerii niesamowita ówczesna śmiertelność dzieci i obfitość zgonów w ogóle. No i miasta – za wyjąt­kiem niektórych, podczas krótkiego okresu hellenistycznego i pierwszych trzech wieków w dobie cezarów, na nikłym zresztą w porównaniu z całą powierzchnią globu terenie jak Śródziemnomorze – były prawie że wy­łącznie liliputkami. I było ich o wiele mniej niż dziś. Co innego w ciągu ostatnich trzech stuleci. Miast, więcej niż ze stu tysiącami mieszkań­ców, ma Europa z 1800 roku siedemnaście, gdy w roku 1930 posiada ich w naszej części świata 262. Moskwa z roku 1800 liczy 250 tys. mieszkańców, Moskwa z 1939 roku 4 137 018. Nowy Jork z 1800 roku ma 79 tys. miesz­kańców: tyle co w połowie XX w. nasz poczciwy Radom. Australijskie miasto Sydney w 1800 roku liczy 2 tys. osób, gdy w 1947 roku urosło do 1 min 484 tys. mieszkańców[14].

Wielka śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci, uspokajała już podświa­domie mieszczanina, nieomal do naszych czasów, aż do początku XIX wieku, by nie bał się przeludnienia, by rozradzał się beztrosko. Natomiast co innego obecnie, gdy śmiertelność zdradza tendencję do największego zmniejszania się właśnie w wielkich miastach. Prasa na przykład z lip­ca 1939 roku zasygnalizowała, że zgony w największym mieście świata – Nowym Jorku – za czerwiec tegoż roku wynosiły 8,7%o. Jakże blisko światowego minimum zgonów 8,l%o z lat 1936-40! Zanotujmy, że całe Stany Zjednoczone, kraj tak bardzo zamożny i zdrowy klimatycznie, ma w tych samych latach 1936-40 10,6%o zgonów wśród swych białych obywateli. Podobnie Polska: w roku 1948 cały kraj ma ll,l%o zgonów, a Warszawa 8,l%o; Katowice zaś i Gdynia 6,5%o[15].

Olbrzymia dawniej śmiertelność w wielkich miastach tonowała gorącz­kę planowania małej liczby dzieci, nie dopuszczała łatwo do epidemii w tej dziedzinie, a nawet gdy dochodziło tu już i do epidemicznego planowa­nia, to udzielało się ono prowincji o wiele słabiej niż dziś, a przynajmniej o wiele wolniej, tak z powodu kiepskiej komunikacji, jak i małej liczby miast naprawdę wielkich.

Co innego teraz. A można by twierdzić z dużym prawdopodobień­stwem, że rola depopulacyjna wielkich miast wzmaga się w naszych czasach tym bardziej, im miast tych więcej, im one ludniejsze, im histeryczniej boją się tam potomstwa, a o dostęp do tych miast im jest łatwiej z prowincji, no i im szczuplejsza jest rozmiarami prowincja. Dlatego potę­gująca się urbanizacja państw sprzyja depopulacji prowincji.

Zobaczmy pewne zjawiska tego procesu. Miasta późniejszego ZSRR zabierały państwu w roku 1897 13,9% ludności, natomiast w roku 1939 32,8%16.

Miasta USA wchłonęły w 1790 roku 3,35% całej ludności tego kraju, w roku 1850 – 12,49%, w 1890 roku 29,20%[17].

Między rokiem 1920 a 1930 ludność miast USA wzrosła o 14,6 miliona osób, ludność wiejska nierolnicza o 3,6; ludność na farmach zmniejszyła się o 1,2 miliona[18], a w ogóle gnieździ się tam w roku 1930 w wielkich miastach z przedmieściami 54,8 miliona ludzi, chociaż zajmują zaledwie 1,2% całego terenu USA i choć jako mieszkańcy stanowią oni 44,8% za­ludnienia Stanów[19].

W Europie wzrósł procent ludności miejskiej w latach 1930-35 na 44-45%, podczas gdy w roku 1860 wynosił 26%.

Liczba ludności w wielkich miastach około roku 1930 wynosiła w pro­centach ogółu ludności: w Afryce 2,7; w Azji 4,5; w Europie 18,0; w Ameryce 21,5; w Australii 38,0[20].

Podobnie jak Europejczycy i Amerykanie, w ogóle podobnie jak biali – zapowiadają się Azjaci. Widać to po Japonii. Procent mieszczan stanowi w tym państwie z 1935 roku 64,6[21]*.

Z licznych statystyk widać, że w tymże kierunku kroczą wszystkie kon­tynenty i prawie każdy kraj cywilizowany[22]. Czyżby rozwój ich wszyst­kich miał iść tą drogą? Czy wszystkich nieodwołalnie? Ale jeśli nawet tu i ówdzie tendencja do gwałtownej, czy choćby szyb­kiej urbanizacji, jeszcze nie istnieje, jak w wielu rolniczych prowincjach Egiptu, Jawy, czy Bengalii, lub jeśli nie wyraża się w zbyt ostrej formie, jak w Holandii, to w miarę jak rosną urodzenia, muszą nawet najbardziej rolnicze kraje zmieniać do gruntu swe wiejskie oblicze. Niech w takiej choćby Bengalii, gdzie jak wiemy, niektóre prowincje rolnicze zamieszku­je po tysiąc z górą osób na kilometrze kwadratowym, ludność wzrośnie dwukrotnie, to po trzecim z kolei takim powiększeniu osiągną te prowin­cje wiejskie gęstość zaludnienia równą gęstości kilometra kwadratowego dzisiejszego Nowego Jorku. Taki obrót rzeczy musi więc zamienić całe połacie globu, choćby wyłącznie rolnicze, na wielkie miasta – już nie o dziesiątkach milionów mieszkańców, jak Londyny czy Nowe Jorki, ale o setkach milionów.

Próbkę możliwości o tym kierunku daje rolniczy Cejlon.

W XIX „stuleciu ludność wzrosła do siedem i pół raza, a w ciągu ostatnich siedemdziesięciu siedmiu lat trzykrotnie”. Nadwyżka urodzeń nad zgonami, czyli przyrost naturalny, który wynosił 17 albo 18 na 1000 ludności w latach 1941-46, skoczył na 25 w 1947 i 27 w 1948″. „W roku 1946 wskaźnik urodzeń dla miejskich obszarów wyspy wynosił 33 na 1000

  • wobec 35 dla całej wyspy”. W roku 1948 urodzenia wynosiły 40,5%o. „Wskaźnik urodzeń dla Kolombo z roku 1946, wynoszący 35 na tysiąc
  • był praktycznie ten sam, co dla dwudziestu miast o 10 tysiącach ludności lub mniej, gdzie wynosił 34″[23].

A nie zapominajmy, że Kolombo, stolicę Cejlonu i wielki port, zamiesz­kiwało wtedy 357 tysięcy osób. Mimo to rodzono tam, jak widzimy, 35%o, choć z roku na rok malała śmiertelność. W latach 1926-30 marło jeszcze 25,l%o; w roku 1948 15,2%o. Nie pozwolili więc mieszkańcy Kolombo ogarnąć się panice przed dziećmi, snadź nie odczuwają jeszcze potom­stwa jako ciężaru, przynajmniej dotychczas nie poddali się tej psychozie. A ostatnio psychozę szerzy sam minister zdrowia na Cejlonie, członek Światowej Rady Zdrowia – S. Bandaranayake, domagający się na wyspie klinik antykoncepcyjnych. Na razie jednak nie czują się Cejlończycy u sie­bie, jak na przeludnionej wyspie, choć Cejlon przecież jest wyspą; chociaż w roku 1948 zamieszkiwało ten kraj 108 ludzi na kilometrze kwadrato­wym, gdy Polskę w tymże roku 77[24]. Oczywiście, jeśli rozrodczość tu nie zmaleje, może i na Cejlonie dojść z czasem do zamiany całej wyspy na jedno miasto, z pozostawieniem na pamiątkę wycinka dżungli gdzieś we­wnątrz wyspy jako parku wielkomiejskiego. Ale nie bezludzie spowoduje to zurbanizowanie wyspy, nie ucieczka od życia, od dzieci. Nie ucieczka od dzieci do wielkiego miasta. Dojdzie do zwielkomiejszczenia sposobem wręcz odwrotnym: drogą honorową, umiłowaniem życia, pędem przez wielodzietność ku wielkiemu miastu. Mimo woli ku wielkiemu miastu. Miastu wyspie. A dalej – ku światu jako miastu. Ku miastu światu.

Bo tak czy owak: oba typowe kierunki – bądź wielodzietność, bądź za mała dzietność – u końca swojej drogi rozwojowej mają wielkie miasto.

Gdy, na przykład, ludzkość wyludniać się będzie w tym tempie, co obecnie szereg wielkich miast, jest nader prawdopodobne, że małoludna prowincja emigrować będzie tym bardziej nieprzeparcie do istniejących wówczas wielkich ośrodków miejskich. I tu więc u kresu rozwoju ludno­ściowego, a raczej, jak się zaraz przekonamy, przed jego ostatecznym koń­cem, mieć będziemy na globie nieomal wyłącznie wielkie miasta. Tyle że topnieć będzie ich ilość do minimum. Gdy tymczasem pierwszy z kierun­ków rozwojowych kształtowałby kompletnie inaczej oblicze ludnościowe ziemi. Zamieniałby bowiem coraz większy procent lądów na wielkie mia­sta, coraz ludniejsze, a w końcu na jedno wielkie jak świat miasto, łączące swe dzielnice-kontynenty komunikacją morską jak mostami, choćby przez oceany. Mielibyśmy świat – Wenecję.

Lecz spójrzmy, na ile realna jest przeciwna droga. Ewentualne tempo wyludniania i narzucające się łącznie z tym horoskopy.

„W Dreźnie – w roku 1933 – roczna nadwyżka zgonów ludności usta­bilizowanej wynosi 38%o; w Berlinie i Lipsku – 35%o. Przy takim ubytku rocznym po stu latach pozostałoby już mniej niż 3% (trzy procent!) lud­ności wyjściowej. Stosunki podobne (…) zdarzają się również w wielkich miastach poza granicami Niemiec”[25].

Wyjaśnijmy: „Ludnością ustabilizowaną nazywamy ludność zamkniętą (bez przypływu z zewnątrz i odpływu na zewnątrz), podlegającą trwałe­mu oddziaływaniu określonej w każdym wieku życia niezmiennej umie­ralności i określonej w każdym wieku kobiet niezmiennej płodności”[26].

Czyli Drezno pokazuje, co moda wielkomiejska mogłaby sprawić na całym świecie w ciągu stu lat, nawet gdyby glob zmienił się już przedtem na jedno wielkie miasto.

Mimo to niemal wszystkie wielkie miasta, nawet te, których ludność właściwie wymiera, rosną ciągle jeszcze ludnościowo, niektóre nawet na­der chyżo.

Dlaczego?

Bo wchłaniają ludność prowincji, która tutaj się garnie i tu następnie wymiera w trybie przyśpieszonym. A prowincja wcale się przed tym nie broni. Nie ma tu więc jeszcze walki klas na tym odcinku, panuje błoga nieświadomość. Prowincja kładzie po prostu głowę pod nóż i to z pew­nym entuzjazmem, ponieważ emigrować do wielkich miast jest modnie, a przecież to, co modne, wygląda na postęp, na awans społeczny. Błogostan. Euforia wymierających. I nauka demografii ulega tej modzie, ledwie bowiem wpada na myśl, że istnieje taki typ emigracji. Dlatego ciągle trudno w dziełach poświęconych sprawom ludnościowym – o tablice, które by odsłaniały, ile osób z pro­wincji emigruje do miast i jak szybko następnie tam wymiera. Brak tablic wskazujących na tempo uśmiercania ludności przez wielkie miasta.

Podobnie dopiero zaczyna świtać w umysłowości współczesnych mę­żów stanu, że największym wyzyskiwaczem naszych czasów jest klasa wielkich miast; zaś wśród ekonomistów ciągle jeszcze nie może dojrzeć pogląd, że wielkie miasto wymierające trzyma się ludnościowo na szczu­dłach, że to nie tyle polis – miasto, co nekropolis – cmentarz, i że choć najwięcej kosztuje ono gospodarczo, jest studnią śmierci, gdzie wymiera galopująco najważniejszy czynnik produkcji: ludność.

W wydawnictwie Akademii Architektury ZSRR, poświęconym plano­waniu miast – Planirowka gorodow (Moskwa 1947) – czytamy:

„Miasta takie, jak Magnitogorsk (145,9 tysięcy mieszkańców), Komsomolsk nad Amurem (70,7 tysięcy mieszkańców) i wiele innych nie istniały w roku 1926 na mapie”. W roku 1897 miasta późniejszego ZSRR liczyły 13,9% ludności, natomiast w 1939 32,8%; zaś „przy ogólnym wzroście ludności miejskiej po roku 1926″, notuje się „wyraźne zwiększa­nie odsetka ludności dużych miast, podczas gdy przedtem ludność była mniej więcej równomiernie rozdzielona pomiędzy duże, średnie i małe miasta”[27].

Zatem i tu spotykamy znaną nam tendencję.

Ale władze państwa snadź lękają się przerostów miast największych, a nawet niektórych większych, bo książka poucza, że „przy opracowy­waniu perspektyw rozwoju miast należy się kierować uchwałą, a także rozporządzeniem Rządu ZSRR i CK WKP (b) o zakazie budowy nowych zakładów przemysłowych w Moskwie i Leningradzie, rozszerzonym póź­niej na Kijów, Charków, Rostów nad Donem, Górki i Swierdłowsk”, które to miasta prowincjonalne posiadały w roku 1939, kolejno: 846, 833, 510, 644 i 425 tysięcy mieszkańców[28].

Książka rozróżnia – rzecz znamienna – wśród ludności miejskiej odła­my pozytywne: produkcyjny, miastotwórczy i usługowy; tudzież odłam niesamodzielny. Podaje też wzór, jak obliczyć zaludnienie zaplanowanego miasta w okresie jego zabudowywania i czas ten określa na 15-20 lat; wy­mienia również, przewidywany na czas rozbudowy i przebudowy 27 już istniejących większych miast radzieckich, wzrost zaludnienia[29].

Jednak autor nie mówi, co dalej z tymi miastami i ich ludnością: na jak długo planuje się owe miasta i ich ludność.

Co prawda, książka omawia wyłącznie techniczno-ekonomiczne pod­stawy budowy miast, ale przecież człowiek, to najważniejszy czynnik pro­dukcji; społeczeństwo zaś, by wystawić miasto, musi ponieść hekatomby ofiar w postaci kapitałów i pracy: wkład tedy tak wielki musi się opłacać gospodarczo. Cokolwiek zaś dałoby się powiedzieć o rentowności nowo zbudowanego miasta, jedno jest pewne: miasto nie może wymierać lud­nościowo, zwłaszcza najkosztowniejsze z miast – wielkie miasto. Nie jest to wiele, lecz nieprzekraczalne minimum wymagań właśnie techniczno- gospodarczych, nie tylko ludnościowych. Inaczej, naród budując wielkie miasta, ponosiłby niesłychane ofiary na wznoszenie czegoś w rodzaju obozu wyniszczającego jego masę biologiczną.

Książka Planowanie miast przemilcza również inny, niesłychanie waż­ny problem ekonomiczny: skąd w okresie lat 1897-1939 wzrósł odsetek ludności w tamtejszych miastach z 13,9% ogólnego zaludnienia państwa na 32,8%.

Czy wzrost ten powstał w sposób twórczy dla państwa, samodzielnie: czy przeto sama ludność miejska tak się rozkrzewiła?

Czy też może był to wzrost negatywny, pożyczka ludzi od mieszkań­ców wsi, którzy tu ewentualnie emigrowali z prowincji, lub ich stamtąd wysiedlano i wtedy przez to zubożali populację wsi radzieckiej, a nawet mogli pomniejszać ludność państwa, o ile potem w miastach niedosta­tecznie się krzewili?

Słowem: interesowało by, czyim kosztem tak bardzo rozrosła się lud­ność największych miast: w jakiej mierze własnym? w jakiej – z ludności miast średnich? małych? wsi? Transfuzją czyjej ludności, czyjej krwi – wsi? czy własną? czy może małomiasteczkową? – powiększyło się zalud­nienie miast średniej wielkości? No i: skąd – ze wsi czy z miast? – brano ludność „gotową” do zasiedlenia wznoszonych całkiem nowych miast, jak Komsomolsk, Magnitogorsk i inne?

A jeżeli gdzie, to w ZSRR problem samowystarczalności ludnościowej miast, a co najmniej średnich miast i największych, jest niesłychanie ży­wotny, ponieważ państwo to planowo, z uwagi na swój ustrój, nie znosi wsi i chce się całe zurbanizować możliwie w elektrycznym tempie. Kolektywne gospodarstwa wiejskie – kołchozy – i państwowe gospodarstwa folwarcz­ne – sowchozy – mają być komasowane w coraz większe jednostki, a ich centra administracyjne, gospodarcze, naukowo-doświadczalne i ludno­ściowe: w miasta. Czy czasem – w wielkie miasta; wyłącznie w wielkie miasta: to już tylko kwestia czasu; bo jeżeli ów proces w tym ustroju jest nieodwracalny, to okres przechodzenia na zurbanizowaną wieś, w końco­wym stadium rozwoju – na wieś wielkomiejską, zależy tylko od stopnia usprawnienia komunikacji i wydolności maszyn rolniczych. Nadchodzi tedy w ustroju Związku Radzieckiego nieuchronna śmierć wsi.

Nie lada to ryzyko, bo niemały to przewrót i ludnościowy: do tego bowiem czasu, od najdawniejszych stuleci, w życiu wielkich cywilizacji bazą ludnościową każdego państwa była wieś. Wprawdzie wieś w tychże państwach cywilizowanych nie stanowiła przodujących środowisk postę­pu, ale bywała zawsze i wszędzie przodowniczką postępu ludnościowego. Stąd, ze wsi, można było mieć i najwięcej ludzi, i jakościowo najwięcej wartościowych ludzi. Tu więc właściwie pieniło się najbujniej życie. I jeżeli wymienialiśmy statystykę urodzeń niektórych okręgów Rosji z lat na prze­łomie XIX i XX wieku, mówiąc o 60%o urodzeń w roku, a nawet więcej, to nie rodziły tak obficie ówczesne rosyjskie miasta, zresztą wcale jeszcze nie ograniczające potomstwa, coś jak obecnie Kolombo cejlońskie. Rodziła tam tak nieprawdopodobnie hojnie wieś rosyjska i ukraińska.

Ale jak się odbywa ów wspomniany przez nas wyzysk ludnościowy prowincji przez wielkie miasta?

Im bezmyślniej przyjmuje prowincja styl wielkomiejski, tym więcej niemieszczan chce mieszkać w miastach, a małomieszczan – w wielkich miastach. Ludność prowincji silniej rozradzająca się emigruje wtedy za­wzięcie do wielkich miast, tu zaraża się beztroskim planowaniem liczby dzieci i tym samym włącza się w wielkomiejski bieg ku wymarciu. Jest to wewnętrzna emigracja narodu na cmentarz: do wielkich miast. A ssa- ją one coraz większy procent ludności każdego kraju, który je posiada. Jednocześnie kurczy się, zapatrzona w wielkie miasto, płodność wsi i tym samym maleje ogólna ilość młodych ludzi na prowincji.

Jak bardzo w toku tej tendencji mogą zniżać się urodzenia prowincji do poziomu miast, a urodzenia miast do szczupłości urodzeń wielkich miast, mówi Anglia, kraj – o ironio! – o największych możliwościach emigro­wania na wieś – do swych olbrzymich kolonii: „Jeżeli (tam) w roku 1931 oznaczyć rodność wsi przez 100, to dla ogółu miast otrzymamy również 100, dla Londynu zaś 96″[30].

Wyjaśnijmy, że rodność, to stosunek urodzeń do ogółu ludności.

Uzupełnijmy, że ludność samego Londynu stanowi w roku 1936 21,5% zaludnienia Anglii z Walią, ludność Glasgow – rok 1934 – 22,5% całej ludności Szkocji; Kopenhaga z tegoż roku posiada 22,6% ludności Danii, a Wiedeń – 27,7% ogółu zaludnienia Austrii[31].

Na dalszy ciąg tego ruchu wskazują USA, gdzie zresztą tak samo zwę­ża się różnica między płodnością wsi i miasta, tudzież Wielka Brytania i Australia.

„Spośród rdzennych Amerykan (native born of native parentage) za­mieszkiwało w miastach w 1900 roku 29,7%, a 47,8% w 1930″, więc prawie połowa rdzennych Amerykan. Gdy na całą ludność miejską Stanów wy­pada w roku 1930 56,2% ogółu zaludnienia Stanów, to na samych miesz­kańców wielkich miast z przedmieściami 44,8%[32].

Ludność miejska wynosi wśród rodaków Malthusa – w Anglii z Walią – rok 1931 – 80% całego zaludnienia, w Szkocji nawet 86,1%[33].

Z tych to powtórnie zurbanizowanych brytyjskich krajów pochodzą koloniści planujący wygląd całego kontynentu: Australii. Zobaczmy, czy budowana przez nich Australia, to sobowtór Anglii. Rzeczywiście: au­stralijskie miasto Sydney wchłaniało w roku 1934 47,4% ludności swego kraju, Nowej Południowej Walii; Melbourne zaś zabierało aż 54,6% ludzi swej prowincji Wiktorii[34].

A cała Australia?

„Tylko 7 milionów mieszkańców. Dramat Australii wyraża się w tej cyfrze. Terytorium tak wielkie jak Europa zamieszkuje liczba osób równa zaludnieniu Belgii. Teren, na którym Anglia zmieściła­by się 32-krotnie, posiada zaledwie 2,4 mieszkańców na milę kwadratową, gdy Belgia 698″[35].

A przecież za wyjątkiem ropy naftowej posiada kontynent ten wszyst­ko. „Wełna, złoto, trzcina cukrowa, zboże, masło, węgiel, metale”[36]. Cóż, kiedy rzadko kto chce pracować tutaj ciężko, zwłaszcza na roli, jeszcze zaś rzadziej chcą ludzie tu mieć wiele dzieci; a kto wie, czy jedna i druga niechęć nie muszą chodzić w parze?

„Jest nas – powiada Coldwell, minister imigracji i informacji w Australii – 7 milionów, a trzeba, by było około 20 milionów. (…) Mówi się o 100 milionach, lecz 20 milionów jest cyfrą właściwą. (…) Jest to kwestia życia. Jak nasze małe zwierzęta «koala», które znikają, tak i my znikniemy, jeżeli nie będziemy reagowali. Należy Australię zaludnić lub umrzeć”. „Uprzywilejowanie miejscowych licznych rodzin – dodaje – byłoby najlepszym sposobem zaludnienia Australii. Lecz Australijczyk dzisiejszy ma mało dzieci. W roku 1875 rodzina australijska miała prze­ciętnie sześcioro dzieci, w roku 1939 liczba spadła na dwoje, w roku 1980 zgony przewyższą urodzenia. A jeśliby ktoś mówił, że do roku 1980 jeszcze daleko, przypominam mu historię tego głupca, który rzucając się z dwunastego piętra, krzyknął, znajdując się na wysokości trzeciego: «Patrzcie, mam się dobrze!»”[37].

Przy takim rozwoju stosunków ludnościowych we wszystkich krajach ziemi – doszłoby do australijskiego wyglądu świata. Wśród terytoriów ca­łych państw, bezludnych jak pustynne kraje australijskie, widzielibyśmy tu i ówdzie olbrzymie miasta wymierające, których mury w miarę czasu, w miarę posuwającego się wyludniania, wyrastałyby coraz bliżej pustyń i puszcz, graniczyłyby coraz bezpośredniej z bezludziem, ciągnącym się na tysiące kilometrów.

Wędrując po takim świecie, byle dostatecznie długo, natknęlibyśmy się w końcu na jedno jedyne, ocalałe z potopu wyludnień, wielkie miasto – na całej ziemi – pustyni, zamienionej może przedtem w park narodowy dla mieszkańców tego miasta, i na ministra informacji i imigracji w tymże mieście, sobowtóra Coldwella, biadającego na niechęć obywateli do dzie­ci. A jeśli tak, to które z dziś znanych miast wytypowałoby się sposobem takiej śmiertelnej selekcji – na jedyne w świecie miasto-sierotę? I ciekaw­sza rzecz: któremu z narodów dzisiejszych byłoby dane przechować tam szczątki swej ludności? Ale czy można by drogą pokojowego wymierania, bez kataklizmów międzynarodowych, dojść do spełnienia tego mirażu? Czy znalazłby się naród, co zgodziłby się wyłączyć od wyścigu do tak po­jętego raju? Od wyścigu do raju, czy od wyścigu o prawo do życia? Lecz skoro – o prawo do istnienia, to czy nie zakłóciłoby to pokojowości takich światowych zawodów samobójczych?

Niekoniecznie to są rojenia. Tak jak niekoniecznie „do tego musi pro­wadzić cywilizacja”. Zdarza się przecież śmierć z wyludnienia i ludom naprawdę dzikim, a kto wie nawet, czy dzikim nie jest stosunkowo łatwiej o wymarcie, a raczej, czy nie jest im łatwiej o szybsze wymarcie. Ba, „ist­nieją wiadomości o niektórych szczepach na Antylach, że umawiały się między sobą, by zbiorowo wymrzeć i przeprowadzały to konsekwentnie za pomocą dobrowolnej bezpłodności”[38].

Zresztą, wchodzimy w epokę rojeń, w czasy utopii, a w tym – i utopii eugenicznych. Coś, jak w starożytnej Sparcie, tylko teraz w skali ogól­noludzkiej. Bo im bardziej pogrążać się będziemy w epokę planowania, tym więcej będzie nie tylko realnych planów, ale i utopii przybywało, i to zarówno o urządzaniu całego świata, jak i poszczególnych działów życia. Tylu może być wtedy twórców „nowego wspaniałego świata”, ile teraz osób przeziębiających się. Tylu planistów, ilu ludzi. Wzrośnie liczba zba- wiaczy ludzkości. I wcale nie wartościowsze plany będą realizowane, ale plany najumiejętniejszych i najbardziej fanatycznych organizatorów.

Każda zgrana paczka każdego typu ideologów może urządzać wówczas glob według swego pomysłu, jedna drugą z tego powodu zwalczać, wyrzu­cać poza nawias życia, niszczyć nawet z kretesem, mobilizując do tego nie­rzadko wszystkie siły naszej planety*. I czy tylko naszej? Gdyby zaś w toku takich wojen „ideologicznych” jakiś model „idealny” nie opanowywał co jakiś czas całości życia na ziemi na dłuższą ilość lat, ludzkość może być wstrząsana, jak konwulsjami, od jednej próby uszczęśliwiania świata do drugiej, powodzią wojen-kataklizmów, których słabą próbą jest aktualna dziś groza wojny atomowej.

Jak tedy w epoce planowania ratować świat od ery utopii: oto problem! Zdaje się, że jego wagę będzie człowiek tym bardziej doceniał, im więcej stuleci żyć będzie w epoce przeludnień: bo bogactwo ludzi i kontaktów między nimi dynamizuje nie do wiary myśl ludzką i uskrzydla zarówno zdrowe wielkie mózgi, jak i chore genialne.

Ale jak odróżnić utopię od planu?

Utopia, to nie tylko to, co się nie da urzeczywistnić: bo można reali­zować i utopię. Utopia, to raczej to, co niszczy człowieka, co choćby go osłabia. Jaka tedy jest higiena planowania? eugenika planowania w ogóle? Co tu jest utopią? Co utopią, którą można zrealizować, ale która niszczy człowieka, osłabia go? prowadzi do wyludnień? prowadzi do zniszczenia narodu? gatunku?

Lecz gdyby, powiedzmy, jakiemuś fanatycznemu ruchowi eugeniczne- mu udało się wreszcie zrealizować jakieś państwo doskonałych na swój sposób ludzi, jakieś miasto-pana świata i urządzić dla jego mieszczan skorupę ziemską jako jeden wielkomiejski park narodowy, to czy wy­produkowany przy tej okazji „człowiek szczęśliwy” – homo felix, o typie sportowo-inżyniersko-profesorskim – nie wymarłby ze swego elitaryzmu w dość zawrotnym tempie? Czy podstawą rozrodczości ludzkiej nie jest czasem baza zwykłych, prostych ludzi – ludzi-dziczek, dlatego tak żywio­łowo żywotnych, że ich dążenia są żywiołowo prymitywne, i dzięki temu – biologicznie bardziej elitarnych od najwytworniejszej elity umysłowej, sportowej i gospodarczej?

Czy na brak tej „elity” dziczkowej nie cierpiały zawsze – i to bezna­dziejnie – narody wymierające dobrowolnie? Czy zatem planowanie za­ludnienia nie musi także hodować „prostego człowieka”? Odpowiednią ilość „prostego człowieka”? Czy eugenice nie przydałby się pewnego rodzaju franciszkanizm? Czy wobec tego należy się tak bardzo trapić, jak to czynią eugeniści współcześni, że prosty człowiek więcej ma dzieci niż elitarny? Kto tu właściwie – z punktu widzenia najistotniejszej funda­mentalnej podstawy wszelkich społeczności ludzkich: by zachować sam gatunek Homo sapiens – jest bardziej elitą: czy ten, co łatwo wymiera; czy ten, co najtrudniej wymiera?

I po co wytwarzać elitę, skoro potem tak łatwo wymiera? Czy się opłaci choćby sam wkład pieniężny w jej wytwarzanie? Czy na uniwersytetach ma się zawieszać tablice: „Tu się wytwarza elitę, która szybko wymiera”? I czy naprawdę elita musi wymierać łatwiej i szybciej od prostego czło­wieka? Czy nie dałoby się tego procesu powstrzymać? Jak? Przeto czy nie należy upraszczać elity umysłowej, nie pozbawiając jej jednocześnie naj­wyższych walorów kulturalnych? Po co? By zbliżyć – witalnie – elitę do dziczki-prostego człowieka? Na czym polega demokracja biologiczna? Co zapewnia osobom wysokiej klasy kulturalnej tężyznę biologiczną dziczki?

Lecz czy to tylko problem „dziczki”?

Przecież nawet historia ostatnich wieków notuje wymarcie oraz wy­mieranie szeregu plemion pierwotnych i to nie tylko z powodów, które przytaczaliśmy, mówiąc o Czukczach, Tasmańczykach czy mieszkańcach Eddystone i wysp Antylskich. A posiadamy dość faktów, dopuszczających myśl, że i dawniej nie brak było podobnych wśród takich ludów katastrof, a nawet że mogły się zdarzać bez porównania częściej. Aliści przeważał mimo wszystko człowiek pierwotny swą witalnością nad nami, a przema­wia za tym to, że społeczeństwa cywilizowane egzystują dopiero od kilku tysięcy lat, w każdym razie nie znaleziono żadnego, które by trwało do dziś nieprzerwanie choćby sześć tysięcy lat; podczas gdy ludy pierwotne jako całość przetrwały ogromny okres pleistocenu i bez mała cały holoce- nu – a więc w sumie setki tysięcy lat – i to bez medycyny, pisma, bez opieki społecznej i władz państwowych. I bez wielkich miast uniwersyteckich.

Czym człowiek pierwotny zdobywał taką niespożytość, odporność, witalność? Czy przypadkiem nie dzięki wydawaniu na świat każdego dziecka poczętego i olbrzymiej zarazem śmiertelności, która eliminowała bezlitośnie słabsze jednostki?

„Eugenika” przyrody jest okrutna, choć chyba najbardziej celowa. Toteż trudno sobie wyobrazić, by na tę drogę wkroczyła kiedykolwiek eugenika sztuczna, lekarska, to znaczy: by opuściła zupełnie człowieka. By zatem także medycyna zniszczyła medycynę.

Ale jakich by innych środków powinna szukać medycyna na trwałość ludzkiego gatunku? Skąd odporność pewnych jednostek? Czy jest ona wyłącznie niezasłużona? dziedziczna? Czy czasem nie należy jej szukać także w sobie? W osobistym wysiłku? Jak u poliploidów! I czy nie w tym kierunku głównie powinna by iść eugenika? Żądać! Wymagać! Żądać od człowieka tak trudnej postawy wobec życia, jak bezlitosna jest eugenika przyrody! Czy tu przypadkiem nie znajdziemy tajemnicy twórczego pla­nowania zaludnienia? W każdym razie nie wydaje się, by to, czego euge­nika przyszłości zażąda od człowieka, nie było bardzo ciężkie.

I co eugenika lekarska uczyni z wielkimi miastami?

Wiemy z góry: nie uwolni wielkomieszczan z poczucia przeludnionej wyspy, bo nie może fałszować prawdy. Ale czy tolerując, a nawet pielęgnu­jąc w wielkich miastach „poczucie wyspy”, zdoła uleczyć je z „popłochu przed dziećmi”? A jeśli jej się to nie uda, to czy pozwoli, by wielkie miasta ssały nadal ludność prowincji i bezpotomną lub zbyt mało płodną – wy­pluwały następnie masowo na swe cmentarze? Czy też wysiedlać będzie stamtąd przymusowo, jako z terenów zagrożonych epidemią wymierania? I czy z kolei zaorywać będzie takie miasta? A może zostawi je, tylko po prostu wydzieli z nich ludność normalnie rozradzającą się, nią się zaopie­kuje, pozostałej zaś – wymierającej dobrowolnie, a więc w najwyższym stopniu nieeugenicznej – pozwoli wymierać? Bo czyż państwo może przymuszać do posiadania potomstwa? Do czego można siłą zmuszać, gdy chodzi o rozradzanie się, a do czego nie?

Lecz im mniej państwo władne jest tu zdziałać siłą, tym więcej przez wpływ. Jak wychowywać wielkie miasta do ich długowieczności? do po­stępu ludnościowego? I jak to planować? Bo tak czy owak z wpływem wielkich miast trzeba się liczyć. Jak kierować wpływem wielkich miast?

Po wtóre, powiedzieliśmy, że w miarę rozwoju ludnościowego nawet wsi, idziemy ku coraz większej ilości wielkich miast i ku coraz ludniej- szym wielkim miastom. Wielkie miasta sprawują dyktaturę nad obyczaja­mi i zwyczajami świata. Dyktaturę bez przymusu, dlatego tak przenikają­cą wszystkich. Trudno zresztą powiedzieć, by kiedykolwiek było inaczej; lecz nigdy tak jak dziś wielkie miasto nie ugniatało z tą swobodą i tak przemożnie oblicza człowieka na całym okręgu ziemskim – wszak nigdy nie miało tak wielu i tak częstych kontaktów ze światem. Tak, jak trudno się upierać, że rola wielkich miast była wyłącznie dysgeniczna i moralnie fatalna: któż tak oceni rolę Babilonu, Aten helleńskich, hellenistycznej Aleksandrii, Bizancjum wschodniorzymskiego, Florencji Medyceuszów, Rzymu renesansu, czy Paryża ostatnich trzech wieków? Kto nie przy- klaśnie twierdzeniu, że wielkie miasta, niekoniecznie każdego czasu w dzisiejszym znaczeniu wielkie, ale bądź co bądź te największe w każdym okresie dziejów, były ogniskami postępu? Lecz skąd to podglebie twórcze? z czego? Czy nie dałoby się go uzyskać drogą niejako syntetyczną, poza wielkim miastem? Jak? W każdym razie nawet gdyby się to powiodło, su- gestywność stylu bycia wielkich miast nie zmaleje chyba nigdy. Czy jed­nak, dopóki się nie powiedzie taka „synteza” stworzenia ognisk postępu poza wielkimi miastami, nie należy iść drogą bardziej konserwatywną: przecież rola wielkich miast mogłaby każdego czasu dorosnąć do mniej fatalnej? Po wtóre, skoro wyraziliśmy się, że należałoby wychowywać wielkie miasta do długowieczności, czyż tym samym nie założyliśmy, że może istnieć czynnik kierujący rozwojem wielkich miast: potężniejszy od ich sugestii. Jaki to czynnik? A może czynniki?

Fakt to powszechny, że wielkie miasto pożera wolę prowincji: czy wobec tego nie należałoby wzmocnić roli prowincji? poprawić jej samo­poczucia? jej świadomości, że jest równa wielkiemu miastu? wywołać i ożywić jej w pewnym sensie świadomości klasowej? Wyzwolić prowin­cję! By nie czuła się, jak dotąd, medium bezwolnym wielkiego miasta, ale by zechciała może zostać nawet jego hipnotyzerem.

Bez podniesienia godności prowincji, bez wyleczenia jej z kompleksu niższości, nie ma mowy o demokracji, znęcać się bowiem będzie nadal swym wpływem nad światem wielkie miasto i to coraz nieznośniej. Ale czy nie równie ważne jest podniesienie godności jednostki: tej najbardziej prowincjonalnej prowincji? Wyzwolić ją z piekła sugestii wielkiego mia­sta, nawet zostawioną w tymże wielkim mieście? Jak to robić!?

Nade wszystko jednak leczyć należy samo wielkie miasto.

W jakim zatem kierunku powinna by iść medycyna, by zabezpieczyć stałą młodość wielkim miastom?

W wielkich miastach gnieździ się głównie medycyna. Tu najwięcej le­karzy, instytucji naukowych lekarskich, zakładów leczniczych. Jasne więc, że tutaj też muszą najdobitniej występować blaski i nędze nowoczesnego lecznictwa. Rzeczywiście: stwierdzamy tu tendencję ku minimum zgo­nów i maksimum wymierania.

Mówiliśmy o niszczącym wpływie wykształcenia i dobrobytu na po­pulację. Owóż zawsze dobrobyt i wykształcenie znamionowały miasta, zwłaszcza wielkie. Ale od czasu wzrostu poziomu medycyny doszła do tamtych dwu trzecia cecha życia wielkomiejskiego: maksymalne korzy­stanie z medycyny, stąd minimum śmiertelności i w konsekwencji klimat na ograniczanie urodzeń. I choć od tej pory można sobie wyobrazić wiel­kie miasta bez powszechnego wykształcenia i dobrobytu, to czyż podob­na planować życie wielkich miast bez maksymalnej pomocy lekarskiej? a więc bez perspektyw dalszego pomniejszania kwoty zgonów? Ale czy minimum zgonów musi bezapelacyjnie prowadzić do takiego ograni­czania urodzeń, które sprowadza wymieranie? Co na to wola ludzka? Jak tedy planować życie wielkich miast: z nieograniczonym dobrobytem i wykształceniem, tudzież z równie stale rosnącą pomocą lekarską, a z ograniczaniem urodzeń, lecz bez wymierania? Bo choć nie wyłącznie życie wielkich miast tak należy planować, to jednak przede wszystkim życie wielkich miast: z uwagi na idący stąd, ze środowisk wielkomiejskich, miażdżący wpływ na styl życia małżeństw prowincji, z uwagi na siłę mody. Dlatego nie gdzie indziej, ale na terenie wielkich miast urzeczy­wistnienie twórczego planowania ludności i potomstwa wyrasta, ściślej: wybucha – na najbardziej naglącą konieczność. Tu dziś płoną biologicznie narody. I tu zarazem – z drugiej strony – jeśli narody nie spalają się, to mają najwięcej szans na wzrost ludności jak najbardziej gwałtowny.

Aliści czy wielkie miasto przez to samo, że wielkie, nie staje regulacji twórczej na przeszkodzie?

Nie wydaje się.

Spartanie po kilkuset latach istnienia wymarli, lecz stolica ich, Sparta, nie była nigdy wielkim miastem. W najświetniejszym okresie rozwoju

  • IV wiek przed Chrystusem – nie liczyła więcej niż 30 tys. mieszkańców, a za Rzymian, w czasach Cesarstwa, była już tylko „nieznaczną mie­ściną”[39]. A przecież inne miasta greckie z tychże stuleci były o wiele ludniejsze. Ateny i Syrakuzy, przed swym upadkiem w IV wieku sprzed Chrystusa, zamieszkiwało po 100 tys. osób, nie mówiąc o jednym z naj­większych miast hellenistycznych – Seleukei nad Tygrysem, która „li­czyła 400 tys. mieszkańców jeszcze w połowie II wieku naszej ery, kiedy okres świetności miasta dawno minął”; czy Aleksandrii, konkurującej za Antoninów z samym Rzymem, a mieszczącej półtora miliona wtedy ludzi; czy o wielu innych średniej wielkości miastach, jak Apamei w Syrii
  • 200 tys. mieszkańców w I stuleciu po Chrystusie[40].

Dorobiły się tedy inne, poza Spartą, miasta greckie daleko większej ludności oraz dłużej egzystowały od tejże Sparty – i to jako wielkie mia­sta – chociaż i one, i otaczające je kraje, z których prowincji wchłaniały ludność – bez porównania mniej dbały o jakość fizyczną swych obywateli niż Sparta.

Wiemy, że współczesna medycyna kładzie główny nacisk na zapobie­ganie chorobom i rozwój fizyczny. Kresem takiego rozwoju medycyny jest zamiana jej na higienę i sport. Można by to nazwać spartańskim kierun­kiem w lecznictwie i dlatego z góry wróżyć, że taka medycyna nie ocali Spartan XX wieku ani od wymierania, ani od wymarcia.

I prawda. W wielkich miastach naszej doby mieszka coraz więcej osób higienicznych i wysportowanych, które nie chcą dzieci lub za mało chcą dzieci. Co gorsza długowieczność obywateli, nieznana dawnym miastom, przy minimalnej poza tym obecnie liczbie dzieci, sprawia, że jeszcze w najmniejszym stopniu wielkie miasta zapowiadają się jako środowiska ludzi młodych. Wielkie miasta starożytności – Aleksandrie, Babilony, Antiochie – były miastami młodości. Ba, jeszcze jedno – tylko milio­nowy Londyn z roku 1800, półmilionowy Paryż z tego czasu, Warszawa Wokulskiego czy nawet Wiedeń Straussa: były to metropolie młodziut­kie latami swych mieszkańców – wobec pokoleń przewalających się dziś ulicami tych stolic. I kto wie, czy także w tej właśnie młodości dawnych i niedawnych jeszcze mieszkańców wielkich miast – nie należy szukać witalizmu intelektualnego Babilonów wszystkich czasów, a w takim razie – czy nie należy się spodziewać sklerozy kulturalnej w miastach przyszło­ści: miastach starców, nie chcących umierać, a przedtem – mieć dzieci.

Trudno by jednak skroś tych wielu przyczyn odrzucać i wielkie miasto, i higienę, i wychowanie fizyczne. Raczej należałoby się zapytać, jak po­winna by wyglądać higiena medycyny i higiena psychiki mieszczanina, by jedno i drugie nie ulegało terrorowi mody wielkomiejskiej, tak tu sprzy­jającej dżumie wyludnień.

Problemy.

Unika ich człowiek, gdy się bezmyślnie rozradza. Ale błogostan lud­nościowy przy dzisiejszych środkach sanitarnych mógłby trwać wtedy bardzo krótko, bo teren zacząłby się gwałtownie zaludniać. A wraz z tym inne nadeszłyby kłopoty: jak zmniejszać możliwie do minimum plagi po­chodzące z przeludnienia; a raczej: jak ograniczać je do samej wzmożonej śmiertelności, nie naruszając pozostałej harmonii życia? Ale wtedy trzeba byłoby rozwiązać problem: jak zorganizować wielką śmiertelność, oczy­wiście śmiertelność naturalną. A śmiertelność ta musiałaby procentowo rosnąć – i to stale – w miarę wzrostu nadmiaru zaludnienia ziemi.

Wzdraga się przed tym myśl ludzka, ale ośmiela się myśleć.

Zresztą, było już coś takiego w Europie. Wtedy, mianowicie, gdy w ciągu kilkunastu wieków nie planowano potomstwa i rozradzano się bezmyślnie, ale niejako godzono się na olbrzymią śmiertelność dzieci i wielką liczbę zgonów w ogóle. Obecnie zaś przy wzmożonej dbałości o życie, można widzieć co innego. Wykazywaliśmy, jak znacznie maleją urodzenia i zgony w całym świecie. Ale to nieścisłe. Faktycznie powołuje się do życia bez porównania więcej dzieci, niż opiewają statystyki urodzeń, i śmiertelność maleje znacznie słabiej, niż głoszą rubryki zgonów.

Jak to?

Oto by uniknąć odchowywania większej liczby dzieci, mordują co roku w naszych czasach neomaltuzjanie miliony swych płodów, czyli dzieci po­czętych. O tę liczbę należałoby tedy powiększyć cyfry śmierci i urodzeń w każdym kraju. O tę liczbą sztucznej, pielęgnowanej specjalnie śmier­telności. I zorganizować walkę nie tylko, jak dotąd, z notowaną, przyjętą, nobliwą śmiertelnością, ale i z tą ukrywaną, nie notowaną, nie dostrzega­ną przez statystykę. Czyż to nie doniosły problem?

A problemów przybywa, im bardziej wgryzać się w procesy ludnościo­we. Choćby zaś niejedno z narzucających się przy tej okazji zagadnień wyglądało na marginesowe, to naprawdę tak trudno oderwać je od kom­pleksu zjawisk ludnościowych, jak żywą skórę od żywego człowieka.

Rozradzanie się ludzkie, które niechluje umysłowi zwulgaryzowali jak żadną dziedzinę, urasta w naszych czasach, w epoce świadomego rodzi­cielstwa – na zjawisko zrośnięte wszędzie z człowiekiem, społeczeństwem i ludzkością, najbogatsze w treść, najtrudniejsze w zadania, najbardziej wyposażone w sytuacje dramatyczne i skomplikowane.

I tak: czyż to nie dramat, gdy rozradzanie się i wymieranie – na całej przestrzeni bytowania człowieka na globie – nie jest właściwie niczym in­nym, tylko eliminacją w biegach do przechowania swej krwi aż do końca życia ziemi?

Straszliwy ten sport trwa od początku ludzkości.

Miliony szczepów, niezliczone ludy, miliardy rodzin – stanęły już do tego biegu, wyginęły, tudzież ciągle jeszcze ten i ów się kończy; czemuż by więc także wszystkie współczesne narody nie miały z czasem wymrzeć, a przedtem wykrzewić się w inne jakieś narody, czy tylko w jeden już je­dyny naród-sierotę? Wydaje się jednak, że tym razem staje temu na prze­szkodzie pewien dorobek naszej specjalnie cywilizacji. Wykształca ona tak jak nigdy odpowiedzialność społeczną, a w tym poczucie narodowe, to zaś rodzi w kolektywie-narodzie świadomość i potrzebę nieśmiertelności. Potrzeba ta usztywnia z nieprzemożoną siłą wolę narodu do życia i czyni nieomal nieprawdopodobnym jego zupełne wymarcie.

Wola ludzka.

Fakt ten to promyk na ciemnym horyzoncie ludnościowym współcze­snej Europy, Ameryki i Australii, a niebawem i Azji. Może tej właśnie świadomości narodowej należy zawdzięczać, że społeczeństwa naszego kręgu kulturowego, które z naiwną łapczywością rzuciły się na epide­miczne planowanie zaludnienia, szybko otrząsnęły się z tego i nie mniej zapalczywie się ratują, a choć metodom ratunku można by wiele zarzucić, to przyznać trzeba, że nigdy dawniej nie zdobył się na obronę swej popu­lacji w tej skali żaden naród cywilizowany.

Nie chcą, co prawda, dzisiejsze narody porzucić idei planowania za­ludnienia. Ale chcą być także nieśmiertelne. Zarazem pragną zapewnić sobie maksimum udziału w tworzeniu lepszej ludzkości i sublimować swój instynkt walki oraz swe poczucie potęgi w ambicjach kulturalnych, jedynie życiodajnych dla tworzenia coraz bardziej naturalnej kultury i do zachowywania coraz pewniejszego pokoju w świecie. Te trzy idee – pla­nowanie, umiłowanie narodu i pokój – nurtują dziś z siłą żywiołu każde ze społeczeństw pochodzenia europejskiego, a próżno szukalibyśmy powszechnej cyrkulacji tych pierwiastków ideowych u któregokolwiek z dawnych ludów, należących do wymarłych już cywilizacji.

Kwestia ludzkiego rozrodu wylewa się daleko poza jakość typu fi­zycznego czy psychicznego, poza jego optimum jakościowe; tudzież poza problem przeludnień, niedoludnień, czy dostatecznego, tak zwanego .optimum” ludnościowego ilościowego – na mnóstwo dziedzin życia, a kto wie, czy nie na wszystkie, jak domyśla się tego szereg bardziej dale­kowzrocznych, długofalowych myślicieli-demografów.

Jeśli jednak tak, to planując zaludnienie, należałoby odpowiednio do tego planować jednocześnie całość cywilizacji.

A nie na odwrót.

Ale przypatrzmy się z kolei, jak dotychczas regulowano zaludnienie.

%d bloggers like this: