Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa…

Wymiar sprawiedliwości stanowi fundament porządku prawnego. Decydenci polityczni zauroczeni zbiurokratyzowanym wzorcem państwa prawa starają się ze wszech miar budować autorytet wymiaru sprawiedliwości zapominając o najważniejszym elemencie – wprowadzeniu w system szkolnictwa i w sądownictwie nowoczesnych teorii dowodów sądowych.

Najstarsze teorie dowodów sądowych opierały się na przekonaniu o doraźnym, bezpośrednim sterowaniu przez Boga. W związku z tym, że nie wiedziano, które zeznanie jest prawdziwe, a które nie, stosowano praktyki takie jak wrzucanie na głęboką wodę czy pojedynek. Wierzono bowiem, że opatrzność wyratuje tego, co mówi prawdę. Nowatorskim przełomem w ocenie dowodów i teorii dowodów była procedura inkwizycyjna, która wprowadziła i stosowała arytmetykę dowodów. Po pierwsze obowiązywała zasada swobodnej oceny dowodów przez sąd inkwizycyjny, ale nie tak swobodnej żeby mogła ignorować zasadę teorii dowodów. Tym samym określono jakiego typu zeznania liczy się jako pełen dowód, jakiego typu jako półdowód, czy też ćwierć dowód. Wyrok sądu inkwizycyjnego stanowił natomiast arytmetyczną wypadkową zebranego materiału dowodowego…
Podstawą studiów prawniczych i przygotowania zawodowego przyszłych sędziów do 1948 roku był przedmiot:

Teoria Prawa: część I: Socjologia, część II: Psychologiczno-socjologiczna teoria nauk prawnych, które wykładał wybitny profesor Henryk Piętka.

Ze studiów po 1948 roku (po przejęciu szkolnictwa przez Jakuba Bermana) usunięto przede wszystkim elementy służące do samodzielnej oceny dowodów. Przed 1948 rokiem były to 2 lata propeudetyki filozofii, 4 lata łaciny, 2 semestry logiki na których opierała się metodologia pracy prawnika. Przedmioty te służyły jako narzędzie w dochodzeniu do prawdy jako celu procesu.
W okresie stalinowskim powstała w ZSRR teoria dowodów sądowych, której głównym twórcą był Andrzej Wyszyński. W swej teorii stwierdzał, że: „Sąd nie jest skrępowany żadnymi formalnymi wymogami i wymaganiami ani odnośnie do oceny dowodów, ani też przy ich wyjednywaniu.” Teorie te były (i w zasadzie w różnych wymiarach są) stosowane zarówno w ZSRR jak i państwach o ustrojach demokracji ludowej, w tym w Polsce.
Ta swoista swobodna ocena dowodów obowiązuje do dziś. W 2006 roku oburzył się na to minister Ziobro, który rozumując logicznie przyznał, że sąd może swobodnie zawyrokować, że siła grawitacji nie działa, albo, że 2+2=6 a nie 4 i według procedur obowiązującej w Polsce nie jest tym skrępowany. Ponadto, w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z dnia 31 maja 2006 roku (syg. IV SA/Po 1146/04), stwierdzono, że: „w prawie polskim nie obowiązuje legalna teoria dowodów, wskazująca na większą moc dowodową jednych dowodów w stosunku do innych dowodów”.
„System dowodów (wg A. Wyszyńskiego) opiera się na zasadzie przekonania wewnętrznego, a mianowicie socjalistycznego przekonania sędziego uzbrojonego w socjalistyczną świadomość prawną i prawdziwie naukową metodologię marksizmu-leninizmu”. Praktyczne zastosowanie głoszonej przez A. Wyszyńskiego teorii doprowadziło do stosowaniu 3 zasad:

1. Do tego by skazać oskarżonego nie jest konieczne udowodnienie mu winy w stu procentach lecz wystarczy tylko jej uprawdopodobnienie ( w takim stopniu by sędzia nabrał przekonania o winie oskarżonego, w praktyce zaś sędzia już od początku rozprawy miał takie przekonanie gdyż ufał socjalistycznym organom bezpieczeństwa i prokuraturze).

2. Za współdziałanie można uznać jakikolwiek związek danej osoby z popełnionym przestępstwem lub nawet tylko z przestępcą, a zatem do skazania oskarżonego nie jest nawet konieczne uprawdopodobnienie (czy tym bardziej udowodnienie) popełnienia przez niego czynu przestępczego, wystarczy tylko wykazać jakikolwiek jego kontakt z przestępstwem lub z przestępcą; na tej zasadzie opierała się cała kategoria prawna członków rodzin tzw. „wrogów ludu”,

3. Przyznanie się oskarżonego do winy stanowi samodzielny, pełnowartościowy dowód (w praktyce było traktowane jako tzw. „korona dowodów”), z tej zasady brała się swoista konieczność stosowania praktyk powodujących wymuszone przyznawanie się do winy oskarżonych lub wymuszanie fałszywych zeznań świadków świadczących przeciwko oskarżonym, które to zeznania mogły być jedynym dowodem w sprawie.

W okresie gdy władzę w ZSRR sprawował Nikita Chruszczow potępiono oficjalnie błędy i wypaczenia okresu stalinowskiego, w tym również praktyki A. Wyszyńskiego i jego teorię dowodów sądowych. Jednak do czasów nam współczesnych nie zastąpiono jej żadną inną teorią dowodów sądowych, w rezultacie czego elementy tej teorii nadal funkcjonują w praktyce nie tylko krajów powstałych w wyniku rozpadu ZSRR, ale nawet dawnych tzw krajów demokracji ludowej – w tym Polski już w okresie istnienie III RP. Zwracał na to uwagę doświadczony sędzia Janusz Wojciechowski w artykule „Dowód koronny” (Rzeczpospolita z dnia 4 marca 1996r.) pisząc:

„nie zapomnę wstrząsającej sprawy chłopaka oskarżonego o zabójstwo własnej matki. Przyznał się i siedział ponad rok w areszcie zanim obiektywne dowody wykluczyły jego sprawstwo. Przepadła zarazem szansa złapania prawdziwego zabójcy. Pamiętam inną sprawę – mężczyzny oskarżonego o zabicie kobiety, wieczorem na skraju miasta. Też się przyznał, przesiedział 3 lata aż się okazało, że kobieta prawdopodobnie w ogóle nie została zamordowana, tylko ja samochód zabił”.

 Ten sam sędzia w artykule „Przyznanie się do winy, czyli utrudnianie śledztwa” (Rzeczpospolita z dnia 12 grudnia 1996r.) pisał:

„Może zabrzmi to jak herezja, ale tak to widzę na gruncie własnych sądowych doświadczeń, że nie ma nic gorszego dla śledztwa niż podejrzany ochoczo przyznający się do winy. Prowadzący śledztwo tracą wtedy głowy. Przestają myśleć o zabezpieczeniu śladów, eksperymentach, ekspertyzach, opiniach, poszukiwaniach obiektywnych, wiarygodnych świadkach. Nic tylko przesłuchują podejrzanego dziesiątki razy maglują na wszystkie strony od świtu do wieczora i kupują największe brednie. (…) A potem przed sądem oskarżony oświadcza niespodziewanie, że nie jest winien i że się nie przyznaje. Poprzednie wyjaśnienia są nieprawdziwe, bo go do nich nakłaniano, zastraszano albo bito. (…) No i wtedy wychodzi na jaw przykra prawda, że poza odwołanym przyznaniem się to właściwie innych dowodów nie ma. I oskarżenie zaczyna się sypać.”

 Przytoczone wyżej fakty świadczą o tym, że w naszych organach ścigania funkcjonuje podejście zgodne z przytoczoną wyżej trzecią zasadą stalinowskiej teorii dowodów. O tym, że również funkcjonuje zasada pierwsza świadczą dość częste przypadki gdy to co zostało uznane za dowód przez jednego sędziego, nie jest uznawane przez innego (potwierdzać mogą to wypowiedzi Rzecznika Interesu Publicznego Bogusława Nizieńskiego).O funkcjonowaniu drugiej zasady (A.Wyszyńskiego) świadczy chociażby proces byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego przeciwko redakcji „Życia”, która zarzuciła mu fakt kontaktu z rosyjskim dyplomatą, który miał być równocześnie oficerem rosyjskiego wywiadu, podczas pobytu w ośrodku  wczasowym w Cetniewie.
Od ponad pół wieku kształceni są prawnicy nie wiedząc nawet o istnieniu takiego przedmiotu jak teoria dowodów sądowych. Uważa się, że dowodem jest to co sąd za dowód uzna. Zapomina się przy niestety o tym, że w cywilizowanych krajach chodzi o niezależność od nacisków społecznych a nie od nauki.
W systemie stalinowskim o winie oskarżonego czy nawet tylko podejrzanego, rozstrzygały władze polityczne, sąd zaś wyrokował zgodnie z ich wolą nie licząc się zbytnio z dowodami. Stosowanie wspomnianych zasad nie pasuje do obecnej polskiej rzeczywistości, w której sędzia wydając wyrok nie powinien działać według dyrektyw władz politycznych, czy jakichkolwiek innych, zaś brak nowoczesnej teorii dowodów zarówno na studiach prawniczych, jak i w praktyce naszego sądownictwa, obniża sprawność i autorytet wymiaru sprawiedliwości.
Źródło:  http://twx.bloog.pl/id,3909537,title,Teorie-dowodow-sadowych-Obraz-polskiego-sadownictwa,index.html?smoybbtticaid=6167fe
Józef Kossecki o teorii dowodów sądowych w kontekście śmierci gen. Petelickiego
https://www.youtube.com/watch?v=OYChB2prSVA

Widmo Wyszyńskiego – Maciej Henryk Górny

„Jako jest z jednostkami, tako i z narodami – tłumaczył Filus. -Żadne społeczeństwo nie będzie na tyle głupie, by wolało praworządność i niewolę niż bezprawie i władzę.”
Marek Tulliusz Cyceron, „O państwie”

Po kraju krąży widmo. Widmo Wyszyńskiego. Lękają się go… . No właśnie. Kto się lęka i o jakiego Wyszyńskiego w ogóle chodzi??? Nazwisko Wyszyński kojarzy się przeciętnemu Polakowi wyłącznie ze Stefanem kardynałem Wyszyńskim, Prymasem Polski. Tymczasem znacznie większy wpływ na dzieje świata i w tym niestety na krajowe organa śledcze, wymiar sprawiedliwości, biurokrację etc. miał i ma ciągle Andrzej Januarowicz Wyszyński. – Absolwent polskiego gimnazjum, następnie uznany prawnik carskiej Rosji, mienszewik „nawrócony” na bolszewizm, rektor Uniwersytetu Moskiewskiego, w końcu osławiony prokurator generalny ZSRR, autor podręczników tłumaczonych na wiele języków (w tym rzecz jasna i na polski), twórca stalinowskiej teorii dowodów sądowych, minister spraw zagranicznych. Choć został on pośmiertnie potępiony jeszcze za Chruszczowa, jego protegowani poddani szykanom, a jego teorie przestały być obowiązującą wykładnią prawa i instrukcjami praktyki śledczej w Kraju Rad oraz w bratnich krajach demokracji ludowej to jego koncepcje do dziś pokutują w praktyce zawodowej oraz mentalności części funkcjonariuszy organów ścigania, służb inspekcji i kontroli, a zdarza się, że i sędziów.

Wbrew obiegowej opinii Andriej Wyszyński nie uznawał przyznania się za najlepszy dowód. Podobnie jak dzisiejsi luminarze prawa, historii, socjologii etc. wyśmiewał zasadę „confessio est regina probationum”, jako przeżytek średniowiecza. (NB! Trzeba jednak przyznać, że w ocenie średniowiecznej praktyki śledczej był znacznie bardziej obiektywny i uczciwy niż niektórzy z nich. Podkreślał chociażby, że procedury stosowane przez Świętą Inkwizycję stanowiły ogromny postęp wobec świeckiej praktyki śledczej tego okresu.). Najważniejszy był dla niego donos. Donoszenie uznawane było za cnotę obywatelską. Donos był nie tylko źródłem wiedzy operacyjnej, ale pełnił również funkcję samoistnego i niezwykle „wiarygodnego” dowodu w postępowaniu sądowym. Ponadto donosiciel, jako wzorowy obywatel, automatycznie stawiany był poza podejrzeniem. Wykładnia prawa, aby mieć jakikolwiek sens, zdaniem Andrieja Januarowicza, winna być motywowana politycznie. Samo uprawdopodobnienie winy było dla prokuratora
Wyszyńskiego wystarczające do skazania człowieka. Uprawdopodobnieniem zaś mogło być li tylko wykazanie związku oskarżonego z przestępstwem bądź przestępcą. Było to przeciwieństwo polskiej przedwojennej praktyki śledczej, gdzie donosiciel, o ile nie był ofiarą, traktowany był z największą podejrzliwością. Ponadto przed sądami obowiązywała zasada „jeden świadek- żaden świadek”. Pomińmy już funkcję sędziego śledczego, który nie będąc stroną postępowania mógł je nadzorować w sposób bezstronny i rzeczowy. Funkcję tę należałoby rzecz jasna przywrócić, ale to zagadnienie na zupełnie osobny tekst.
Dla nikogo kto zawodowo lub naukowo styka się z praktyką dochodzeniowo- śledczą lub choćby interesuje się tym tematem nie stanowi żadnej tajemnicy fakt, że niektórym przepisom, procedurom, zwyczajom i ludziom związanym z organami ścigania, służbami kontroli i inspekcji, czy z wymiarem sprawiedliwości, bliżej jest do stalinowskich, niż do przedwojennych polskich standardów. Podkreślam przy tym słowo NIEKTÓRYM. Wielu z tych ludzi bowiem wykonuje swoją pracę w sposób uczciwy i stroni od tego typu praktyk. Wielu chciałoby wykonywać swoją pracę skuteczniej i rzetelniej, ale hamują ich kulawe rozwiązania prawno- organizacyjne. Ilość przykładów bolszewizacji jest jednak zatrważająca.
Udowadniać swą niewinność zobowiązani są oskarżeni o zniesławienie lub pomówienie (mimo, iż są to przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego). W podobnej sytuacji znajdują się oskarżeni o molestowanie. Wiara zaś jaką niektórzy śledczy, (a w ślad za nimi zdarza się i, że niektórzy sędziowie), przykładają do pomówień współoskarżonego ma nieraz charakter magiczny. Tak więc donosicielstwo nadal traktowane jest przez niektórych jako cnota, a donosy stanowią nieraz koronny a czasem i jedyny dowód w sprawie. Nawet ponawiane stanowisko Sądu Najwyższego nakazujące traktować dowody z pomówień współoskarżonego z najwyższą ostrożnością i z ponadprzeciętną skrupulatnością nie dociera do niektórych pogrążonych w rutyniarstwie i lenistwie (a czasem karierowiczostwie i chorych ambicjach) śledczych. Co gorsza zdarzają się i sędziowie, którzy przyjmują narrację takich śledczych, czasem wręcz kopiując i wklejając tezy z aktu oskarżenia do uzasadnień swoich wyroków (co znów potępiał Sąd Najwyższy). Skandalem jest nie tylko fakt, że zdarzają się sędziowie ignorujący stanowisko Sądu Najwyższego w tej sprawie, ale i to, że Sąd Najwyższy w ogóle stanął wobec konieczności zajęcia się zagadnieniem, które dla każdego normalnego prawnika winno być oczywistym.
Tymczasem zdarzają się prokuratorzy mający swoich nadwornych gangsterów, którzy dziwnym trafem „posiadają wiedzę” w tych postępowaniach, w których ci prokuratorzy nie posiadają żadnego innego dowodu. Pewien oskarżony spędził w areszcie śledczym wiele miesięcy tylko dlatego, że jeden z tych nadwornych gangsterów „przypomniał” sobie, że jakiś więzień (którego danych rzecz jasna nie pamięta) pod celą wspominał, że ów oskarżony był zamieszany w działalność zorganizowanej grupy przestępczej przy braku jakichkolwiek innych dowodów. Podobny los spotkał adwokata, który na podstawie li tylko pomówień bandyty został aresztowany przed salą rozpraw (na której miał występować zawodowo) i osadzony w areszcie. Adwokatowi temu udało się wybronić, ale zdarza się, że ludzie są na podstawie tych pomówień, niepodpartych żadnymi innymi dowodami, skazywani. Tak więc można trafić za kratki tylko za sprawą pomówień bandyty, czasem skonfliktowanego z oskarżonym. Mamy więc do czynienia z ogromnym regresem w stosunku do praktyk stosowanych przez Świętą Inkwizycję, która nie traktowała zeznań osób skonfliktowanych z oskarżonym jako dowodu. Na domiar złego przypadki karania za fałszywe zeznania i donosy są niezwykle rzadkie, a kary śmiesznie niskie. Dodajmy do tego śledztwa motywowane politycznie (ad exemplum: sprawa profesora Romualda Szeremietiewa), ideologicznie (sprawa skopanego 11 11 11 przez policyjnego bandytę Daniela Kloca), czy ekonomicznie (sprawa Romana Kluski, założyciela Optimusa), a także przypadki wtargnięć oddziałów antyterrorystycznych do niewłaściwych mieszkań i otrzymujemy całkiem przerażający obraz.
Obraz ten jednak nie był dotychczas dostrzegany przez większość społeczeństwa. Większość ludzi widziała jedną stronę medalu- okrutni bandyci otrzymują stosunkowo łagodne wyroki, skorumpowani i skrajnie niekompetentni urzędnicy często pozostają bezkarni podobnie jak politycy- zdrajcy. „Statystyczni” Polacy nie zdawali sobie sprawy z tego, jak łatwo być oskarżonym, jak łatwo zrobić z kogoś bandytę. To się zmieniło.
Andrusza nie przypuszczał chyba, że jego upiorne widmo stanie się przyczyną masowych protestów za sprawą forsowanej przez koncerny z USA umowy międzynarodowej (ACTA), którą podpisano 20 lat po upadku Sojuza. W oczach zdezorientowanych i zaskoczonych politykierów ukazało się za to widmo innego Wyszyńskiego- Prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego. Znów słychać głośne „Non possumus!”. W oczach skonfundowanych pachołków systemu, który stanowi żałosne popłuczyny po bizantynizmie, ukazał się duch Cywilizacji Łacińskiej. Cywilizacji, w której etyka stoi ponad prawem, co na gruncie naukowym wspaniale wykazywał prof. Feliks Koneczny, a co w praktyce duszpasterskiej wcielał w życie Prymas Wyszyński.
Zaskoczenie to wynika z jednej strony z ogromnej siły jaką posiada w sobie Łacińskość, z tego, że łacińskie algorytmy są głęboko zakodowane w polskim społeczeństwie. Z tego, że do protestu dołączyły niezwykle różne środowiska- od prawicy po lewicę, od dzieci po starców, od tradycjonalistów katolickich po „wojujących ateistów”, od artystów i kombatantów, przez naukowców i kibiców po adwokatów (vide oświadczenie Okręgowej Rady Adwokackiej w Katowicach) i przedsiębiorców, a nawet niektórych najwyższych urzędników (ad exemplum Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych). Z drugiej zaś strony wynika ono z krótkowzroczności. Ekipa świetnie przygotowana do odnoszenia taktycznych sukcesów za pomocą socjotechnicznych sztuczek, nie ma zielonego pojęcia o strategii, nie mówiąc już o ideologii (bo ta ustalana jest za granicą). Politykierom z reguły wydaje się, że między rządzącymi a rządzonymi występuje sprzężenie proste. Tymczasem w rzeczywistości jest to sprzężenie zwrotne, co opisywał wybitny fizyk i cybernetyk prof. Marian Mazur.
Ponadto ciągłe propagandowe tresowanie społeczeństwa o dominujących motywacjach etycznych w duchu dominacji motywacji prawnych powoduje osłabienie zarówno motywacji etycznych jak i prawnych. Wzmocnieniu ulegają za to motywacje, które znajdowały się na drugim miejscu- a więc motywacje witalne. Zwłaszcza w ich części konsumpcyjnej oraz części dotyczącej pragnienia świętego spokoju, życia wolnego od strachu. I właśnie dlatego Naród Polski odrzuca stanowczo niewolę i wybiera władzę. Wieloletnia propaganda okazała się mieczem obosiecznym. Nawet gdyby po stronie oferowanej nam niewoli stała prawość, sprawiedliwość i słuszność to przy wzroście dominacji norm witalnych mało kto by ją wybrał. Tymczasem naprzeciw niewoli stoją nie tylko władza ale również sprawiedliwość, etyka, zdrowy rozsądek oraz podstawowe zasady naszego systemu prawnego i naszej tradycji prawnej. Jeżeli dołączy do nich wytrwałość to będzie to koalicja cech i wartości, z którą należy się liczyć także przy stopniowym wprowadzaniu rozwiązań a la ACTA w innych aktach prawnych.
Sądy nie mogą być niezależne od nauki! O poststalinowskim systemie sądowniczym etc. – Doc. Kossecki
https://www.youtube.com/watch?v=fdrd4TVWIDI
%d bloggers like this: