Z książki Psychologia Socjalizmu – Gustaw Le Bon, już wtedy czyli przeszło 100 lat temu autor dostrzegł ciekawe prawidłowości dotyczące wykształcenia opartego tylko na książkach.

Rozdział 2 – Socjalizm w Anglii i Ameryce

§ 1. Koncepcja państwa u Anglosasów i ich psychologia

Właśnie porównując koncepcje państwa u Anglików i u ludów łacińskich dostrzega się jasno, jak dalece instytucje są dziełem rasy (kultury) i jak bardzo pod podobnymi nazwami mogą się kryć diametralnie różne treści. Można rozprawiać do utraty tchu, jak to czynił Monteskiusz i wielu innych, nad korzyściami, jakie przynosi republika zamiast monarchii lub odwrotnie. Skoro jednak dostrzeżemy ludy mające pod tak różnymi rządami identyczne koncepcje społeczne i bardzo podobne instytucje, wyciągniemy wniosek, że systemy polityczne, formalnie tak różne, nie mają żadnego rzeczywistego wpływu na ducha ludów, którymi władają.
W poprzednich książkach podkreślałem już tę zupełnie podstawową tezę. W pracy o psychologicznych prawach ewolucji ludów wykazałem odnośnie ludów sąsiadujących, społeczeństwa anglosaskiego w Stanach Zjednoczonych i łacińskiego w republikach latynoamerykańskich, jak przy bardzo podobnych instytucjach politycznych (bo te drugie są zwykle kopią tych pierwszych) ewolucja przebiegła tak różnie. Podczas gdy wielka republika anglosaska jest u szczytu powodzenia, republiki latynoamerykańskie, mimo znakomitej ziemi i niewyczerpanych bogactw naturalnych, są w zupełnym rozkładzie. Bez sztuk, handlu, przemysłu wszystkie popadły w ruinę, upadek i anarchię. Miały za przywódców tak wiele osobistości, że niektóre z nich musiały być kompetentne – żadna jednak nie potrafiła zmienić losu ludu.
Dla ludu nie jest więc ważny przyjęty system polityczny. Ten próżny kostium zewnętrzny, jak wszystkie kostiumy, nie ma realnego wpływu na ducha ludu, który go nosi. Żeby zrozumieć ewolucję narodu, trzeba znać pogląd, jaki ma on na wzajemną funkcję jednostki i państwa. Etykieta wypisana na fasadzie budowli społecznej – republika bądź monarchia – sama w sobie nie ma żadnej wartości.
To, co teraz powiemy o koncepcji państwa w Anglii i Ameryce, uzasadni powyższe stwierdzenia. Przedstawiwszy już we wspomnianym wyżej dziele cechy ducha anglosaskiego, ograniczę się do podsumowania ich jak najkrócej.
Jego najistotniejsze zalety mogą być zresztą wyrażone w kilku słowach: inicjatywa, energia, wola, a przede wszystkim panowanie nad sobą, to znaczy posiadanie tej wewnętrznej dyscypliny, która zwalnia jednostkę z szukania przewodników.
Ideał społeczny Anglosasów jest bardzo wyraźny, ten sam w monarchii angielskiej i republice amerykańskiej. Polega na zmniejszeniu do minimum roli państwa i zwiększeniu do maksimum roli jednostki; jest to dokładne przeciwieństwo ideału łacińskiego. Koleje, porty, uniwersytety, szkoły nie mają innych twórców niż prywatna inicjatywa, i państwo, zwłaszcza w Ameryce, nigdy się nimi nie musiało zajmować.
W zrozumieniu charakteru angielskiego przeszkadza innym ludom to, że zapominają o bardzo wyraźnym oddzieleniu indywidualnego postępowania Anglika wobec Anglika od ich postępowania zbiorowego wobec innych ludów. Ich osobista moralność jest na ogół bardzo rygorystyczna. Anglik działając jako osoba prywatna jest bardzo sumienny, uczciwy i szanuje swoje zobowiązania; natomiast gdy mężowie stanu działają w imię zbiorowych interesów Anglii, jest z tym całkiem inaczej. Ich brak skrupułów jest niekiedy zupełny. Osobnik, który zaproponowałby ministrowi angielskiemu sposobność do wzbogacenia się bez ryzyka dzięki uduszeniu staruszki milionerki, zostałby natychmiast wysłany do więzienia; natomiast jakiś awanturnik, proponujący angielskiemu mężowi stanu, powiedzmy, zebranie bandy łotrzyków i najechanie z bronią w ręku małej republiki na południu Afryki, zmasakrowanie części mieszkańców, opanowanie kraju i zwiększenie w ten sposób bogactwa Anglii – taki awanturnik z pewnością może liczyć na najlepsze przyjęcie i na natychmiastową akceptację swej propozycji. Jeśli mu się uda, opinia stanie za nim. Analogicznymi metodami angielscy mężowie stanu zdołali podbić większość małych królestw Indii. Widać zresztą, że te metody są analogiczne do tych, jakie inne narody stosują w trakcie kolonizacji. Jeśli u Anglików są one bardziej uderzające, to dlatego, że będąc śmielsi i zręczniejsi częściej osiągają w swych przedsięwzięciach sukces. Żałosne fantazje, które grafomani zowią prawem narodów czy prawem międzynarodowym, stanowią jedynie rodzaj teoretycznego kodeksu towarzyskiego, dobrego jako rozrywka dla podstarzałych prawoznawców, zbyt zużytych, by się zająć czymś pożytecznym. W praktyce przypisuje się im tyle znaczenia, co wyrazom szacunku czy przyjaźni, jakimi kończą się listy dyplomatyczne.
Wobec jednostek ze swojej rasy (inne się dla niego nie liczą) Anglik przejawia uczucie solidarności, jakiego nie spotka się w tym stopniu u innych ludów. To uczucie bierze się ze wspólnoty myśli wynikłej stąd, że angielski duch narodowy jest bardzo solidnie utwierdzony. Pojedynczy Anglik w jakimkolwiek punkcie świata uważa się za przedstawiciela Anglii i uważa za swój ścisły obowiązek działać w jej interesie. Jest ona dla niego pierwszą potęgą świata i tylko ona się liczy.
W krajach, w których już zdobył przewagę, przede wszystkich w tych, których pożąda, Anglik – pisze korespondent Le Temps w Transwaalu – przyjmuje najpierw za założenie swoją wyższość wobec wszystkich ludów świata. Dzięki swej wytrwałości i uporczywości, dzięki jedności i zgodzie, wprowadza swoje obyczaje, swoje rozrywki, swój język, swoje gazety, a nawet udaje mu się wprowadzić swą kuchnię! Na inne narody patrzy z pogarda suwerena, a nawet z wrogością, jeśli ich przedstawiciele mają zamiar lub możliwość kwestionowania małego kawałka tego, co posiada pod kolonialnym słońcem. W Transwaalu mamy tego codziennie dowody. Anglia jest nie tylko przeważającą potęgą, jest także pierwszym, wyjątkowym, jedynym narodem świata.
Ta solidarność, tak rzadka u ludów łacińskich, daje Anglikom nieodpartą siłę. Czyni wszędzie ich dyplomację tak skuteczną. Skoro duch rasy został ustalony od dawna, wszyscy ich dyplomaci myślą tak samo w kwestiach istotnych. Spośród wszystkich przedstawicieli różnych narodów otrzymują może najmniej instrukcji, a jednak przejawiają najwięcej jedności w działaniu i umiejętności kontynuacji. Można ich uważać za elementy wymienne. Dyplomata angielski, który zastąpi innego, będzie działał tak samo jak on. U ludów łacińskich jest dokładnie odwrotnie. Mieliśmy w Tonkinie czy na Madagaskarze tyle różnych systemów politycznych, co gubernatorów, a wiadomo, że zmieniają się oni często. Dyplomata francuski uprawia politykę, ale nie jest zdolny do tego, by mieć jakąkolwiek politykę.
Dziedziczne zalety rasy angielskiej są starannie podtrzymywane przez wychowanie, tak dogłębnie różne od naszego. Obojętność, a nawet pogarda wobec wiedzy książkowej; najwyższy szacunek dla tego wszystkiego, co rozwija charakter; szkolnictwo wyższe i szkoły średnie co najmniej mierne, mało uniwersytetów – przynajmniej w Anglii. Inżynier, agronom, prawnik (adwokat, sędzia itd.) kształcą się praktycznie w warsztacie, w biurze. Praktyka zawodowa wyprzedza wszędzie nauczanie poprzez książki i wykłady. Nauka podstawowa, przerabiana w jakichś szkołach powstałych z prywatnej inicjatywy i kończonych w wieku lat piętnastu, uważana jest w Anglii za zupełnie wystarczającą.
Angielskie nauczanie średnie odbywa się albo w domu rodzinnym z pomocą kursów wieczorowych, albo w kolegiach założonych z reguły na wsi i zupełnie niepodobnych do naszych liceów. Udział pracy umysłowej jest tam bardzo mały, pracy ręcznej dominujący (stolarstwo, murarstwo, ogrodnictwo, gospodarstwo wiejskie). Są nawet szkoły, których uczniowie, wybierając się do kolonii, zajmują się wszystkimi szczegółami hodowli, rolnictwa, budownictwa, samemu fabrykując wszystkie przedmioty, które mogą być potrzebne koloniście w pustym kraju. Nigdzie nie wprowadza się współzawodnictwa między uczniami, ani nie daje im nagród. Rywalizacja uważana jest przez Anglików za formę zazdrości, godną pogardy i niebezpieczną. Języki, przyroda, fizyka są nauczane, ale zawsze na sposób praktyczny: języki przez mówienie nimi, nauki przez czynności a często wytwarzanie przyrządów. W wieku około piętnastu lat uczeń opuszcza kolegium, podróżuje, wreszcie rozpoczyna wykonywanie zawodu.
To nauczanie, pozornie pobieżne, nie przeszkadza Anglikom mieć elitę uczonych i myślicieli równą tej, którą mają ludy posiadające szkoły bardziej intelektualne. Ci uczeni, rekrutowani poza uniwersytetami i konkursami, odznaczają się przede wszystkim oryginalnością, jaka może cechować tylko umysły, które same się ukształtowały, a jakiej nigdy nie przejawiają te, które odlano z jednej formy na szkolnej ławie.
Ta oryginalność formy i myśli odnajduje się nawet w pracach naukowych, gdzie – wydawałoby się – ma najmniejsze szanse dojścia do głosu. Porównajmy dla przykładu książki o fizyce Tyndalla, Taita, lorda Kelvina itd. z analogicznymi dziełami napisanymi przez naszych profesorów. Oryginalność, wywód wyrazisty i uderzający spotkać można na każdej stronie, podczas gdy poprawne i zimne książki naszych profesorów są wszystkie skopiowane z jednego modelu. Przeczytawszy jedną, można sobie darować otwieranie pozostałych. Ich celem nie jest żadną miarą sama nauka, lecz przygotowanie do egzaminu. Zaznaczyli to zresztą troskliwie na okładkach.
Podsumowując, Anglik stara się zrobić ze swoich synów mężczyzn przygotowanych na całe życie, zdolnych do kierowania samym sobą i obywania się bez stałego nadzoru, którego ludy łacińskie nie potrafią uniknąć. To wychowanie daje przede wszystkim i nade wszystko self-control – co nazywam wewnętrzną dyscypliną – która jest narodową cnotą Anglii i która sama prawie by wystarczyła do zapewnienia jej pomyślności i wielkości.
Skoro zasady omówione powyżej są następstwem uczuć, które łącznie tworzą ducha angielskiego, powinniśmy je oczywiście odnaleźć we wszystkich krajach zamieszkałych przez tę samą rasę, a w szczególności w Ameryce. Rzeczywiście się tam one odnajdują. Oto jak wyraża się na ten temat pilny obserwator, de Chasseloup-Labat:
Sposób, w jaki Amerykanie pojmują społeczną funkcję nauczania, jest jeszcze jedną przyczyną stabilności ich instytucji. Pomijając minimum wiadomości, które w ich ocenie ma dostarczyć dzieciom szkoła podstawowa, uważają, że głównym celem pedagogów ma być ogólne wychowanie, a nie wykształcenie. W ich oczach wychowanie fizyczne, intelektualne i moralne, to znaczy rozwijanie energii i wytrzymałości – czy chodzi o ciało, umysł czy charakter – stanowi dla każdej jednostki główny czynnik powodzenia. Jest pewne, że usilność pracy, wola sukcesu i zwyczaj ponawiania wysiłków są nieocenionymi siłami, ponieważ mogą znaleźć zastosowanie w każdej chwili kariery. Wiedza, przeciwnie, musi zmieniać się stosownie do sytuacji, w której się jest, oraz zadań, którym się poświęca.
Przygotować ludzi do życia, a nie do zdobywania dyplomów – oto co stanowi ideał Amerykanów. Rezultatem jest rozwinięcie inicjatywy, siły woli, zwyczaju samodzielnego myślenia. Daleko, jak widać, od tych idei do idei łacińskich. Kontynuując studium zobaczymy, jak te różnice stają się coraz wyraźniejsze.

 

%d bloggers like this: